wtorek, 26 lipca 2016

Zacząć!

Najtrudniej zacząć.
Kiedy tak siedzę nad kubkiem zielonej herbaty i zbieram myśli, krąży mi po głowie właśnie to zdanie, żywcem wyjęte z jednej z ukochanych książek z czasów późnej podstawówki ("Magda doc" Marty Fox).
Wczoraj na dwóch blogach, które czytuję namiętnie i z przyjemnością (ok - na jednym blogu, o tutaj,  i na stronie drugiego bloga, o tutaj), niemal jednocześnie ukazały się posty z kluczowym hasłem: zacznij!! Oba traktujące o konieczności działania, nareszcie działania, a nie czczej gadaninie o działaniu O tym, że najtrudniejszy jest zawsze początek. O oszukiwaniu siebie i odwlekaniu. O okrągłych datach, którymi mydlimy sobie oczy ("zacznę od poniedziałku", " zacznę na urlopie", "po urlopie", "od września", "od stycznia", "od wiecznego jutra"), jakby miały jakiekolwiek znaczenie, jakby początek nie mógł nas zastać we wtorek, albo, a niech tam, we wtorek 26 lipca. I jeszcze: nieustanne faszerowanie się motywacyjnymi blogami, metamorfozami na youtubie, wielogodzinne inspirowanie pięknymi zdjęciami, rozczytywanie w poradnikach "jak żyć", "jak działać", zamiast działania. 


Niekończące postanawianie sobie, że zaczniemy: dietę, ćwiczenia, regularne pisanie postów na bloga, naukę języka, generalne porządki w papierach i szafie. Ale najpierw może zrobię makijaż, ugotuję obiad, wyjdę na zakupy, a postanowienia realizować zacznę później, potem. Byle nie dziś.  Dość, dość, dość!

źródło zdjęcia: https://www.facebook.com/Przecudnie-bo-przecie%C5%BC-mo%C5%BCe-by%C4%87-tak-pi%C4%99knie-431678900255134/?fref=ts

Boże,jak ciężko jest zacząć!! Jak bardzo się nie chce. Jak wygodnie jest obiecywać sobie, że od jutra, że na pewno kiedyś, że my też. A tymczasem dni przeciekają przez palce...

Rano wskoczyłam w legginsy, wygodny t-shirt i buty. Rozłożyłam matę. Ćwiczyłam (sic!). "Skalpel" w towarzystwie Ewy Chodakowskiej i własnej, osobistej, czteroletniej córki. Wytrzymałam, bagatela, piętnaście minut, z tych 45, które powinnam była. I co? I nic. Jestem szczęśliwa, endorfiny, motyle, duszki! Zrobiłam to! Zaczęłam! 15 minut to nic, może i nie warto było się przebierać (a jednak...ociekałam potem!), ale: świetnie się bawiłam, pośmiałyśmy się z córą, spędziłyśmy fajnie i razem czas, blisko siebie, i pojawiło się we mnie coś na kształt...hmm...satysfakcji? Liczę na to, że jutro wytrzymam pięć minut dłużej. Bo jutro na pewno także zacznę ćwiczyć. Boże, było świetnie! Czemu to odwlekałam?? Czemu pół urlopu marudziłam, że przytyłam, że jakieś boczki, skoro zawsze byłam szczupła, że skąd brzuszek i skąd więcej mnie, zamiast odpalić płytkę i zacząć się ruszać?! Ło matko. Jeśli Ty również odwlekasz - przestań czytać, ćwicz. 15 minut.



Potem długi długi prysznic, uczucie przyjemnego zmęczenia. Potem zielona herbata i ten post. Za chwilę mycie okien, w ramach kolejnej porcji ruchu. 

Bo z myciem okien, to u mnie prawie jak z ćwiczeniami. Od kilku dni się noszę, by umyć. A potem spędzam dzień przed komputerem, dzień leniwca, dzień stracony. Ale już dość. Może i ciężko jest zacząć, ale, no kurczę, najwyższy czas przestać wszystko odkładać na potem!! Bo minie mi to życie, a ja nie zdążę z niczym. Jestem absolutnie zmotywowana, by zacząć. Wszystko, co sobie postanowię, zrobić natychmiast, nie zostawiać, realizować pomysły, ale i wypełniać obowiązki. Jasne, że rozkładać w czasie, ale ostatecznie: zacząć działać! Potem...hmm, myślę, że potem już jakoś to będzie, jakoś to pójdzie :) 

piątek, 22 lipca 2016

Przegląd filmowy #2 (zachwyty!)

Dzisiaj pianie z zachwytu. O filmach, które ostatnio mieliśmy przyjemność, i które zachwyciły.

"Pitbull. Nowe porządki" (2016), reż. P. Vega


źródło zdjęcia: http://www.filmweb.pl/film/Pitbull.+Nowe+porz%C4%85dki-2016-747433

źródło zdjęcia: http://www.filmweb.pl/film/Pitbull.+Nowe+porz%C4%85dki-2016-747433


Rewelacja, nie sądziłam, że polski film o gangsterach aż tak mi się spodoba. Ale od pierwszej sceny, od zaśpiewu kiboli, wiedziałam, że oto film niebanalny. Pochłonął nas: mnie i męża. Tak dobrze zagrany!! Doskonałe kreacje kobiece: Dygant i Ostaszewska (tę ostatnią, tę Żabcię, uwielbiam od dłuższego czasu!)i faceci, w tym przedoskonali Czeczot ("Zupa") i Stramowski ("Miami" - wow!). Akcja wartka, nie ma czasu na nudę. Film przerażający, ale naprawdę dobry. Podobno będzie kolejna część... Nic, że nie widziałam pierwszej: i tak ustawię się w kolejce po bilet! 10/10!

"Połączenie" (2013), reż. B.Anderson


źródło zdjęcia: http://www.filmweb.pl/film/Po%C5%82%C4%85czenie-2013-636531
Uwielbiam takie filmy; ten w 100% trafił w mój gust. Nie jest to najnowsza produkcja, więc dziwi mnie, że umknął jakoś mojej uwadze...ale co się odwlecze... Doskonały, po prostu doskonały, z wartką akcją, ze świetnym i zaiste przekonującym Eklundem w roli przerażającego psychopaty. Jest tutaj wszystko, czego oczekuję w tym gatunku: kreacja zbrodniarza, wyścig z czasem, napięcie...9/10!

"Obecność 2" (2016), reż. J.Wan





Uwielbiam horrory, a ten jest po prostu piękny - jakkolwiek to brzmi w przypadku horroru; pełen miłości i dobrych emocji. Oglądałam jedynkę, ogromnie mi się spodobała, więc to, że na dwójkę wybierzemy się do kina, było oczywistością - dla mnie, bo mąż za horrorami raczej nie przepada. Piękne zdjęcia, po prostu rewelacyjne, niesamowita przerażająca historia, wzorowo oddany klimat lat 70-tych. Podobał mi się ogromnie, 9/10, a nazwisko reżysera jest już dla mnie synonimem dobrego horroru.


czwartek, 21 lipca 2016

Pięćdziesiąt leniwych dni

Miesiąc urlopu za mną, drugie tyle wolnego: przede mną. Co robić, jeśli nie ma szans na żaden, absolutnie żaden wyjazd, na pakowanie walizek, kosmetyczki, na ostatnie, w pośpiechu robione zakupy, domykanie okien, zakręcanie wody, a potem od niechcenia wrzucane zdjęcia na facebooka, z widokiem na fale (względnie górskie szczyty) i opalone nogi. Co robić z tym urlopem, z tymi leniwymi dniami, kiedy nie sposób odróżnić niedzieli od czwartku, piątku od środy, bo każdy zaczyna się tak samo, i tak samo kończy. Kawa, śniadanie, zakupy, spacer, obiad, film/książka, kolacja, spać. Znacie to? Piekło urlopu.
Pierwszych kilkanaście dni zmarnowałam, rwąc włosy z głowy, nie mogąc poradzić sobie z nadmiarem niemamnicdoroboty. Dzień za dniem, taki sam, obrzydliwie taki sam.

źródło zdjęcia: http://www.quoteslike.com/
Okej, wiem, jak to fatalnie brzmi. Ktoś powie: w głowie jej się przewraca, co ja bym dał/dała za tyle wolnych dni. I to jest, proszę państwa, w punkt. Bo przewraca się, uwierzcie, zwłaszcza, gdy okrągły rok na najwyższych obrotach: praca, studia, dwoje dzieci, kursy, szkolenia,papiery... i nagle nic. I nagle zupełnie nic.

źródło zdjęcia: http://www.hotel-r.net/gb/lazy-days
Przyznam, że nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Nie jestem pewna, czy w ogóle pogodziłam się z koniecznością pozostania w tym roku w domu, bez szans na wyjazd i totalny reset, bez własnoręcznie wykonanych obiadków i niekończących się spacerków po wciąż tych samych miejscach. Bo nawet nikt o tym nie pisze. Że są urlopy, które męczą, bo nic się nie zmienia, bo nie wiadomo co.

źródło zdjęcia: http://screenheaven.com/wallpaper/patrick-star-spongebob/2597/
Dzisiaj, po miesiącu (sic!) wolnego, chyba nareszcie oswoiłam swój bezczynny, bezwyjazdowy urlop. Ostatecznie - nie tylko ja spędzam lato w domu. Nie tylko ja nie wyjeżdżam w góry i nad morze. Obawiam się, że problem tkwi wyłącznie (!) w mojej głowie. Wystarczy chcieć, żeby zamienić marazm i nudę w najwspanialsze wakacje. A to, że nareszcie zdałam sobie z tego sprawę, to już jest mój mały-wielki sukces. I poprzysięgłam sobie, by każdy kolejny wolny dzień celebrować, przemieniać w małe święto, sycić się nim, wygrzewać w nicnierobieniu i letnim słońcu.

źródło zdjęcia: http://www.hotel-r.net/gb/lazy-days

źródło zdjęcia: http://www.hotel-r.net/gb/lazy-days



Książki! Przede wszystkim: nareszcie, nareszcie przełamałam czytelniczy kryzys!! Dwa dni temu sięgnęłam po najgrubszą książkę, jaką znalazłam na półce, i do której swego czasu robiłam pewne przymiarki (i kończyło się na pierwszych dwóch-trzech stronach), książka liczy - bagatela - 1001 stron, autorem jest mój ukochany, lecz zapomniany przeze mnie Stephen King, a za mną już pierwszych 70 stron, którymi jestem oczarowana. Boże, jak ten facet pisze - już zapomniałam!! Jest cudownie, niepokojąco, i wiem, że będzie tylko lepiej. Nareszcie mam ochotę czytać! 



Filmy!! W ciągu ostatnich dni oglądamy namiętnie, nadrabiając całoroczne zaległości. Ja, która film wybieram raczej niechętnie i tylko w ostateczności: teraz na nowo odkryłam przyjemność z posiadówek przed telewizorem i spontanicznych wypadów do kina.



Świeże powietrze! Codziennie wychodzimy. Dzieciaki na rowerach, albo pieszo, albo - dla frajdy - komunikacją miejską. Nikt tak nie kocha tramwajów i autobusów jak moja córka! Czasem siedzimy na działce: grill, piaskownica, kolorowa kreda, ciastolina, bańki mydlane, smak malin, agrestu, czerwonej porzeczki. Czasem do parku, na fontannę, na okoliczne place zabaw. A jak się nie chce, zwłaszcza mnie - matce, to zwykłą wyprawę do sklepu po spożywkę zamieniamy w przygodę: idziemy różnymi ścieżkami, kupujemy kręcone lody albo pączki, albo zaopatrujemy się w gazetki i kolorowanki.



Samotność [w sieci]! Zdarzają się - rzadko, bo rzadko, ale jednak - takie dni, gdy niezastąpieni okazują się dziadkowie. Mąż jest w pracy, dzieci z dziadkami w teatrze/ na działce/ na basenie, a ja sama, samiusia, ładuję baterie. Niestety, najczęściej przed laptopem - lecz, ostatecznie, kiedy jak nie teraz mogę nasiedzieć się do woli na necie, posurfować, przejrzeć Instagramy, blogi, inspiracje, fejsbuki, porejsować w World of Zombies?! No teraz właśnie, teraz. I robię to namiętnie. Są plusy: oto wróciłam do blogowania. Oby na dłużej.



Gotowanie!! Nic nie sprawia mi ostatnio takiej frajdy, jak przygotowywanie obiadów dla wracającego z pracy męża. Okej, wiem - brzmi żałośnie. Ale ja też jem! I smakuje mi to, co jem. Nareszcie mam okazję wypróbowywać nowe przepisy, mieszać fantazyjnie składniki i jeszcze (w czym jest największy fun, co tu kryć) obfotografowywać przygotowane potrawy.




I inne, drobne przyjemności, takie jak poranki. Ale moje poranki to już materiał na kolejną opowieść. A ja muszę jeszcze ugotować obiad. Dziś kurczak po hawajsku ♥



poniedziałek, 18 lipca 2016

Przegląd filmowy #1

Zawsze to podkreślam: nie oglądam dużo. Zazwyczaj wybieram książkę. Niestety, kryzys czytelniczy nie odpuszcza: po cokolwiek sięgnę - odkładam po pięciu stronach, zniechęcona. Regał ugina się od nieprzeczytanych - a ja uparcie twierdzę, że nie mam co czytać. Jest okropnie. Mam taki długi długi urlop - i tak bardzo bardzo nie czytam.


Szczęśliwie, na urlopie więcej oglądamy. Duuużo więcej, intensywniej. Organizujemy sobie z mężem wieczory filmowe, ramię w ramię. Kanapki, lody. Kubek kawy, lampka białego wina, szklanka zielonej herbaty. Czasem po prostu nic, czasem po prostu my. Bez popcornu.

Krótki przegląd obejrzanych ostatnio:

"Hidden" (2015), reż. M. Duffer, R. Duffer 


Nie mam zbyt wiele do powiedzenia - film miał olbrzymi potencjał: trzyosobowa rodzina ukrywająca się w schronie, topniejące zapasy żywności, na zewnątrz złowrogi wróg. Czyli to, co uwielbiam, co klimatem przypomina mi cudowną "Drogę" McCarthy'ego, "Jestem legendą" z Willem Smithem, a nawet "Małą księżniczkę" Burnett, gdy Sara trafia na poddasze, albo dzieli się ciepłą bułką z dziewczynką uboższą od siebie (sic!). Niestety, tym, co zapamiętałam, jest głównie świetna rola małoletniej Emily Alyn Lind, starania rodziców, by zapewnić córce rozrywkę i właściwe wychowanie w tej ponurej izolacji i szczur złodziej. Rzekomy suspens nie był dla mnie odkrywczy i nie zmienił mojego zdania. Raczej nudny (przyznaję: nie oglądałam zbyt uważnie), raczej niekoniecznie, dla mnie 4/10.

"Pokój" (2015), reż. L.Abrahamson


 Nie bardzo chciałam oglądać: jestem zbyt wrażliwa na takie historie, a zalewanie się łzami nawet przy niekoniecznie wzruszających scenach to moja specjalność. Ale najpierw książka (nie czytałam, oczywiście), a teraz film zebrały tak dobre rekomendacje, że zaparłam się i nie żałuję. Jasne, że płakałam, ale nie tak dużo: ostatecznie film ma baardzo pozytywny wydźwięk.Zdecydowanie częściej uśmiechałam się, niż wzruszałam. Ładnie opowiedziana smutna historia. Ale w świecie odkrywanym oczami tego chłopca można zakochać się na nowo. Albowiem: doceńmy drzewa! Moja czteroletnia córka, kiedy jedziemy samochodem, potrafi się w głos zachwycać: "no nie mogę! Ale ogromne drzewa!". To trochę jak mały bohater tej opowieści. Dzieci widzą więcej. 8/10.

"Zanim się obudzę" (2016), reż. M. Flanagan


Film z gatunku, w którym gustuję, więc koniecznie chciałam obejrzeć, a teraz oceniam na 7/10. To jednak bardziej dramat, niż horror, ale szalenie klimatyczny: aktorzy, mam wrażenie, ciągle szepczą, mówią tak delikatnymi, kojącymi głosami, mieszkają w takim ciepłym, dobrze oświetlonym domu, gdzie żona zmywa, a mąż wyciera naczynia, gdzie żona śpi z głową na kolanach męża oglądającego wieczorny seans w telewizji. Śliczne sceny, obrazki. A tak naprawdę: opowieść o tym, co się dzieje, gdy uciekamy od rzeczywistości. Mały chłopiec śpi, a jego sny stają się realne. Niestety: koszmary również... Kto się boi motyli, niechaj nie ogląda.

"Moje córki krowy" (2015), reż. K. Dębska


Jedyny polski w tym zestawieniu, a jednocześnie: najlepszy, taki na 9/10, i z czerwonym serduszkiem na filmwebie. Obejrzałam z prawdziwą przyjemnością, w zachwycie. Niech zarzucają, że wielki dom, drogie samochody, wydumane problemy. Dla mnie to zderzenie piękna i luksusu z koszmarem i brzydotą choroby, śmierci. Genialne zdjęcia. Pojedyncze sceny jak całe historie. Fenomenalne kreacje aktorskie, z których najwyrazistszą fantastyczna Gabriela Muskała. Do obejrzenia raz jeszcze.


czwartek, 14 lipca 2016

A w lipcu #1

Tym, co uwielbiam na innych blogach, są zawsze zdjęcia. Mix tygodnia, migawki z codzienności, instamix - jak zwał, tak zwał - zawsze są dla mnie czymś, co mnie przyciąga i przykuwa moją uwagę na dłużej. Dlatego i u mnie pojawić się muszą i pojawiać będą, cyklicznie. Również na Instagramie sukcesywnie umieszczam kadry ze swojej codzienności. Prawdziwie uzależniająca rzecz. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, by fotografować swój obiad. Książkę tak, ale obiad? No cóż. Właściwie czemu nie.



Oto cytat, który w lipcu zmotywował mnie i napędzał do działania. W lipcu zaintrygował mnie bowiem temat Boullet Journal, a ja zawsze, zaintrygowana, zapalam się do działania, drążę, zbieram informacje, ekscytuję - a potem łatwo wypalam i gasnę. Ten cytat spowodował, że wracam do czynnego blogowania, a nie tylko do myślenia o powrocie. Spowodował, że oto od zeszłego piątku biorę udział w narzuconym sobie wyzwaniu: tydzień bez słodyczy i używek wszelakich. Przezwyciężyłam jednodniowy kryzys (bodajże trzeci dzień wyzwania) i oto jutro już koniec, przeżyłam, a satysfakcja nieziemska. I jutro kolejne wyzwanie. Ćwiczę osłabioną silną wolę. Uwielbiam to.


Kolejny genialny cytat i wielka motywacja. Jakże to zdanie jest prawdziwe!


Wielka rozpacz po przegranym meczu z Portugalią. Na czas Euro stałam się zagorzałym kibicem, za co uwielbiał mnie i nosił na rękach mój osobisty mąż. Razem oglądaliśmy niemal wszystkie mecze, a te z Polakami były szczególnie emocjonujące. Po przegranych karnych uroniłam łzę  spłakałam się jak bóbr.


No, i jedzenie ♥ Przepyszny obiad, który przygotowałam tymi ręcami: roladki ze szpinakiem i fetą. Nieziemskie były, nieskromnie mówiąc.


Nasza działka, i nasze plony.


Mąż się zaparł, że maliny musimy mieć na działce. I oto są.


Cóż, działkę mamy, nie ma co ukrywać, owocną.


Śniadanie. Uwielbiam chleb smażony w jajku. To smak mojego dzieciństwa. A teraz zajadają się nim moje dzieci.


Zaszaleliśmy, bez powodu. Albo właśnie z powodu,  z miłości do. Kocham rozpieszczać swoje dzieci! Obdarowaliśmy je nowymi zabawkami, chcąc między innymi zrekompensować im brak prawdziwych wakacji: w tym roku bezwyjazdowo, w domu i na działce. Przykre, bo chciałoby się, a nie da rady. Baby born jest absolutnie przepiękna. Bawimy się razem, zawsze marzyłam o tej lalce ♥ Cieszę się, że moja córka zapałała do niej podobnym uczuciem.


Uwielbiamy wszyscy. 


Hmm. Czekolada przepyszna, słodko-słona. Natomiast książka...Dobrze napisana, nawet interesująca, ale to ze mną jest coś nie tak ostatnio: kompletny kryzys czytelniczy, który trwa od czerwca. Zmęczenie materiału, nie mogę się przemóc, by sięgnąć po książkę. W ten sposób zarzuciłam i "Łaskę" Anny Kańtoch, i "Mastera" właśnie. Jakieś rady, ktoś coś?


Kolejna fantazja kulinarna. Kocham dobrze zjeść i lubię gotować, a teraz mam przecież tyyyle czasu! Ziemniaczki z koperkiem, filet z musztardą pod pierzynką z zielonego groszku, kukurydzy i sera, plus cukiniowe placuszki, nasza wielka jedzeniowa miłość ♥ !


Sałatka z cyklu: co tam mam w lodówce. Makaron, kurczak w przyprawach, feta, groszek, kukurydza i prażone pestki dyni w sosie czosnkowym. Było pysznie!


Uwielbiam takie drobiazgi. Źródło powyższych: Netto.


Mój czas: gazetki (nadal nieprzeczytane), bo dawno po żadne nie sięgałam. Zielona herbata z pigwą i granatem, moje nowe przepyszne uzależnienie ♥ No i , oczywiście, World of Zombies - społecznościowa gra na przeglądarkę, cudowna, potężna, w którą pykam od bez mała trzech lat i dzięki której poznałam wielu wspaniałych ludzi.


Wspaniała i potężna kolacja zaserwowana przez męża ♥ uwielbiamy te ogóreczki z chilli, dostępne w Stokrotce. W tle, jakżeby inaczej, World of Zombies.


Wczorajszy widok z okna. Nadciągnęły chmury, rozpętała się burza, a dzisiaj płacze już całe niebo, nieprzerwanie, od rana. Ale lubię to, klimat jest, gdy nie trzeba wychodzić z ciepłego, pachnącego kawą domu.


I dzisiejsze śniadanie ♥ 


Pozostaje mi mieć nadzieję, że druga połowa lipca obfitować będzie w książki, muszę się przemóc.



środa, 13 lipca 2016

wtorek, 12 lipca 2016

Wizyta, reż. M. Night Shyamalan (2015)

Nie piszę nie dlatego, że mój zapał ostygł. O nie. 
Bardziej dlatego, że nie mam o czym: od początku roku system praca/studia/praca skutecznie uniemożliwia mi realizację tegorocznych kulturalnych postanowień. Ale wczoraj udało się nareszcie, i obejrzałam drugi film w 2016 roku: "Wizytę".

Absolutnie zachwycające dzieło: straszak, ale nieoczywisty, ni to horror, ni komedia, ni dramat. Niebanalny, trochę jak "Dom w głębi lasu", momentami absurdalny: ale czyż szaleństwo i okrucieństwo nie nosi w sobie całych pokładów absurdu?
Dla mnie świetny, a rola babci obłędna (i to dosłownie!).


Sceny, które zrobiły na mnie wrażenie: pogoń babci za wnukami pod fundamentem domu, odgłosy za drzwiami dziecinnego pokoju, czyszczenie piecyka.
Świetny groteskowy klimat, a przy tym głębszy sens i nawet bardzo dydaktyczny przekaz.


Mnie się podobało, mężowi dużo mniej. Ale to ja bloguję :) 

*źródło zdjęć: http://www.filmweb.pl/

Sekret w ich oczach (2015), reż. Billy Ray


Niedzielne przedpołudnie w kinie. Randka z mężem. Solony popcorn i pepsi. Było, oczywiście, świetnie.
I film dokładnie taki, jak książki, które pasjami czytam: thriller / kryminał, koniecznie z suspensem.

"Sekret w ich oczach" to jednak kino niezwykle statyczne: dzieje się rzadko i niewiele, to bardziej dramat (matki, której zabito jedyne dziecko) niż kino akcji. Ale! Mnie się podobało. Ładne zdjęcia, napięcie, i aktorzy. Julia Roberts (rany! co za metamorfoza), Nicole Kidman (ładna. to wszystko), Chiwetel Ejiofor (dobry) i doskonały Joe Cole w roli psychopaty. Ale ja przywiązuję dużą wagę do dobrze wymyślonych psychopatów. O tylu czytałam, tylu widziałam na ekranie, że rzadko kiedy potrafi mnie któryś zaskoczyć. A ten i zaskoczył, i przestraszył. Znaczy: dobrze zagrany.


Konkludując: dobry filmowy początek roku.
A zatem w 2016: książki 1/25, filmy 1/25. Jest więcej niż świetnie.

I wymyśliłam hasło, które przyświecać mi będzie w tym roku, na którym się skupię. Brzmi: 

zdjęcie stąd

Jestem na dobrej drodze :)