niedziela, 28 lipca 2013

Błędy, Jakub Małecki

 Recenzja zgłoszona do wakacyjnego konkursu dla syndykalistów na najlepszą zbrodniczą recenzję lata 2013.

Ludzie się mylą. Czasem śmiertelnie. *

Rany.
Najdziwaczniejsza książka, z jaką dotąd było mi dane.
Pierwszych 70 stron ( z niespełna trzystu) czytałam 3 dni - tak opornie i z taką niechęcią, i tak poważnie myśląc o zarzuceniu lektury, że aż dziw, że wytrwałam - i od rozdziału drugiego, który - jak dla mnie- stanowi zasadniczą część książki, szłam już jak burza, nagle zaciekawiona i nagle (o zgrozo) wypełniona zachwytem po brzegi.



Może zabrzmi to cokolwiek niestosownie, ale ochotę na Małeckiego miałam od dawna, po lekturze wielu entuzjastycznych recenzji "Dżozefa" oraz "W odbiciu" - niestety w żadnej z miejskich z bibliotek nie znalazłam ani jednej, ani drugiej pozycji - znalazłam za to "Błędy". Lepszy rydz, jak nic, pomyślałam. I zabrałam do domu. I szybko zaczęłam żałować, żalić się mężowi, że kurcze, nie dam rady, co to jest w ogóle.

Groteska, makabra, absurd - tak skumulowane, że chwilami nie da się tego czytać. Pierwszy rozdział to garść luźno związanych historyjek ociekających krwią, perwersyjnym dowcipem, najzupełniej obrzydliwych. Nie mogłam jeść, czytając - a lubię. Przy tej książce się nie da, powinni ją zalecać jako skuteczny środek dla ludzi na wiecznej diecie.
A' propos jedzenia:

Jak to jest, że człowiek jako jedyne zwierzę cierpi na otyłość? Lew nie raczy unieść łba, gdy nie jest głodny, nawet jeśli antylopa srałaby mu prosto na nos. Czy ktoś kiedykolwiek widział otyłą małpę? Grubego orła? Rybę, której fałdy tłuszczu uniemożliwiają pływanie? A ludzie? Potężny procent cierpi na otyłość; nawet własnego psa potrafią utuczyć tak, że na spacerze trze brzuchem o chodnik. Sam rzeczony psiak nigdy, przenigdy by się do takiego stanu nie doprowadził. (s. 26)
Ale uwaga - potem, z tej krwawej, chorej sieczki wyłania się opowieść właściwa, spójna, ponadczasowa, świetnie i z pomysłem napisana. Taka, od której trudno się oderwać, którą czytałam późnym wieczorem w łóżku z małą latarką na głowie, podobną do tych górniczych. 

Współczesny Poznań, kilku ćpunów w dresach, z których jeden namiętnie czyta i kolekcjonuje książki (sic!):

Najwięcej miejsca w pokoju zajmowała kupiona jeszcze za peerelu masywna i błyszcząca meblościanka ustawiona naprzeciwko łóżka. Stał tam mały i szwankujący nieustannie telewizor, a wokół niego znajdowało się chyba z tysiąc książek. Z początku stały równo, segregowane tematycznie i odkurzane, z czasem upychane siłą poziomo, na ukos, jedna na drugiej, aby wreszcie zapełnić każdy możliwy zakamarek (...)
Wyspa z papieru, tak myślał o czterech ścianach, między którymi przyszło mu spędzać życie. Wyspa z książek i gazet, między kartami których przeżył tyle przygód, że tych pierwszych w ogóle już nie pamiętał. (s.103-104) 

 Chłopaki spokojnie okupują ławkę przed wspólnym blokiem, piją rozliczne piwa, żyją od imprezy do imprezy - do czasu, gdy zainteresuje się nimi sąsiad spod dziesiątki - spokojny, małomówny starszy pan, nazywany Dziadkiem. Od tej pory w życiu kolegów nic już nie będzie jak dotąd - będzie coraz gorzej...

"Błędy" były dla mnie przeżyciem straszliwym i szalenie intensywnym - mimo to (a może właśnie dlatego) chętnie sięgnę po inne książki Małeckiego, bo doceniam niezwykłą, rozpasaną wyobraźnię autora (nie wiem, czy kiedykolwiek zapomnę te fantastyczne, wykreowane przez niego postaci jak żyrafa Joanna czy karp - poeta), celność jego spostrzeżeń i lekkość jego pióra - ta lektura to niesamowite doświadczenie, które zapamiętam na długo. 
Polecać jednak nie mam sumienia - niech sięgną po "Błędy" ci, co się nie boją. A na zachętę jeszcze jeden wyjątek z powieści, któremu nie mogłam się oprzeć:

Świat jest gówniany i nie ma co się czarować (...).
 Wychodząc na ulicę, Iks widywał szare i osikane przez psy kamienice, śpieszących się gdzieś japiszonów, pędzące Bóg wie dokąd samochody i znajdujące się w nich zdenerwowane, smutne twarze. Im większy samochód, tym smutniejsza twarz w środku. Patrzył na to wszystko, a pytanie nasuwało się jedno: po co właściwie dalej się to kręci? Po co oni biegają wciśnięci w niewygodne garnitury, po co odbierają telefony, których wcale nie chcą odbierać? W jakim celu zrywają się na budzik, kiedy jedyne, o czym marzą, to pospać jeszcze kilka godzin? O co w tym wszystkim chodzi? Nie łatwiej było, jak człowiek siedział przed jaskinią i raz na dzień wyszedł pouganiać się za jakimś królikiem? (s. 116-117)

* z okładki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz