czwartek, 13 sierpnia 2015

Wesele, reż. Wojciech Smarzowski (2004)

Smarzowskiego lubimy bardzo: ja i mąż. Nasze wspólnie obejrzane seanse w kinie to albo bajki dla dzieci, albo Smarzowski właśnie.
"Dom zły" obejrzałam parokrotnie, "Różę" i "Drogówkę" po dwa razy. Na "Pod Mocnym Aniołem" niestety nie byliśmy i wciąż potrzebujemy "nastroju na Smarzowskiego", by obejrzeć. Natomiast "Wesele" widział mąż, ja nie - aż do wczoraj. Jakoś wzbraniałam się przed tym filmem, najzupełniej niesłusznie. Wczoraj emitowano go na TVP Kultura, o przyzwoitej porze: 20:25; pomyślałam, że czemu nie.
No i cóż, oczywiście, że rewelacja.




Filmy Smarzowskiego podobno lubi się, albo nie. Mimo że każdy dotyka innego tematu (najczęściej karykaturalnie zobrazowanej polskiej przywary), zbudowane są wg jednego schematu, który mnie osobiście nie nuży, lecz zawsze, nieodmiennie fascynuje. Są jak kula śniegowa. Pozornie sielankowy początek, a potem napięcie wzrasta, kiełkuje w widzu uczucie niepokoju, akcja nieubłaganie posuwa się do przodu, lecz bieg wypadków nie ma z sielanką już nic wspólnego: zazwyczaj kończy się katastrofą (dla bohaterów) i moralnym kacem (u widza). Na mnie to robi wrażenie. Na mnie to działa.

A Marian Dziędziel, a Bartłomiej Topa? Uwielbiam te powtarzające się nazwiska, doskonali aktorzy u doskonałego reżysera. 

O filmie: http://www.filmweb.pl/Wesele

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz