piątek, 8 lutego 2013

Ciemno, prawie noc, Joanna Bator

- A pani tu co właściwie?
- Ja? Po książkę.
- Czytacie i czytacie - zaśmiała się chrapliwie. - Przychodzi tu dużo takich, co czytają.
- Pewnie dlatego, że to biblioteka - podpowiedziałam.
- Pani też pewnie czyta i czyta?
- Zdarza się - przyznałam.
- Właśnie! - ucieszyła się Niebieska Kobieta. - Czyta się, a życie płynie.
- Pani nie lubi czytać?
- Ani trochę - rzuciła - czasu szkoda. - Dmuchnęła dymem w moją stronę i ziewnęła ostentacyjnie, by zademonstrować, jak nudne jest czytanie. - A ta książka, po którą pani przyszła, to o czym? - zainteresowała się nagle.
- O dobru i złu.
Niebieska Kobieta uniosła brwi i dmuchnęła.
- No też nie mają o czym pisać! (s.164-165)

Mocna, gęsta proza. Cokolwiek to znaczy. W każdym razie (i to wiem na pewno) : nie ma silnych na Joannę Bator. Jej pióro bezlitośnie godzi w ludzkie słabostki, szydzi z przywar, obnaża absurdy dnia codziennego. O "Piaskowej Górze" tej autorki, przeczytanej wieki temu, nie napisałam dotąd ani jednego zdania: nie potrafiłam. Pamiętam, że czytało się świetnie, że zachwyciła mnie niebywała sprawność językowa Joanny Bator, że była to najprawdziwsza literacka uczta, o której do dziś nie jestem w stanie opowiedzieć. O "Ciemno, prawie noc" - chyba tym bardziej. Obiecałam sobie jednak skrupulatność, więc choćby tylko kilka zdań, choćby nawet najzupełniej nietrafionych - muszę, po prostu muszę.




Zapragnęłam tej książki, gdy tylko dano ją na zapowiedzi i posiadłam ją w dniu premiery. Bardzo lubię serię Archipelagi: te przepiękne wydania książek ślicznie prezentują się na regale i zazwyczaj obiecują znakomitą lekturę. Szkoda, że w przypadku "Ciemno, prawie noc" (i o tym też muszę napisać), której cena jest dość wygórowana, wydawnictwo nie uchroniło się od błędów: w książce aż roi się od literówek, które kolą w oczy. No ale poza niechlujnością językową nie mam już żadnych zarzutów: powieść broni się wyśmienitą treścią.

Mój apetyt na najnowsze dzieło Joanny Bator zaostrzyła obiecująca nota wydawcy: że tajemnice rodzinne, że niewyjaśnione porwania dzieci w Wałbrzychu, że konwencja powieści gotyckiej. No przecież musiałam tę książkę przeczytać!
Spodziewałam się czegoś innego jednak, a jest bardziej mroczno i duszno niż mogłam to sobie wyobrazić.

Fabuła ciekawa: oto w Wałbrzychu w niewyjaśnionych okolicznościach ginie trójka dzieci, na rynku pojawia się fałszywy prorok, dochodzi do skandalicznych aktów okrucieństwa wobec zwierząt, a Alicja Tabor, dziennikarka z Warszawy, przyjeżdża do Wałbrzycha, by napisać reportaż o tajemniczych porwaniach. Wałbrzych to miasto rodzinne Alicji, którego nie odwiedzała ona od wielu wielu lat. Na czas pisania reportażu zamieszkuje w starym poniemieckim domu, odziedziczonym po zmarłym ojcu. Tutaj dosięgną Alicję duchy przeszłości, przed którymi uciekała, odżyją dobre i złe wspomnienia, a wszystkie bieżące sprawy: porwania dzieci, przemoc wobec zwierząt, fałszywy prorok zaczną się zazębiać i Alicja wpadnie na pewien trop...

Nie jestem krytykiem literackim, więc nie będę prawić wywodów o czym ta książka jest naprawdę. Recenzenci doszukują się w niej echa sytuacji w Polsce po katastrofie smoleńskiej i innych odwołań do aktualnej sytuacji polityczno-społecznej w kraju. To książka wielopłaszczyznowa, dla mnie jest po prostu opowieścią o  poszukiwaniu dobra w świecie pełnym zła (i to jakiego zła - aż strach mi było to czytać...).

Genialna sprawność językowa autorki, wartka akcja pełna retrospekcji, przerywana fragmentami zapisu internetowego czatu, na który zagląda nocami główna bohaterka powieści, postaci z pogranicza jawy i snu (Kociary), po prostu porządny kawał bardzo dobrej literatury. Dla wszystkich, choć nie dla każdego.

I jeszcze jeden fragment na koniec, na zachętę, na zaostrzenie apetytu, bo uwielbiam Joanny Bator talent do gawędziarstwa, tę łatwość i soczystość jej pisania ( i pisanie o jedzeniu też uwielbiam):

- Ziąb! Na ziąb rosołek, byle pieprzny, po polskiemu, najlepszy. A schabik, proszę panią, na drugie. Schabik dostałam jak masełko, świeżutki, cymes nie schab. Do Reala pojechałam i wybrałam, raz-dwa w te i nazad busikiem. Schabowy niby prosty, każda ubić, usmażyć potrafi, pani mi powie (s.170)
(...)
- Rosołek! Posoliłam, popieprzyłam, ale można zawsze dopieprzyć. Tu sól, pieprz. U mnie świnia musi przebiec przez zupę, przez rosołek kura, krowa. - Zatarła ręce, drobne, szybkie. - Dopieprzyć? (s.172)

4 komentarze:

  1. zaczytana2 (Magda)8 lutego 2013 07:58

    Następna pozycja wylądowała na dłuuuuugiej liście książek które muszę kupić :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam ale znudziła mnie. Pozdrawiam A.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaintrygowałaś mnie. Czytają ją w trójce, ale, że słucham w pracy to docierają do mnie urywki i jakoś mnie nie wciągają.. Muszę rozejrzeć się w bibliotece czy jest ta książka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Niesmaczna, męcząca, miejscami tendencyjna książka.

    OdpowiedzUsuń