piątek, 21 sierpnia 2015

Broadchurch (2013), sezon 1

Nie jestem i nie byłam nigdy serialowa. Od kina i telewizji wolę książki i Internet. Seriale, na które kilka (naście?) lat temu nastała moda (nie wiem, czy bardziej za sprawą "Lost-Zagubieni" czy "Ally McBeal"  czy "Gotowych na wszystko"), znam bardzo dobrze tylko z tytułów i recenzji na blogach. Sama nie bardzo potrafię zatrzymać się nad czymś na dłużej. Próbowałam z "Miasteczkiem Twin Peaks", po szóstym odcinku odpuściłam, mimo że serial cudowny (chcę spróbować raz jeszcze!), cudownie mroczny i nadal nie wiem, kto zabił Laurę Palmer (cud, że nie natrafiłam przez tyle lat na żaden spoiler).
Wieczorami w naszym domu gra w tle "Na Wspólnej", ale nikt nie dramatyzuje, gdy przegapi odcinek, nikt też specjalnie nie czeka: po prostu zazwyczaj po "Faktach" niczego już nie szukamy. Więc "Na Wspólnej" mimowolnie gości u nas niemal co wieczór.

Ad rem jednak. 

Na Facebooku lubię profil AleKino!, widziałam reklamę nowego serialu, pierwsze pochlebne opinie, w tym, jeśli dobrze teraz kojarzę, Karoliny Korwin-Piotrowskiej, pomyślałam, że czemu by nie. Nagraliśmy na dekoderze pierwsze dwa odcinki, obejrzeliśmy i oto zostaliśmy kupieni: ja i mąż.



Bo "Broadchurch" (tytuł=nazwa miasteczka, w którym rozgrywa się cała akcja) wciąga od pierwszej chwili. 11-latek rozciągnięty na plaży, prawdopodobnie rzucił się z klifu. Rozpacz matki, rozpacz rodziny (oczywiście: ja przed telewizorem także cała we łzach). I oczywiście: to nie wypadek, to nie samobójstwo. To morderstwo. Dwoje śledczych, w tym jeden z problemami osobistymi i zdrowotnymi. Prowincjonalni dziennikarze. I, jak to w małych miasteczkach bywa, nagle wszyscy jesteśmy podejrzani. Podglądamy życie poszczególnych mieszkańców Broadchurch, odkrywamy kolejne sekrety i razem z detektywami próbujemy rozwikłać zagadkę morderstwa nastolatka. Brzmi banalnie i jak melodia starej, dobrze znanej piosenki, ale jest niepowtarzalne: bo takiej sennej i mrocznej, gęstej atmosfery nie da się podrobić. Świetnie wyszło.

Już nagraliśmy 2 odcinki 2 sezonu i czekamy na właściwą chwilę, by je odtworzyć.

Nie potrafię wyobrazić sobie, co nas tam czeka, co przygotowali scenarzyści, bo przecież sezon 1 wyjaśnił wszystko. Hmm.

Nie znam się na aktorach, nie jestem specjalistą od oceniania ich gry, ale muszę to napisać, choćby dla siebie: małżeństwo serialowych Latimerów, dotkniętych tragedią: oto dwójka, która najbardziej przyciągała mnie do ekranu.


A cały serial do polecanych, do polecanych, oczywiście.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Przyjemności

Myślę sobie, że ten blog miałby szansę być naprawdę fajnym miejscem w sieci: gdybym tylko nie była tak leniwa! W głowie mam co najmniej kilka pomysłów na najpopularniejsze notki, w myślach poukładane całe zdania, błyskotliwe i skrzące się humorem, a na pulpicie folder ze zdjęciami, które mogłabym tu wkleić. No ale. No ale niechcemisie. 

Więc dziś, żeby znów nie zamilknąć na długie miesiące: słowo o przyjemnościach. Takich, które nic nie kosztują. Które niewielu docenia. Samotna kawa o poranku. Ciasto rafaello, autorstwa męża. Godzina ciszy, gdy córka przesypuje z miseczki do miseczki ziarna słonecznika. Świnka Peppa. Klocki Lego. Wspólne czytanie. Wspólny chomik. Zakupy. "Broadchurch" + mąż + zimne piwo. Wysprzątana kuchnia.
To lato jest cudowne.















poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Haul zakupowy, część 1

Każdorazowe wyjście do sklepów bez dzieci jest dla mnie świętem. Potrafię godzinami krążyć po - chociażby- Tesco, wybierać, oglądać, przymierzać, porównywać. A samotny wypad do galerii? To już prawdziwe wydarzenie. Doceniam, bo zdarza się sporadycznie. I cieszy jak wygrana w totka.
Brzmi okropnie, ale co robić: tak właśnie jest.

Ostatnio takie samotne wypady zdarzają się (dzięki Ci, Boże) częściej: mam urlop, więcej wolnego czasu, mąż ma więcej cierpliwości, i zbliża się, nieubłaganie, początek nowego roku szkolnego. Czas kompletowania wyprawek i odświeżania garderoby.

Kilka, ku pamięci, fotek, dokumentujących ostatnie zakupy. Trochę się wstydzę, bo posty z serii: haul zakupowy, trochę trącą próżniactwem. Co z tego, co z tego. Miało być lajfstajlowo, z założenia, niech więc będzie. Najwyżej później, gdy zwycięży poczucie zażenowania, usunę i wyczyszczę archiwum. Wszystko dziś można. Takie czasy.
To lecim:


Dla córci: Tesco, CCC, lokalna księgarnia. Trzy piżamki (z Peppą do przedszkola), dwie pary cudownie miękkich spodni dresowych w cudownie pastelowych kolorach, kapcie do przedszkola (ostatecznie nie zostały z nami: wymienione na inne, zbliżone cenowo). W ramach akcji: rozpieszczam swoje dzieci: puzzle z ukochaną Peppą i "Zuzia idzie do lekarza" - książeczka z serii Mądra Mysz.


Dla syna: Tesco i lokalny sklep z zabawkami. Przede wszystkim: szkolna wyprawka (zeszyty, długopisy wymazywalne, bloki). W ramach akcji: skoro rozpieszczam jedno, drugie też: wymarzone Lego Technic i karty kolekcjonerskie z ulubionym Minecraftem.


Dla jednego i drugiego: Lidl, Pepco. Dla syna bluzka Batman (długi rękaw), bluzeczki, spódniczka i legginsy dla córy (Pepcowe ceny: od 9,99 do 14,99). Buciki z Lidla, za 35zł, rozmiar 23.


Coś dla mamy jeszcze, oczywiście. Bluzka z Orsaya, i spodnie w świetnym, jesiennym już kolorze (dobrać sobie spodnie - to zawsze moja zmora, tym razem udało się w Bershce) . Z Rossmana carmex (moje kosmetyczne must have) oraz dwa lakiery, które świetne tuszują mój brak umiejętności estetycznego malowania pazurków.




czwartek, 13 sierpnia 2015

Wesele, reż. Wojciech Smarzowski (2004)

Smarzowskiego lubimy bardzo: ja i mąż. Nasze wspólnie obejrzane seanse w kinie to albo bajki dla dzieci, albo Smarzowski właśnie.
"Dom zły" obejrzałam parokrotnie, "Różę" i "Drogówkę" po dwa razy. Na "Pod Mocnym Aniołem" niestety nie byliśmy i wciąż potrzebujemy "nastroju na Smarzowskiego", by obejrzeć. Natomiast "Wesele" widział mąż, ja nie - aż do wczoraj. Jakoś wzbraniałam się przed tym filmem, najzupełniej niesłusznie. Wczoraj emitowano go na TVP Kultura, o przyzwoitej porze: 20:25; pomyślałam, że czemu nie.
No i cóż, oczywiście, że rewelacja.




Filmy Smarzowskiego podobno lubi się, albo nie. Mimo że każdy dotyka innego tematu (najczęściej karykaturalnie zobrazowanej polskiej przywary), zbudowane są wg jednego schematu, który mnie osobiście nie nuży, lecz zawsze, nieodmiennie fascynuje. Są jak kula śniegowa. Pozornie sielankowy początek, a potem napięcie wzrasta, kiełkuje w widzu uczucie niepokoju, akcja nieubłaganie posuwa się do przodu, lecz bieg wypadków nie ma z sielanką już nic wspólnego: zazwyczaj kończy się katastrofą (dla bohaterów) i moralnym kacem (u widza). Na mnie to robi wrażenie. Na mnie to działa.

A Marian Dziędziel, a Bartłomiej Topa? Uwielbiam te powtarzające się nazwiska, doskonali aktorzy u doskonałego reżysera. 

O filmie: http://www.filmweb.pl/Wesele