czwartek, 21 lipca 2016

Pięćdziesiąt leniwych dni

Miesiąc urlopu za mną, drugie tyle wolnego: przede mną. Co robić, jeśli nie ma szans na żaden, absolutnie żaden wyjazd, na pakowanie walizek, kosmetyczki, na ostatnie, w pośpiechu robione zakupy, domykanie okien, zakręcanie wody, a potem od niechcenia wrzucane zdjęcia na facebooka, z widokiem na fale (względnie górskie szczyty) i opalone nogi. Co robić z tym urlopem, z tymi leniwymi dniami, kiedy nie sposób odróżnić niedzieli od czwartku, piątku od środy, bo każdy zaczyna się tak samo, i tak samo kończy. Kawa, śniadanie, zakupy, spacer, obiad, film/książka, kolacja, spać. Znacie to? Piekło urlopu.
Pierwszych kilkanaście dni zmarnowałam, rwąc włosy z głowy, nie mogąc poradzić sobie z nadmiarem niemamnicdoroboty. Dzień za dniem, taki sam, obrzydliwie taki sam.

źródło zdjęcia: http://www.quoteslike.com/
Okej, wiem, jak to fatalnie brzmi. Ktoś powie: w głowie jej się przewraca, co ja bym dał/dała za tyle wolnych dni. I to jest, proszę państwa, w punkt. Bo przewraca się, uwierzcie, zwłaszcza, gdy okrągły rok na najwyższych obrotach: praca, studia, dwoje dzieci, kursy, szkolenia,papiery... i nagle nic. I nagle zupełnie nic.

źródło zdjęcia: http://www.hotel-r.net/gb/lazy-days
Przyznam, że nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Nie jestem pewna, czy w ogóle pogodziłam się z koniecznością pozostania w tym roku w domu, bez szans na wyjazd i totalny reset, bez własnoręcznie wykonanych obiadków i niekończących się spacerków po wciąż tych samych miejscach. Bo nawet nikt o tym nie pisze. Że są urlopy, które męczą, bo nic się nie zmienia, bo nie wiadomo co.

źródło zdjęcia: http://screenheaven.com/wallpaper/patrick-star-spongebob/2597/
Dzisiaj, po miesiącu (sic!) wolnego, chyba nareszcie oswoiłam swój bezczynny, bezwyjazdowy urlop. Ostatecznie - nie tylko ja spędzam lato w domu. Nie tylko ja nie wyjeżdżam w góry i nad morze. Obawiam się, że problem tkwi wyłącznie (!) w mojej głowie. Wystarczy chcieć, żeby zamienić marazm i nudę w najwspanialsze wakacje. A to, że nareszcie zdałam sobie z tego sprawę, to już jest mój mały-wielki sukces. I poprzysięgłam sobie, by każdy kolejny wolny dzień celebrować, przemieniać w małe święto, sycić się nim, wygrzewać w nicnierobieniu i letnim słońcu.

źródło zdjęcia: http://www.hotel-r.net/gb/lazy-days

źródło zdjęcia: http://www.hotel-r.net/gb/lazy-days



Książki! Przede wszystkim: nareszcie, nareszcie przełamałam czytelniczy kryzys!! Dwa dni temu sięgnęłam po najgrubszą książkę, jaką znalazłam na półce, i do której swego czasu robiłam pewne przymiarki (i kończyło się na pierwszych dwóch-trzech stronach), książka liczy - bagatela - 1001 stron, autorem jest mój ukochany, lecz zapomniany przeze mnie Stephen King, a za mną już pierwszych 70 stron, którymi jestem oczarowana. Boże, jak ten facet pisze - już zapomniałam!! Jest cudownie, niepokojąco, i wiem, że będzie tylko lepiej. Nareszcie mam ochotę czytać! 



Filmy!! W ciągu ostatnich dni oglądamy namiętnie, nadrabiając całoroczne zaległości. Ja, która film wybieram raczej niechętnie i tylko w ostateczności: teraz na nowo odkryłam przyjemność z posiadówek przed telewizorem i spontanicznych wypadów do kina.



Świeże powietrze! Codziennie wychodzimy. Dzieciaki na rowerach, albo pieszo, albo - dla frajdy - komunikacją miejską. Nikt tak nie kocha tramwajów i autobusów jak moja córka! Czasem siedzimy na działce: grill, piaskownica, kolorowa kreda, ciastolina, bańki mydlane, smak malin, agrestu, czerwonej porzeczki. Czasem do parku, na fontannę, na okoliczne place zabaw. A jak się nie chce, zwłaszcza mnie - matce, to zwykłą wyprawę do sklepu po spożywkę zamieniamy w przygodę: idziemy różnymi ścieżkami, kupujemy kręcone lody albo pączki, albo zaopatrujemy się w gazetki i kolorowanki.



Samotność [w sieci]! Zdarzają się - rzadko, bo rzadko, ale jednak - takie dni, gdy niezastąpieni okazują się dziadkowie. Mąż jest w pracy, dzieci z dziadkami w teatrze/ na działce/ na basenie, a ja sama, samiusia, ładuję baterie. Niestety, najczęściej przed laptopem - lecz, ostatecznie, kiedy jak nie teraz mogę nasiedzieć się do woli na necie, posurfować, przejrzeć Instagramy, blogi, inspiracje, fejsbuki, porejsować w World of Zombies?! No teraz właśnie, teraz. I robię to namiętnie. Są plusy: oto wróciłam do blogowania. Oby na dłużej.



Gotowanie!! Nic nie sprawia mi ostatnio takiej frajdy, jak przygotowywanie obiadów dla wracającego z pracy męża. Okej, wiem - brzmi żałośnie. Ale ja też jem! I smakuje mi to, co jem. Nareszcie mam okazję wypróbowywać nowe przepisy, mieszać fantazyjnie składniki i jeszcze (w czym jest największy fun, co tu kryć) obfotografowywać przygotowane potrawy.




I inne, drobne przyjemności, takie jak poranki. Ale moje poranki to już materiał na kolejną opowieść. A ja muszę jeszcze ugotować obiad. Dziś kurczak po hawajsku ♥



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz