poniedziałek, 29 lipca 2013

Dom wiatru, Titania Hardie

Chociaż ostatnio pochłaniam książkę za książkę - tę czytałam długo, niespiesznie, świadomie dawkując sobie przyjemność, celowo przedłużając lekturę, rozmyślnie odwlekając jej koniec.
Gustuję w takich powieściach: kuszących miłą dla oka okładką, mamiących znacznymi gabarytami, z interesującą fabułą, z tajemnicą w tle i domem w tytule.
To dobra książka, dobra opowieść. 
Spędzałam z nią miłe, leniwe chwile w ogródku, sięgając po jabłka i czerwone porzeczki. Czasem podczytywałam ją w domu, do porannej lub popołudniowej kawy.


Akcja tej obszernej, pięknookładkowej i ładnie (właśnie tak: ładnie) napisanej powieści toczy się równolegle: w roku 2007 i 1347. A obie jej bohaterki, choć dzielą je stulecia, mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego...
W San Francisco, w czasach współczesnych mieszka Madeline. Opłakuje narzeczonego, stopniowo popadając w depresję - za namową zaniepokojonej babci wyjeżdża do Toskanii. Tam, zaintrygowana historią ruin starej willi, zwanej Domem Wiatru, poznaje pewną tajemniczą legendę... 
Opowieść druga, ta z 1347 roku, również rozgrywa się w Toskanii. Kilkunastoletnia Mia milczy od śmierci swej matki, nie znamy jej pochodzenia: mieszka wraz z ciocią, wspólnie z nią prowadząc swego rodzaju zajazd dla pielgrzymów - któregoś dnia w ich progach zagości tajemnicza para, w tym piękna młoda kobieta, która zaintryguje Mię. Dziewczyna wraz z ciotką decyduje się udzielić im schronienia, choćby nie wiem co...

Z przyjemnością poznawałam tę opowieść, w której i legendy, i magia, i w końcu życie samo. "Dom wiatru" cechuje niepowtarzalna atmosfera, klimat, którego nie sposób opisać słowami - który wyczuwa się, miękko zapadając w tę historię. Historię, która jest w dużej mierze historią odkrywania siebie, odnajdywania swojego miejsca w życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz