czwartek, 22 sierpnia 2013

Willa, Magdalena Zimniak


Najtrudniej mi pisać o książkach niemal bezbłędnych, które w 100% trafiły w mój gust i / lub idealnie wkomponowały się w czas, kiedy danej lektury potrzebowałam - jedną z nich okazała się "Willa" Magdaleny Zimniak, powieść, która swego czasu zwyczajnie powaliła mnie na kolana.




Do teraz nie wiem, jak ubrać w słowa swój zachwyt.

"Willa" to bardzo bardzo dobra książka, dwie świetnie splecione ze sobą historie nieszczęśliwych kobiet uwikłanych w toksyczne związki z szaleńcami. 
Wszystko tu jest, w tej "Willi".
Dwa główne wątki poprowadzone na dwóch różnych płaszczyznach czasowych. Wzajemne przenikanie się teraźniejszości z czasem minionym.
Mąż, który w niekontrolowanych napadach szału zamyka żonę w ciemnej, wilgotnej piwnicy. 
Małżeństwo z przymusu, pełne strachu, gróźb, niechęci.
Jest i miłość, taka najczystsza, najpierwsza, najsłodsza.
Jest seks.
Są duchy.
Wszystko tu jest.

Przeczytałam "Willę" w dwa wieczory, z przyjemnością, z wypiekami na twarzy, z niedowierzaniem, zaniedbując siedzącego obok męża, ba, zapominając o rzeczywistości w ogóle.
To nie jest banalne ckliwe czytadło. To głęboka, poruszająca opowieść, napisana pięknym językiem. Chcę więcej Magdaleny Zimniak - to pierwsza i jak dotąd jedyna powieść jej autorstwa, jaką przeczytałam, ale z pewnością nie ostatnia. Samą pisarkę już dodałam w myślach do tych najulubieńszych - ot, taki kredyt zaufania, dzięki jednej tylko książce. 

Przeczuwałam, że "Willa" mi się spodoba, figurowała długo na liście książek do zdobycia, a teraz jest jedną z największych ozdób na moim (wciąż nieuporządkowanym) regale. Zaskoczyła mnie, poruszając do głębi - choć początek nie zapowiadał takich emocji, jakie towarzyszyły mi po przeczytaniu ostatnich zdań.
Polecam, to oczywiste.

środa, 21 sierpnia 2013

Wiedźma.com.pl, Ewa Białołęcka






Krystyna Szyft, zwana przez bliskich Reszką, to samotna matka kilkuletniego chłopca, mieszkająca kątem u rodziców, z trudem wiążąca koniec z końcem i uzależniona od Internetu, niespodzianie odziedzicza dom po zmarłej, bliżej nieznanej ciotce. Dom, położony w Czcince, wsi zabitej dechami i nieoznaczonej na mapach, miast stać się wybawieniem dla popadającej w finansowe tarapaty Reszki, staje się źródłem jej kłopotów i nadprzyrodzonych zjawisk, których nagle zacznie doświadczać. Od momentu pojawienia się Reszki w Czcince, zwyczajna, obyczajowa historia zamienia się w quasi-horror, opowieść z elementami kryminału i fantastyki. Oj, jednym słowem: dzieje się.

Dodaj napis
 
"Wiedźma.com.pl" od dłuższego czasu figurowała na mojej liście "koniecznie przeczytać". Po tylu pozytywnych recenzjach, jakie zebrała, czułam, że może mi się spodobać. I spodobała. Chociaż nie aż tak bardzo, jak tego oczekiwałam.

To lekka, dowcipna opowieść, przy której wielokrotnie wybuchałam śmiechem. Stała się dla mnie uroczym, odprężającym przerywnikiem od ciężkich, mrocznych lektur, po jakie ostatnio sięgam. 
Świetnie się bawiłam czytając, towarzyszyła mi w upalne lipcowe dni  spędzane na działce. A jednak...
na dłuższą metę: męczyła mnie i nużyła. Gdzieś w sieci spotkałam się z arcytrafną opinią, jakoby książka ta przypominała zabawną, gadatliwą koleżankę, której obecność cieszy przez 2 godziny, a po kolejnych dwóch mamy już dosyć jej bezustannej paplaniny. 
Dokładnie tak jest: musiałam sobie robić przerwy od czytania, bo - co stanowi główny mój zarzut wobec "Wiedźmy.." - jej bohaterowie mówią jednym głosem, wszyscy są tak samo zabawni, pozbawieni cech indywidualnych. Poza tym ze swoim przedziwnym upodobaniem do thrillerów i innych historii z cyklu "prawie na serio" - dowcip i sarkazm na każdej stronie zwyczajnie dom mnie nie przemawiają.


Ogromnym atutem książki są wg mnie doskonałe ilustracje Marty Blachury, które zdobią i urozmaicają lekturę, pozwalając na jeszcze lepsze wyobrażenie sobie bohaterów i poszczególnych scen.

Konkludując, "Wiedźma.com.pl" to lekkie, skrzące się humorem czytadło, napisane żywym, soczystym językiem, pełne trafnych, zabawnych zdań wypowiadanych przez Reszkę, główną bohaterkę. Można przeczytać, bo lektura jest przednia i dostarcza rozrywki, ale z pewnością nie jest też warta zawracania sobie głowy i wpisywania na listę "must read". To raczej lektura jednorazówka, która dostarcza chwilowej przyjemności, i o której bardzo szybko się zapomina.


wtorek, 20 sierpnia 2013

Dotyk zła, Alex Kava




O mamo! Świetna książka! 
Nareszcie pojęłam fenomen Alex Kavy, twórczością której od lat zachwycała się moja bliska koleżanka, a wraz z nią rzesze czytelników na całym świecie.


źródło zdjęcia: http://www.harlequin.pl/autorzy/alex-kava
Ta, o przesympatycznej aparycji, lecz niepozorna przecież autorka, wykreowała postać agentki specjalnej Maggie O'Dell -  "Dotyk zła" otwiera długi cykl powieści z pogranicza kryminału i thrillera. Naturalnie każda część cyklu tworzy odrębną całość i dotyka innego zagadnienia (uściślając: innego rodzaju zabójstw i mrożących krew w żyłach okropieństw), łączy je jednak główna bohaterka, której losy będę śledzić z zapartym tchem - bo tak, chcę więcej Maggie O'Dell, i cieszę się, że  swoją - z nią - przygodę rozpoczęłam "po bożemu", czyli chronologicznie.


"Dotyk zła" to historia śledztwa prowadzonego przez prowincjonalnego, młodego i niedoświadczonego szeryfa Nicka Morelli, który korzystając z pomocy przyjezdnej agentki O'Dell, specjalistki od sporządzania psychologicznych profili przestępców, tropi seryjnego zabójcę małych chłopców. Działania mordercy do złudzenia przypominają te, jakie podejmował stracony przed trzema miesiącami inny zabójca: zwłoki dzieci z wyciętym na klatce piersiowej znakiem X porzucane są w odludnym miejscu nad rzeką. Czy pojawił się naśladowca? Bo przecież stracony wcześniej sadysta nie wstał chyba z grobu?

Sama nie wiem, co tak bardzo urzekło mnie w tej ponad 500-stronicowej powieści. Fabuła nie jest zaskakująca ani odkrywcza, zabójcę wytypujemy bardzo szybko, choć autorka stara się mieszać tropy i co jakiś czas zasiewa w nas ziarno wątpliwości. Bohaterowie są dość sztampowi, piękna ona, piękny on, wszystko wskazuje na nieodzowny w takich razach romans. Przez pierwsze 200 stron akcja toczy się dość leniwie, ale potem nie pozwala już oderwać się od książki. 

Siłą tej historii jest dla mnie język, jakim została opowiedziana - zwykły, żywy, potoczny, bez zbędnych ozdobników, bez błyskotliwych cytatów do zapamiętania, język przezroczysty, który pozwala skupić się li i jedynie na akcji. Poza tym to, co przypomina mi szalenie powieści Charlotte Link: prowadzenie narracji z różnych perspektyw, co pozwala wniknąć w umysły wielu bohaterów, w tym ofiar i mordercy, i lepiej zrozumieć kierujące nimi motywy. Rozbudowana psychologia postaci, ciekawe wątki poboczne, niezwiązane z wątkiem głównym, krótkie, liczne rozdziały, które kończą się w kulminacyjnych momentach - oto siła tej książki. A największym atutem - zakończenie, który rozbudziło we mnie apetyt na kolejną część cyklu.

Świetna, niewymagająca rozrywka i wiele emocji. Jestem na tak!

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Najnowsze (czyli stosik, a nawet dwa, o! )

Nowe na półce. Wymarzone, wyczekane, z listy "must read". Zakupione okazyjnie, na wyprzedażach, na allegro, i kilka z wymiany. Zdecydowanie powinnam uporządkować regał, bo tłoczą się teraz gdzie popadnie. Ale cieszą, bardzo cieszą <3




poniedziałek, 29 lipca 2013

Dom wiatru, Titania Hardie

Chociaż ostatnio pochłaniam książkę za książkę - tę czytałam długo, niespiesznie, świadomie dawkując sobie przyjemność, celowo przedłużając lekturę, rozmyślnie odwlekając jej koniec.
Gustuję w takich powieściach: kuszących miłą dla oka okładką, mamiących znacznymi gabarytami, z interesującą fabułą, z tajemnicą w tle i domem w tytule.
To dobra książka, dobra opowieść. 
Spędzałam z nią miłe, leniwe chwile w ogródku, sięgając po jabłka i czerwone porzeczki. Czasem podczytywałam ją w domu, do porannej lub popołudniowej kawy.


Akcja tej obszernej, pięknookładkowej i ładnie (właśnie tak: ładnie) napisanej powieści toczy się równolegle: w roku 2007 i 1347. A obie jej bohaterki, choć dzielą je stulecia, mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego...
W San Francisco, w czasach współczesnych mieszka Madeline. Opłakuje narzeczonego, stopniowo popadając w depresję - za namową zaniepokojonej babci wyjeżdża do Toskanii. Tam, zaintrygowana historią ruin starej willi, zwanej Domem Wiatru, poznaje pewną tajemniczą legendę... 
Opowieść druga, ta z 1347 roku, również rozgrywa się w Toskanii. Kilkunastoletnia Mia milczy od śmierci swej matki, nie znamy jej pochodzenia: mieszka wraz z ciocią, wspólnie z nią prowadząc swego rodzaju zajazd dla pielgrzymów - któregoś dnia w ich progach zagości tajemnicza para, w tym piękna młoda kobieta, która zaintryguje Mię. Dziewczyna wraz z ciotką decyduje się udzielić im schronienia, choćby nie wiem co...

Z przyjemnością poznawałam tę opowieść, w której i legendy, i magia, i w końcu życie samo. "Dom wiatru" cechuje niepowtarzalna atmosfera, klimat, którego nie sposób opisać słowami - który wyczuwa się, miękko zapadając w tę historię. Historię, która jest w dużej mierze historią odkrywania siebie, odnajdywania swojego miejsca w życiu.

niedziela, 28 lipca 2013

Błędy, Jakub Małecki

 Recenzja zgłoszona do wakacyjnego konkursu dla syndykalistów na najlepszą zbrodniczą recenzję lata 2013.

Ludzie się mylą. Czasem śmiertelnie. *

Rany.
Najdziwaczniejsza książka, z jaką dotąd było mi dane.
Pierwszych 70 stron ( z niespełna trzystu) czytałam 3 dni - tak opornie i z taką niechęcią, i tak poważnie myśląc o zarzuceniu lektury, że aż dziw, że wytrwałam - i od rozdziału drugiego, który - jak dla mnie- stanowi zasadniczą część książki, szłam już jak burza, nagle zaciekawiona i nagle (o zgrozo) wypełniona zachwytem po brzegi.



Może zabrzmi to cokolwiek niestosownie, ale ochotę na Małeckiego miałam od dawna, po lekturze wielu entuzjastycznych recenzji "Dżozefa" oraz "W odbiciu" - niestety w żadnej z miejskich z bibliotek nie znalazłam ani jednej, ani drugiej pozycji - znalazłam za to "Błędy". Lepszy rydz, jak nic, pomyślałam. I zabrałam do domu. I szybko zaczęłam żałować, żalić się mężowi, że kurcze, nie dam rady, co to jest w ogóle.

Groteska, makabra, absurd - tak skumulowane, że chwilami nie da się tego czytać. Pierwszy rozdział to garść luźno związanych historyjek ociekających krwią, perwersyjnym dowcipem, najzupełniej obrzydliwych. Nie mogłam jeść, czytając - a lubię. Przy tej książce się nie da, powinni ją zalecać jako skuteczny środek dla ludzi na wiecznej diecie.
A' propos jedzenia:

Jak to jest, że człowiek jako jedyne zwierzę cierpi na otyłość? Lew nie raczy unieść łba, gdy nie jest głodny, nawet jeśli antylopa srałaby mu prosto na nos. Czy ktoś kiedykolwiek widział otyłą małpę? Grubego orła? Rybę, której fałdy tłuszczu uniemożliwiają pływanie? A ludzie? Potężny procent cierpi na otyłość; nawet własnego psa potrafią utuczyć tak, że na spacerze trze brzuchem o chodnik. Sam rzeczony psiak nigdy, przenigdy by się do takiego stanu nie doprowadził. (s. 26)
Ale uwaga - potem, z tej krwawej, chorej sieczki wyłania się opowieść właściwa, spójna, ponadczasowa, świetnie i z pomysłem napisana. Taka, od której trudno się oderwać, którą czytałam późnym wieczorem w łóżku z małą latarką na głowie, podobną do tych górniczych. 

Współczesny Poznań, kilku ćpunów w dresach, z których jeden namiętnie czyta i kolekcjonuje książki (sic!):

Najwięcej miejsca w pokoju zajmowała kupiona jeszcze za peerelu masywna i błyszcząca meblościanka ustawiona naprzeciwko łóżka. Stał tam mały i szwankujący nieustannie telewizor, a wokół niego znajdowało się chyba z tysiąc książek. Z początku stały równo, segregowane tematycznie i odkurzane, z czasem upychane siłą poziomo, na ukos, jedna na drugiej, aby wreszcie zapełnić każdy możliwy zakamarek (...)
Wyspa z papieru, tak myślał o czterech ścianach, między którymi przyszło mu spędzać życie. Wyspa z książek i gazet, między kartami których przeżył tyle przygód, że tych pierwszych w ogóle już nie pamiętał. (s.103-104) 

 Chłopaki spokojnie okupują ławkę przed wspólnym blokiem, piją rozliczne piwa, żyją od imprezy do imprezy - do czasu, gdy zainteresuje się nimi sąsiad spod dziesiątki - spokojny, małomówny starszy pan, nazywany Dziadkiem. Od tej pory w życiu kolegów nic już nie będzie jak dotąd - będzie coraz gorzej...

"Błędy" były dla mnie przeżyciem straszliwym i szalenie intensywnym - mimo to (a może właśnie dlatego) chętnie sięgnę po inne książki Małeckiego, bo doceniam niezwykłą, rozpasaną wyobraźnię autora (nie wiem, czy kiedykolwiek zapomnę te fantastyczne, wykreowane przez niego postaci jak żyrafa Joanna czy karp - poeta), celność jego spostrzeżeń i lekkość jego pióra - ta lektura to niesamowite doświadczenie, które zapamiętam na długo. 
Polecać jednak nie mam sumienia - niech sięgną po "Błędy" ci, co się nie boją. A na zachętę jeszcze jeden wyjątek z powieści, któremu nie mogłam się oprzeć:

Świat jest gówniany i nie ma co się czarować (...).
 Wychodząc na ulicę, Iks widywał szare i osikane przez psy kamienice, śpieszących się gdzieś japiszonów, pędzące Bóg wie dokąd samochody i znajdujące się w nich zdenerwowane, smutne twarze. Im większy samochód, tym smutniejsza twarz w środku. Patrzył na to wszystko, a pytanie nasuwało się jedno: po co właściwie dalej się to kręci? Po co oni biegają wciśnięci w niewygodne garnitury, po co odbierają telefony, których wcale nie chcą odbierać? W jakim celu zrywają się na budzik, kiedy jedyne, o czym marzą, to pospać jeszcze kilka godzin? O co w tym wszystkim chodzi? Nie łatwiej było, jak człowiek siedział przed jaskinią i raz na dzień wyszedł pouganiać się za jakimś królikiem? (s. 116-117)

* z okładki

poniedziałek, 22 lipca 2013

Ślubna suknia, Pierre Lemaitre

 Recenzja zgłoszona do wakacyjnego konkursu dla syndykalistów na najlepszą zbrodniczą recenzję lata 2013.


Marzyłam, żeby ją wreszcie przeczytać. Po tylu pozytywnych recenzjach, które odnalazłam w książkowej blogosferze, właściwie spodziewałam  się świetnej lektury. Ale, do diaska, nie aż tak świetnej!
Ta książka po prostu uderza do głowy, już od pierwszych zdań.

Tego ranka, jak w wiele innych poranków, Sophie obudziła się z płaczem i ze ściśniętym gardłem, choć nie ma żadnego powodu, żeby się bać. W jej życiu łzy nie są niczym wyjątkowym; od kiedy straciła rozum, co noc płacze. (s.9)
Sophie to zwyczajna kobieta, paryżanka, szczęśliwa żona, żyjąca dostatnio i spokojnie u boku kochającego męża. Teściową ma może niefajną, ale z teściowymi to nihil novi przecież. Jednak od pewnego czasu w uporządkowane życie naszej bohaterki stopniowo wkrada się chaos: pozornie niewinne luki w pamięci - Sophie zapomina, gdzie zostawiła książkę, gdzie odłożyła torebkę, klucze. Nie pamięta, gdzie zaparkowała samochód. Nie stawia się na umówione spotkanie, bo nie sądziła, że to akurat dzisiaj. Zapomina o zobowiązaniach w pracy. Stopniowo przestaje ufać swoim zmysłom i popada w depresję, drżąc jednocześnie, by mąż niczego nie zauważył, nie porzucił jej, nie wysłał do szpitala na leczenie. Jednak w chwili, gdy Sophie odnajduje zwłoki małego chłopca powierzonego jej opiece, a ślady na miejscu zbrodni jednoznacznie wskazują na udział  Sophie w zabójstwie (a ona sama nie pamięta, zupełnie nie pamięta, co się stało, jak, kiedy, gdzie), decyduje się na radykalny krok: ucieczkę i zmianę tożsamości. Próbując odnaleźć się w nowej sytuacji, powtórnie - i jako ktoś zupełnie już inny, legitymujący się fałszywymi papierami - wychodzi za mąż. A wtedy przeszłość znów ją dopada - znów zaczyna się ten sam koszmar: pozornie niewinne i drobne luki w pamięci...

 Powieść jest po prostu znakomita, z tak oryginalną konstrukcją utworu jeszcze się nie spotkałam - zaskoczenie totalne, zwłaszcza sam początek - nikt mnie nie uprzedził, że wpada się w tę opowieść jak przysłowiowa śliwka wpada w kompot, w samo centrum wydarzeń, w pewien myślowy chaos, który wydaje się nie do ogarnięcia. Do tego ten język, prosty przecież, lekki i gładki w odbiorze, a jednak miejscami ocierający się niemal o poezję. A sama historia? Niebanalna, trzymająca w nieustannym napięciu, porywająca, szalenie klimatyczna - wraz z bohaterami popadamy w stany niemal paranoiczne, w obłęd, po prostu w obłęd.

To doskonały thriller psychologiczny, z co prawda trudnym, chaotycznym, przedziwnym początkiem, ale mniej więcej od połowy (a w moim przypadku: dużo wcześniej) książki nie sposób odłożyć. Znakomita i zaskakująca.

sobota, 20 lipca 2013

Chirurg, Tess Gerritsen

Nareszcie wiem na czym polega ten fenomen - nazwisko pisarki rozbrzmiewa od kilku już lat na rozlicznych blogach i forach książkowych, a ja wciąż i wciąż nie miałam okazji, by sięgnąć po jakąkolwiek jej książkę i przekonać się, czy jest to autorka dla mnie. Otóż: jest.

Do biblioteki wybrałam się przygotowana - wiedziałam, od którego tytułu zacząć - lubuję się w chronologii, zwłaszcza, gdy mam do czynienia z cyklami. Podpytałam tu i ówdzie, i polecono mi "Chirurga" - pierwszą część cyklu z Jane Rizzoli i Maurą Isles (tej ostatniej, nota bene, w "Chirurgu" brakuje).  "Chirurg" czekał spokojnie na bibliotecznej półce, na mnie czekał. Pochłonęłam w dwa wieczory. Od takich książek - zarzucę wyświechtanym, acz adekwatnym zwrotem - zwyczajnie nie można się oderwać.




Tytułowy "Chirurg" to bardzo specyficzny, seryjny zbrodniarz - dokonuje operacji usunięcia macicy na zupełnie przytomnych kobietach. Makabra, krew i mięso. I oczywiście pasjonujące śledztwo, i tropy prowadzące do przepięknej pani doktor Catherine Cordell, która przed laty wymknęła się z rąk podobnemu sadyście. Prowadzący śledztwo Thomas Moor i Jane Rizzoli mają do rozwiązania nie lada zagadkę, a czas nagli...

Świetna, trzymająca w napięciu i  bardzo dynamiczna książka, po brzegi wypełniona medycznymi terminami, ale podanymi tak przystępnie, że czytelnik czuje się wręcz częścią środowiska lekarskiego i tajemnicze nazwy i czynności przy stole operacyjnym stają się nagle bliskie i zrozumiałe.

Z thrillerami medycznymi nie miałam dotąd styczności, jeśli nie liczyć epizodu sprzed około dziesięciu laty z książką Robina Cooka (jaką - nie pomnę - ale wiem, że się podobała). Teraz już wiem, że to pomysł na świetną, emocjonującą lekturę, która wspaniale wypełni czas wolny - godziny z "Chirurgiem" mijały po prostu niepostrzeżenie.

Czekam teraz wytrwale, aż jakiś czytelnik odda bibliotece część drugą cyklu - "Skalpel". Będę pierwszą, która go wypożyczy. I wreszcie odnalazłam jakieś plusy instytucji bibliotecznej - takie książki nie wymagają (dzięka Bogu)  tego, by je kupować i kolekcjonować - mnie wystarczą na chwilę, na takie właśnie dwa - trzy pełne mocnych wrażeń wieczory. Potem bez żalu je oddam, i pewnie niedługo zapomnę, ale najważniejsze, że świetnie się bawię czytając. Dobra, niewymagająca rozrywka. Polecam.



niedziela, 30 czerwca 2013

Ostre przedmioty, Gillian Flynn




(zdjęcie z telefonu, dlatego na opak)

Moje drugie spotkanie z Gillian Flynn. I znów strzał w dziesiątkę. Polubiłyśmy się z autorką, co tu dużo mówić. Podziwiam jej lekkość pisania - kolejna książka z serii: "czytam się sama".

Nie jest to może tak zaskakująca i pełna zwrotów akcji historia jak "Zaginiona dziewczyna", ale po primo: to jednak debiutancka powieść autorki, po secundo: to wciąż świetna lektura, porywająca, ładnie i z wyczuciem napisana (choć miejscami bardzo dosadna, wręcz wulgarna). I znowu w pierwszoosobowej narracji, co pozwala zajrzeć w głąb umysłu głównej bohaterki, bardzo wyrazistej i ciekawie skonstruowanej.

Camille, dziennikarka, po krótkim pobycie w szpitalu psychiatrycznym, wraca do zawodu, i na dzień dobry otrzymuje zlecenie napisania serii artykułów o tajemniczych zaginięciach dziewczynek w jej rodzinnej miejscowości, której nota bene nie odwiedzała od lat, z osobistych powodów (kiepskie relacje z matką i jej nowym partnerem, garść niemiłych wspomnień). Choć nie ma ochoty - wraca w rodzinne strony i na własną rękę stara się odkryć tajemnicę: i miasteczka, i zaginięć, i swojej własnej przeszłości.

Więcej nie zdradzam, nie mogę, nie powinnam.

Oczywiście, od razu skojarzenie z "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator - i tu, i tu bohaterka jest reporterką, która rozwiązuje zagadkę szybciej niż  prowadzący sprawę śledczy, a przy okazji stawia czoła własnej przeszłości.

Ale Flynn jest lżejsza, łatwiejsza i przyjemniejsza w odbiorze, choć równie niewesołych spraw dotyka.
Bardzo polecam, sama zaś sięgnę wkrótce po "Mroczny zakątek" tej pisarki - pisarki, która przekonała mnie do siebie w zupełności, i Was też powinna, o ile lubicie ładnie, z lekkością napisane, arcyzajmujące thrillery.







sobota, 29 czerwca 2013

Pobiblioteczna radość

Od dawna nie korzystam z bibliotek. Nie i już. Nie lubię.
Irytują mnie panie bibliotekarki - ich nadgorliwość (ależ to pierwsza część sagi, zechce pani drugą? ) lub ignoranctwo (a któż to ta Zimniak?!)  i / lub podejrzliwość (a po coś tu przyszła? zwrot 24 lipca, proszę pamiętać!).
Denerwuje mnie troska o wypożyczoną książkę - w zwyczaju mam jadać i pijać nad czytaną lekturą, zabierać ją w torbie na działkę, zakreślać ołówkiem ważniejsze fragmenta - w przypadku egzemplarzy bibliotecznych usilnie staram się tego nie robić, a łatwo nie jest - ot, siła przyzwyczajeń.
No i boli mnie nieunikniona rozłąka z książką, którą nagle pokochałam i uznałam za jedną z najulubieńszych. 

A jednak...
Ostatnio wyczytałam wszystko, na co miałam ochotę i co było w zasięgu mej ręki. Nieistotne, że na półkach jeszcze wiele nieprzeczytanych tytułów - na żaden nie miałam ochoty w miniony poniedziałek. Stwierdziłam, że muszę do biblioteki (bo do księgarni z pustym portfelem sensu nie ma), zabrałam syna, który przy stoliku grzecznie pałaszował żelki, a sama do półek. 
Wypożyczyłam maksymalną ilość: pięć tytułów. Na wszystkie na raz chęć miałam. Jak ja się cieszyłam :) Taaaki wybór :) 
Już za mną "Chirurg", aktualnie w czytaniu "Drugie dziecko" (Link zachwyca jak zwykle).

Przeproszę się z bibliotekami, postanowiłam.

Moje łupy:



Teraz nie jestem już pewna, czy zmierzę się z Virginią Woolf. Zobaczymy. Ale Ligockiej poszukiwałam od dawna - ktoś kiedyś zamieścił jeden jedyny cytat, który tak mnie urzekł, że zapamiętałam tytuł i autora na zawsze, i wreszcie dorwałam. Link uzasadniać nie muszę - mam wszystkie wydane w Polsce jej książki - poza "Drugim dzieckiem" i "Grzechem aniołów" i "Wielbicielem" . A że stęskniłam się za jej  pisarstwem - musiałam wypożyczyć, skoro kupić na razie nie mogę.
Kowalewską czytałam przed laty, drugą część - "Górę śpiących węży" mam nawet w swoich zbiorach. Zapragnęłam odświeżyć i doczytać pozostałe części - a jest ich kilka, jak się okazuje. Co do Tess Gerritsen - musiałam pojąć ten fenomen. Pojęłam ;)

Boziu jak ja kocham czytać!!! Tylko... so many books, so little time.

czwartek, 20 czerwca 2013

Trucicielka, Peter Robinson




Niepozorna okładka, niewyszukany tytuł, a jednak warto, stanowczo warto. Nastawiona na zupełnie przeciętny kryminał, taki do połknięcia w trzy wieczory i do szybkiego zapomnienia, nastawiona na lekturę lekką i niewymagającą - nie spodziewałam się czegoś takiego: leniwego, niespiesznego rytmu tej powieści, dokładnych, drobiazgowych niemal opisów, ciekawie zarysowanych postaci i intrygującej fabuły. Nie przywykłam do tak subtelnie napisanych kryminałów - to wręcz książka obyczajowa, z kryminalnym wątkiem, której akcja początkowo toczy się niespiesznie, by nabrać tempa w drugiej części - ale to wciąż leniwy, delikatny rytm - odskocznia od współczesnych trendów, gdzie krew leje się strumieniami, a zwrot akcji goni zwrot akcji.

Przyznam, że zainspirowała mnie ta lektura, podczytywana na co nudniejszych wykładach na podyplomówce. Taki piękny, subtelny język, taka historia... Rozmarzyłam się, że może ja też kiedyś coś napiszę, koniecznie tak ładnie, bez dominującej dziś nowomowy, przełamywania, mieszania stylów i formy. Ach... 
No i uwielbiam też motyw starego domu o tajemniczej historii - ten z "Trucicielki" opisany został tak drobiazgowo i wyczerpująco, że czułam się, jakbym już w nim gościła. Mmm, lubię to :)

Nie będę zdradzała zbyt wiele z treści, poza ogólnikami - takie historie najlepiej poznawać samemu, wgryzać się w tę subtelną opowieść i rozwiązywać zagadkę wraz z głównym bohaterem, zdobywcą Oscara w kategorii "muzyka filmowa", który po śmierci żony opuszcza Stany i wraca na stare śmieci, do Anglii, gdzie nabywa stary dom na odludziu w hrabstwie Yorkshire, by w samotności skupić się na spełnieniu swojego marzenia: skomponowaniu sonaty. Jednak upragnionego spokoju nie dane mu będzie zaznać - gdy Chris Lowndes poznaje mroczną historię dawnych właścicieli posiadłości, zaintrygowany próbuje rozwikłać zagadkę: czy w latach 50-tych Grace Fox zabiła swojego męża - lekarza i czy słusznie została skazana i powieszona? Ta sprawa zawładnie myślami Chrisa, a Grace Fox stanie się jego obsesją.

Bardzo pięknie napisana, w leniwym tempie opowieść, a jednak intrygująca i zaskakująca. Opowieść o stracie, o samotności, o miłości, o duchach, o wojennych koszmarach. 
Niepozorna okładka, niewyszukany tytuł, a jednak warto, stanowczo warto.


środa, 3 kwietnia 2013

Seryjni mordercy XX wieku, Anna Poppek

A, dziękuję. Święta wielkanocne minęły spokojnie i jak zawsze: za szybko. Odpoczęliśmy, obejrzeliśmy parę filmów, odświeżyliśmy stare gry ( ja: Cultures Ósmy Cud Świata, mąż: Saga Gniew Wikingów), najedliśmy do syta smażoną białą kiełbaską, żurkiem, jajcami, sałatką tortellini, sernikiem i orzechowcem.

A żeby pozostać w klimacie około świątecznym, a zwłaszcza Lanego Poniedziałku (białego w tym roku) : oto książka, którą porównałabym do wiadra zimnej czystej wody: tak samo oczyszczająca i otrzeźwiająca. "Seryjni mordercy XX wieku" Anny Poppek to znakomite antidotum na fascynację ucieleśnionym złem. Bo jest coś takiego w nas, ludziach: uwielbiamy filmy o seryjnych zabójcach, z niezdrowym zainteresowaniem śledzimy w wiadomościach kryminalne newsy, lubimy się bać 'bezpiecznie': oglądając thrillery i horrory, czytając mroczne historie. Nie ukrywam, że po "Seryjnych morderców" sięgnęłam właśnie dlatego: ze zwykłego zainteresowania ludźmi, którzy dopuścili się czynów nieludzkich, o których czytałam, których zobaczyłam w filmach dokumentalnych i thrillerach. I stała się rzecz niespodziewana: wyleczyłam się. Otrzeźwiałam. Bo nie ma się czym fascynować. Po lekturze czuję jedynie obrzydzenie do seryjnych morderców. To nie geniusze o spaczonych umysłach: to zwykli zwyrodnialcy.



Anna Poppek we wstępie do książki podkreśla, że nie zamierza epatować przemocą i zachęcać do naśladownictwa - i udaje jej się, naprawdę. 'Seryjni mordercy" mają ten walor edukacyjny: ostrzegają przed zwyrodnialcami, którzy pozornie nie różnią się od przeciętnego zjadacza chleba; wskazują na techniki, metody ich działania (np. metoda Teda Bundy, o której słyszałam już na wykładach z psychologii - na kalekę, nad którym litują się niczego nieświadome ofiary). Autorka bardzo słusznie zwraca naszą uwagę na fakt, że fascynacja złem to nie tylko wiek XX i mass media, już w starożytności przecież "(...) tłumy waliły do amfiteatrów, aby z perwersyjną przyjemnością przyglądać się masakrom gladiatorów" (s. 8), a "mity greckie naszpikowane są przemocą, brutalnym seksem i wszelkimi dewiacjami" (s. 7-8).

Książkę otwiera bardzo ciekawy wywiad z polskim specjalistą w tej dziedzinie, profesorem Brunonem Hołystem, który w przystępny sposób wyjaśnia kluczowe zagadnienia, i podstawy znajomości tematu, czyli na przykłąd: kogo policja uznaje za seryjnego mordercę. Dowiadujemy się też, że w 2013 roku i w ciągu następnych kilku lat na wolność wyjdzie około setka polskich morderców. Aż włos się jeży... zwłaszcza, gdy przeczyta się już zasadniczą część książki, czyli portrety ponad dwudziestu seryjnych morderców, znanych bardziej lub mniej, m.in. są to Bogdan Arnold, Jeffrey Dahmer, Albert Fish, Charles Manson czy wspomniany już Ted Bundy.

Sylwetki morderców (przy każdym sugestywne zdjęcie lub portret pamięciowy) przedstawione są wg schematu: dzieciństwo, punkt zwrotny w życiu (lub moment przełomowy dla rozpoczęcia chorych procederów) , metody działania, ofiary, działania policji, wyrok. Historie te, prawdziwe przecież, mrożą krew w żyłach, i mimo że nie są nacechowane emocjonalnie: wywołują bardzo silne uczucia, w których na szczęście dominują obrzydzenie, poczucie niesmaku i niechęć.

Bardzo dobra pozycja dla miłośników thrillerów i horrorów, tych pisanych i tych zekranizowanych: działa oczyszczająco i otrzeźwiająco. Polecam z czystym sumieniem.



wtorek, 19 marca 2013

Zaginiona dziewczyna, Gillian Flynn

Jakiś czas temu na fb w statusie mojej licealnej koleżanki, zamieszkałej aktualnie w Stanach Zjednoczonych, pojawiło się zdjęcie tej książki, z krótkim entuzjastycznym angielskim 'just wow' .  Status był tak sugestywny, że zapamiętałam tytuł i nazwisko autorki, a wkrótce okazało się, że książka już w Polsce, przetłumaczona, więc zdobyłam ją w przededniu premiery (czytaj: wyprosiłam na Dzień Kobiet) i od razu zabrałam za lekturę. Okrzyknięto ją thrillerem 2012 roku w USA i rzeczywiście: bardzo to amerykańska książka, i bardzo bardzo dobra. Czyta się sama. Wciąga niemiłosiernie. Nareszcie rzecz, do której wracałam myślami gotując obiad, wstawiając pranie, i do której najlepiej smakuje lampka półwytrawnego wina. I orzeszki z biedronki, w chrupiącej skorupce o smaku zielonej cebulki. Mniam.

  

W dniu piątej rocznicy ślubu znika Amy, żona Nicka. W salonie widać ślady stoczonej walki, a po Amy nie zostaje nawet ślad. Zachowanie Nicka budzi wiele wątpliwości: nie wygląda na szczególnie zrozpaczonego. Śledztwo nie przynosi spodziewanych rezultatów, Amy wciąż nie ma, sprawą interesują się media, Nick zachowuje się coraz bardziej podejrzanie, choć zaklina się, że nie ma nic wspólnego ze zniknięciem żony. Kto stoi za zniknięciem Amy? Policja i dowody przemawiają za tym, że to jednak Nick, mąż swojej żony...

Dość o fabule, choć przecież mogłabym długo, nieskończenie długo: polskie wydanie "Gone girl" liczy 650 stron. Jednak w przypadku TAKICH książek, musi wystarczyć zaledwie zarys: im mniej się wie, tym większą czerpie się radość z lektury, z odkrywania kolejnych zagadek, których autorka nie poskąpiła: fabuła zaskakuje co parę stron!

Skłamałabym twierdząc, że książka jest zupełnie nieprzewidywalna: nie byłam aż tak zaskoczona, jak spodziewałam się być, może miałam zbyt wielkie oczekiwania, może niepotrzebnie naczytałam się wcześniej pochwalnych recenzji, nie wiem. Ale z pewnością nie rozczarowałam się: to doskonale, cudownie napisany thriller, z fantastycznie wykreowaną parą głównych bohaterów. Ich losy poznajemy naprzemiennie: narracja prowadzona jest dwutorowo, z perspektywy Nicka, i z perspektywy Amy (jej głos to kartki z prowadzonego od kilku lat dziennika). Ciekawy i lubiany przeze mnie zabieg, który daje czytelnikowi możliwość zagłębienia się w psychikę głównych zainteresowanych. A są to postaci nieprzeciętne, ich małżeństwo nieprzeciętne jest również, a sposób ich pisania jest po prostu rewelacyjny (oboje parali się swego czasu dziennikarstwem): do teraz nie potrafię ustalić, która relacja podobała mi się bardziej - Nicka czy Amy.

Rozdziały są krótkie, kończą się oczywiście w kulminacyjnych momentach - nie sposób rozstać się z książką, jeśli nie ma się w domu 4,5 - miesięcznej córki ;) 

Bardzo dobra, bardzo amerykańska (to komplement: ja po prostu marzę o wycieczce do Stanów!), zaskakująca, wciągająca, warta przeczytania. Polecam.

(obawiałam się, że teraz nie sięgnę po nic ciekawszego, że będąc wciąż pod wrażeniem "Zaginionej dziewczyny" żadna książka nie zdoła mnie porwać, ale na szczęście myliłam się... i teraz czytam coś jak najbardziej polskiego i mocnego, ale o tym innym razem...)



czwartek, 7 marca 2013

Jeździec miedziany, Paullina Simons




Śnią Wam się czasem książki? 
Mnie zdarzyło się to trzy razy. Tyle snów o książkach pamiętam, uściślając.
Kot Behemot po lekturze Bułhakowa.
Tysiące przedziwnych snów po przeczytaniu "Stu lat samotności".
I kilka lat temu "Jeździec miedziany", podkreślam: kilka lat temu, czyli na długo przed tym, nim zdecydowałam się poń sięgnąć. Śniła mi się sama okładka, właśnie ta: 


I to było jak znak: przeczytaj. Pamiętam ten sen do dziś. 
I gdybym faktycznie przeczytała kilka lat temu, byłabym zachwycona, przypuszczam. Może jako nastolatka bardziej rozumiałabym główną bohaterkę, 17-letnią Tatianę. Tymczasem teraz mogę tylko stwierdzić: rozczarowałam się. Więc właśnie tym zachwycają się rzesze czytelników na całym świecie? E tam...

Ponieważ w lutym bardzo urzekło mnie "Żniwo gniewu", poszłam za ciosem i sięgnęłam po "Jeźdźca", czyli rzecz rozgrywającą się także w latach wojennych, tym razem w Rosji i z perspektywy młodziutkiej Rosjanki, Tatiany Mietanowej. Tatiana fiu bździu w głowie, od pierwszego wejrzenia zakochuje się w przystojnym żołnierzu, Aleksandrze, jednakże miłość ta, choć odwzajemniona, napotka oczywiście tysiące przeszkód. A w tle wojna, najazd Niemców na Związek Radziecki, oblężenie Leningradu. 
Tę historyczną część, tę o oblężeniu i życiu Tatiany w udręczonym wojną Związku Radzieckim czytałam z prawdziwą przyjemnością (choć może nie jest to najszczęśliwsze określenie w stosunku do ogromu opisanych w książce dramatów, realistycznych i bardzo brutalnych scen przemocy i cierpienia, i nieziemskiego głodu, zimna, chorób, walki o przetrwanie w nieludzkich warunkach). Reszta mnie już nużyła, takie w kiepskim stylu napisane czytadło o miłosnych uniesieniach. Zaskoczyła mnie mnogość mocnych scen erotycznych, ale raczej na plus, bo dodała realizmu tej początkowo czysto platonicznej miłości Tatiany i Aleksandra.

Słaba książka, męczyłam ją cały miesiąc. Nie ciągnęło mnie do niej, nie kusiła. Były momenty bardzo wciągające (dzięki Bogu), uczciwie przyznaję, ale raczej nie sięgnę po kontynuację, zwłaszcza, że ani "Tatiany i Aleksandra", ani "Ogrodu letniego" nie posiadam w swoich książkowych zbiorach. Zerknę jednak na jakieś streszczenie dalszych losów Tatiany, bo ciekawość jest - nie tak duża jednak, by znów się męczyć przy lekturze, bo kiepski styl autorki i jej skłonność do dłużyzn dały mi się we znaki.

Tymczasem zajęłam się już czymś (mam nadzieję) zdecydowanie przyjemniejszym, swoim prezentem od męża z okazji Dnia Kobiet, który to prezent sama wybrałam w księgarni ;)


piątek, 22 lutego 2013

Wieści z placu boju plus trzy filmowe polecanki

Jestem, jestem.

W czytaniu wciąż  "Jeździec miedziany", do końca zostało mi 200 stron, więc liczę, że już z górki. Żeby jeszcze wieczory zechciały być dłuższe, a mąż bardziej cierpliwy ;)  Oblężenie Leningradu rzeczywiście bardzo obrazowe, ten głód, głód nie do zaspokojenia, zrywanie tapet w celu konsumpcji, smażenie wodnistych placków z resztek mąki, garść fasoli zjadana pospiesznie, w ukryciu. O tak, to się czyta, zwłaszcza przy talerzu sałatki z tuńczykiem i kubku herbaty. Aktualnie jestem już po pierwszych łóżkowych wygibasach pary głównych bohaterów - równie obrazowych, ale przecież nie wstrętnych. Co tu dużo gadać, przegrywam tę bitwę: "Jeździec miedziany" wciągnął mnie i pochłonął, mimo mojego początkowego oporu.

Przegrywam też z chorobą: przeziębione zatoki. Pęka mi głowa, uszy bolą, gardło męczy. Cholinex, Ibuprom zatoki, polopiryna s, syrop rubital forte, herbatki z miodem i cytryną, kuracja na własną rękę, na razie nieskuteczna. Córcia walczy z zębami, synek z katarem, a mąż z nami wszystkimi. 

I powrót na studia, już dzisiaj pierwsze zajęcia do 20:15, początek II semestru. Jutro w szkolnej ławie spędzę cały dzień. 12 godzin. Zabieram "Jeźdźca", oczywiście. I usiądę gdzieś z tyłu, oczywiście.

Żeby nie było zastoju i zbyt długiego milczenia, spieszę z polecankami, tym razem filmowymi.

Po pierwsze, "Drogówka". 
 Obejrzana na srebrnym ekranie. Uwielbiamy z mężem stylistykę Smarzowskiego, więc wybór tytułu na walentynkowy wieczór był prosty, choć przecież nieoczywisty. "Drogówka" to mocny film - nareszcie, po słabszej "Róży", dzieło na miarę "Domu złego". Podobał się nam obojgu, na filmwebie w naszej ocenie 10/10 + serduszko, że niby ulubiony. Mocna kryminalna historia, korupcja, seks i wóda, środowisko gliniarzy i tajemnicze morderstwo. Bartłomieja Topę już okrzyknęłam swym ulubionym polskim aktorem. Świetne kreacje, znakomita obsada, mocna puenta. Znakomity film, co tu dużo mówić.

Po drugie, "Dom snów". 
Cudowny. Dokładnie taki thriller, jakie lubię. W swoim życiu (o czym niejednokrotnie na tym blogu wspominałam) obejrzałam już tyle horrorów i thrillerów, że naprawdę ciężko mnie czymś zaskoczyć. Ale udało się. Jestem tak samo zachwycona jak niegdyś "Wyspą tajemnic" z Leo DiCaprio. Piękna Rachel Weisz, którą poznałam dzięki "Agorze". Świetny Daniel Craig. Znakomita fabuła. Oglądając, byłam jeszcze w ciąży, więc nie wiem, czy to hormony, czy to naprawdę aż tak poruszający obraz - ale przepłakałam ostatnie pół godziny. Wyłam jak bóbr - ostatni raz tak płakałam oglądając przed laty "Zieloną milę" w kinie. Świetny film, polecam. Ja z pewnością obejrzę go jeszcze raz.

No i po trzecie, "Dom w głębi lasu".   
Jako stara wyjadaczka kina grozy, nie mogłam się doczekać aż "Dom w głębi lasu" wyjdzie wreszcie na dvd.   No, ale tego się nie spodziewałam. Byłam w szoku. Oceny na filmwebie od 0 na 10 do 10 na 10: taka rozpiętość. Ci, którzy nastawiali się na doskonały horror (bo świetny, obiecujący trailer był) - poczuli się oszukani. Teoretycznie ja też powinnam, bo też nastawiona na prawdziwy film grozy byłam, ale nie. To zadziwiające kino, to groteska - czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Groteska filmowa, ale nie prześmiewcza jak seria "Strasznych filmów" (którą, nota bene, uwielbiam), ale groteska niemal na poważnie. Po obejrzeniu zakończenia pierwszą moją myślą było stwierdzenie: ":ale durne". Lecz zaraz potem: "i genialne". Czy potrzeba lepszej rekomendacji? 

A teraz mam straszliwą ochotę na "Syberiadę polską", której zapowiedź widziałam w kinie i która od razu przywiodła mi na myśl zachwycające "Zniwo gniewu", ale prędzej przeczytam niż wybiorę się do kina - bo z dwójką dzieci i trawiona chorobą - no, nie dam rady, przypuszczam. A książka na allegro jest, i kilka ciekawych recenzji już przeczytałam. I jeszcze "Być jak Kazimierz Deyna" mnie intryguje, i "Baczyński", bo Mozila utwór promujący ów film naprawdę zacny.
Tyle bym chciała: i obejrzeć, i przeczytać, ale czas, że też tak pędzi...

czwartek, 14 lutego 2013

Jeszcze dzisiaj nie usiadłam...*

Ząbkowanie. Córcia (3,5 miesiąca) ma już dwie dolne trójeczki, kolejne ząbki w drodze - mękakrwawamęka, że sparafrazuję ostatnio zrecenzowaną Bator Joannę. Męczące dni i noce nam nastały. Nie mam głowy i czasu na czytanie, pisanie - wieczorami myślę tylko o lampce białego wina sączonej u boku męża. I o śnie. Śpimy od 21.

...

Ugrzęzłam w "Jeźdźcu miedzianym" Paulliny Simons, wygrzebanym niegdyś w antykwariacie. Czytam od tygodnia, jestem dopiero na 118 stronie (a stron ponad 700...), codziennie, co wieczór po stron kilkanaście, ale nie idzie mi, nie ma co ukrywać. Czuję się oszukana, tyle osób zachwalało, ja zwyczajnie się męczę. Jeszcze nie czytałam tak naiwnej książki, nie spotkałam tak nienaturalnie wykreowanych bohaterów i tej ich śmiesznej papierowej miłości. Chciałabym zarzucić lekturę, tak po prostu, ale nie ukrywam, że czekam na oblężenie Leningradu - od recenzentów wiem, że ponoć warto, że wtedy dopiero odczuwa się tę powieść całym sobą. Zobaczymy. W każdym razie teraz traktuję tę książkę jak przymus, obowiązek. Czekam, aż się coś zadzieje. Na razie mam poczucie marnowania czasu.

...

Dzisiaj z mężem walentynkowy wypad do kina, na "Drogówkę" naszego Smarzowskiego, którego uwielbiamy. Może wreszcie będę miała o czym pisać, co przeżywać. Liczę na to.
Do dzieci przychodzi Teściowa, więc sprzątanie, sprzątanie, obiadu pospieszne gotowanie. Spalam się.

...
Obcięłam włosy, rozjaśniłam, kupiłam dwie pary nowych spodni, czekam na wiosnę.


* tytuł notki zaczerpnięty z Agnieszki Drotkiewicz, z książki, którą chciałabym przeczytać. 

piątek, 8 lutego 2013

Ciemno, prawie noc, Joanna Bator

- A pani tu co właściwie?
- Ja? Po książkę.
- Czytacie i czytacie - zaśmiała się chrapliwie. - Przychodzi tu dużo takich, co czytają.
- Pewnie dlatego, że to biblioteka - podpowiedziałam.
- Pani też pewnie czyta i czyta?
- Zdarza się - przyznałam.
- Właśnie! - ucieszyła się Niebieska Kobieta. - Czyta się, a życie płynie.
- Pani nie lubi czytać?
- Ani trochę - rzuciła - czasu szkoda. - Dmuchnęła dymem w moją stronę i ziewnęła ostentacyjnie, by zademonstrować, jak nudne jest czytanie. - A ta książka, po którą pani przyszła, to o czym? - zainteresowała się nagle.
- O dobru i złu.
Niebieska Kobieta uniosła brwi i dmuchnęła.
- No też nie mają o czym pisać! (s.164-165)

Mocna, gęsta proza. Cokolwiek to znaczy. W każdym razie (i to wiem na pewno) : nie ma silnych na Joannę Bator. Jej pióro bezlitośnie godzi w ludzkie słabostki, szydzi z przywar, obnaża absurdy dnia codziennego. O "Piaskowej Górze" tej autorki, przeczytanej wieki temu, nie napisałam dotąd ani jednego zdania: nie potrafiłam. Pamiętam, że czytało się świetnie, że zachwyciła mnie niebywała sprawność językowa Joanny Bator, że była to najprawdziwsza literacka uczta, o której do dziś nie jestem w stanie opowiedzieć. O "Ciemno, prawie noc" - chyba tym bardziej. Obiecałam sobie jednak skrupulatność, więc choćby tylko kilka zdań, choćby nawet najzupełniej nietrafionych - muszę, po prostu muszę.




Zapragnęłam tej książki, gdy tylko dano ją na zapowiedzi i posiadłam ją w dniu premiery. Bardzo lubię serię Archipelagi: te przepiękne wydania książek ślicznie prezentują się na regale i zazwyczaj obiecują znakomitą lekturę. Szkoda, że w przypadku "Ciemno, prawie noc" (i o tym też muszę napisać), której cena jest dość wygórowana, wydawnictwo nie uchroniło się od błędów: w książce aż roi się od literówek, które kolą w oczy. No ale poza niechlujnością językową nie mam już żadnych zarzutów: powieść broni się wyśmienitą treścią.

Mój apetyt na najnowsze dzieło Joanny Bator zaostrzyła obiecująca nota wydawcy: że tajemnice rodzinne, że niewyjaśnione porwania dzieci w Wałbrzychu, że konwencja powieści gotyckiej. No przecież musiałam tę książkę przeczytać!
Spodziewałam się czegoś innego jednak, a jest bardziej mroczno i duszno niż mogłam to sobie wyobrazić.

Fabuła ciekawa: oto w Wałbrzychu w niewyjaśnionych okolicznościach ginie trójka dzieci, na rynku pojawia się fałszywy prorok, dochodzi do skandalicznych aktów okrucieństwa wobec zwierząt, a Alicja Tabor, dziennikarka z Warszawy, przyjeżdża do Wałbrzycha, by napisać reportaż o tajemniczych porwaniach. Wałbrzych to miasto rodzinne Alicji, którego nie odwiedzała ona od wielu wielu lat. Na czas pisania reportażu zamieszkuje w starym poniemieckim domu, odziedziczonym po zmarłym ojcu. Tutaj dosięgną Alicję duchy przeszłości, przed którymi uciekała, odżyją dobre i złe wspomnienia, a wszystkie bieżące sprawy: porwania dzieci, przemoc wobec zwierząt, fałszywy prorok zaczną się zazębiać i Alicja wpadnie na pewien trop...

Nie jestem krytykiem literackim, więc nie będę prawić wywodów o czym ta książka jest naprawdę. Recenzenci doszukują się w niej echa sytuacji w Polsce po katastrofie smoleńskiej i innych odwołań do aktualnej sytuacji polityczno-społecznej w kraju. To książka wielopłaszczyznowa, dla mnie jest po prostu opowieścią o  poszukiwaniu dobra w świecie pełnym zła (i to jakiego zła - aż strach mi było to czytać...).

Genialna sprawność językowa autorki, wartka akcja pełna retrospekcji, przerywana fragmentami zapisu internetowego czatu, na który zagląda nocami główna bohaterka powieści, postaci z pogranicza jawy i snu (Kociary), po prostu porządny kawał bardzo dobrej literatury. Dla wszystkich, choć nie dla każdego.

I jeszcze jeden fragment na koniec, na zachętę, na zaostrzenie apetytu, bo uwielbiam Joanny Bator talent do gawędziarstwa, tę łatwość i soczystość jej pisania ( i pisanie o jedzeniu też uwielbiam):

- Ziąb! Na ziąb rosołek, byle pieprzny, po polskiemu, najlepszy. A schabik, proszę panią, na drugie. Schabik dostałam jak masełko, świeżutki, cymes nie schab. Do Reala pojechałam i wybrałam, raz-dwa w te i nazad busikiem. Schabowy niby prosty, każda ubić, usmażyć potrafi, pani mi powie (s.170)
(...)
- Rosołek! Posoliłam, popieprzyłam, ale można zawsze dopieprzyć. Tu sól, pieprz. U mnie świnia musi przebiec przez zupę, przez rosołek kura, krowa. - Zatarła ręce, drobne, szybkie. - Dopieprzyć? (s.172)

środa, 6 lutego 2013

Żniwo gniewu, Lucie Di Angeli-Ilovan

Boziu, co za książka! Obłędna. Fascynująca, porażająca. I już wiem na pewno, że znajdzie się w czołówce najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w tym roku, mimo że roku to dopiero początek.
Nie słyszałam o niej wcześniej, nie czytałam żadnych recenzji, sięgnęłam po "Żniwo gniewu" z polecenia...Teściowej. Tak, tak. Zadzwoniła do mnie: co u dzieci, co u nas, i że całą niedzielę spędziła na lekturze, że taką piękną powieść ma, z biblioteki, że płacze, jak to czyta, że się oderwać nie można, że zajada właśnie bezy z konfiturą i pije herbatę z rumem, i czyta, nieprzerwanie. Więc zaintrygowana pomyślałam, że najpierw zajrzę do sieci, co to takiego, ta książka. Recenzje pozytywne, sms do Teściowej z prośbą o pożyczkę, no i już przeczytałam i ja. Szkoda, że tak szybko. Bo już mi brakuje Kaszmiry, Maruszki, Magdaleny. Cudowna, przepiękna i przerażająca historia, oparta na faktach, na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki, jak podają na okładce. Musicie przeczytać. Naprawdę warto.



Powinnam częściej dzwonić do matki (s.7) . Czyż to nie cudowny początek? Takie pierwsze zdanie? Dla mnie najważniejsze w książkach jest zawsze pierwsze zdanie (lub zdań kilka) - po nim zwykle przeczuwam, czy dobrze trafiłam, czy się odnajdę w danej historii, czy mnie zafrapuje, zaciekawi, czy do mnie przemówi. Przemówiło (bo ja też powinnam częściej dzwonić do matki). I przepadłam w tej książce na cztery wieczory. CUDOWNA.

To powieść dla tych, którzy tak jak ja kochają sagi rodzinne, oraz dla tych, których interesuje okres najbardziej burzliwy w naszych dziejach, okres II wojny światowej.
Dwie siostry, Kaszmira i Maruszka, pochodzące z Kresów, doświadczają gorzkiego losu wojennych wdów, i z dwójką maleńkich dzieci rozpoczynają swą tułaczkę: od kresowych miasteczek i okupacji sowieckiej, przez wsie i napotkanych w lasach partyzantów, po przymusową pracę na folwarku niemieckiego arystokraty i osadnictwo na Ziemiach Odzyskanych (z okładki).
Ich historię, pełną nieprawdopodobnych wydarzeń, przemocy, okrucieństwa, gwałtów, ale i przepotężnej doskonałej miłości, spisuje Magdalena, córka jednej z kobiet. Na podstawie notatek, dzienników, zdjęć znalezionych w starym kartonowym pudle tworzy swoją powieść.
Historie te toczą się równolegle: czytamy o tym, co aktualnie porabia Magdalena, czytamy też jej e-maile, zamiennie z jej piórem spisaną historią Kaszmiry i Maruszki. Fascynujące. Czyta się to zachłannie, z przejęciem.

Dość powiedzieć, że co i rusz łzawiły mi oczy ze wzruszenia, że z mężem rozpętaliśmy jednego wieczoru dyskusję o tym, co słyszeliśmy o czasach wojny od naszych dziadków. To niezmiernie poruszająca książka, nikogo nie pozostawi obojętnym, a żadne moje słowa i tak nie oddadzą jej zawartości. Wciąż pozostaję pod jej wrażeniem. I muszę częściej dzwonić do matki, do babć. Niech coś jeszcze od nich usłyszę, niech opowiedzą, jak wtedy było.

Polecam.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Obserwator, Charlotte Link

Kolejna świetna Charlotte Link. I ta pustka po doczytaniu ostatniego zdania, tęsknota za bohaterami, których zdążyłam polubić, i niechęć do opuszczenia zasypanej śniegiem Anglii (sic! nawet u nas nie ma już takich śnieżyc...) ... I co ja teraz będę czytać? 



Zaglądacie ludziom w okna? Wieczorami, gdy są rozświetlone i nikt nie opuścił rolet? Co robią mieszkańcy, czy siadają już do stołu, co oglądają w tv? Jak wygląda ich kuchnia, ich pokój gościnny? Ja zawsze zaglądam, podglądam, czasem mimowolnie, częściej z czystej ciekawości. I wiem, że nie tylko ja... No, przyznajcie się :)
Samson Segal, tytułowy bohater powieści, też zagląda w cudze okna. Ale Samson Segal nie ogranicza się tylko do przypadkowego zerknięcia - ten trzydziestokilkuletni bezrobotny dziwak stale obserwuje cudze życie: całymi dniami kręci się wokół domów upatrzonych przez siebie kobiet i sporządza notatki na ich temat. Wie, o której ktoś wraca z pracy, w jaki dzień tygodnia gra w tenisa, zna jego przyjaciół... Wie wszystko. Albo raczej: wydaje mu się, że wie. 
Szczególnie upodobał sobie niejaką Gillian Ward, której życie wydaje mu się skończenie perfekcyjne: piękny zadbany dom, dostatek, przystojny kochający mąż, śliczna córeczka. Jednak wkrótce okaże się, że to tylko pozory... Jednocześnie w okolicach Londynu dochodzi do wyjątkowo okrutnych zbrodni: ktoś obserwuje starsze samotne kobiety, a potem brutalnie zabija. Dochodzenie utrudnia fakt, że zwłoki odnajdywane są zupełnie przypadkowo po wielu dniach - tak bardzo wyizolowane były ofiary. Kim jest morderca, i jaki ma motyw? O tym musicie przekonać się sami, oczywiście.

"Obserwator" to nie tylko emocjonujący kryminał: to przede wszystkim wielowątkowa powieść psychologiczna, w której poza wątkiem napędzającym akcję (morderstwa w okolicach Londynu)   poruszone zostały takie problemy jak samotność wśród ludzi, starość, zdrada, przemoc, ludzkie słabości i dziwactwa. Każdy z bohaterów, jak to u Charlotte Link bywa, ma swoją własną historię, każdego mamy okazję bliżej poznać i polubić (bądź nie), bo narracja prowadzona jest z różnych perspektyw. Lubię to: nielinearność akcji i możliwość wglądu w umysł każdej przewijającej się przez powieść postaci. I jak zwykle: zanadto się przywiązuję, a potem ta pustka, którą nie wiadomo, czym wypełnić. Jak zastąpić świetną książkę inną. 

I na koniec mój ulubiony fragment powieści, który zapadł mi w pamięć, bo jest po prostu sympatyczny, ciepły, w przeciwieństwie do niewyobrażalnej przemocy i mrocznej gęstej atmosfery jaka panuje w "Obserwatorze". Niech będzie zachętą. Czytajcie, póki jest zima - będzie bardzo klimatycznie i bardzo bardzo emocjonująco, zapewniam.


piątek, 1 lutego 2013

Cukiernia pod Amorem, tom I i II, Małgorzata Gutowska - Adamczyk

Być żoną cukiernika i nie zajrzeć do "Cukierni pod Amorem"? Toż to nie uchodzi. Mimo to...
Przypuszczam, że nie sięgnęłabym po te książki nigdy. Mierziła mnie swego czasu ich popularność na blogach, mierziła częstotliwość ukazywania się ich recenzji (nic, że głównie entuzjastycznych i pełnych zachwytu), także nachalna promocja w księgarniach równie skutecznie zniechęcała. Nie sięgnęłabym, naprawdę.
Musiał zatem nastąpić taki dzień, jak ten w zeszłym roku, dzień wczesnojesienny, kiedy stwierdziłam, że koniecznie muszę coś przeczytać i to koniecznie nie z własnej półki. Znacie to uczucie? Regał ugina się pod ciężarem nieprzeczytanych książek, z których żadna nie jest tą, na jaką akurat mielibyście ochotę. 
Więc co? Więc księgarnia. Znajomy tytuł, już bez złych skojarzeń, bo fala największej popularności "Cukierni..." dawno już minęła, obłędna cena 14,90 wydania kieszonkowego. Wzięłam i przepadłam.




Cóż to jest za saga, z jakim rozmachem napisana, jakim cudownym piórem!
Historia, która toczy się równolegle w czasach współczesnych i wcześniej, począwszy od schyłku XIX wieku. Uwaga: wciąga!

Nie sposób ująć w słowa całej akcji - nie pozwala na to mnogość wątków i liczba bohaterów. Ta część "Cukierni", która toczy się tu i teraz (gwoli ścisłości: w 1995 roku), dotyczy głównie tajemniczego znaleziska w Gutowie, które ściśle wiąże się z rodzinną tajemnicą Hryciów - obecnych właścicieli tytułowej cukierni. Iga, zaintrygowana wnuczka właścicielki, podejmuje się rozwikłania zagadki i poznaje dzieje swojej rodziny. I dzieją się dzieje... W pierwszym tomie począwszy od schyłku XIX wieku (i ta część jest moją absolutną faworytką), w tomie drugim już I wojna światowa i dwudziestolecie międzywojenne. Śledzimy losy nietuzinkowych kobiet, historię wielkich namiętności, żądz, niechcianych ciąż, zdrad, wielkich miłości, rodzinnych upadków i wzlotów, a w tle Wielka Historia ( w tomie II tej historii aż za dużo, niekiedy czułam się jak w szkolnej ławie na przydługim wykładzie), wszystko podane w sposób przystępny, lekki, niesamowicie wciągający.

"Zajezierskich" czytałam z zapartym tchem i natychmiast sięgnęłam po kontynuację, ale "Cieślakowie" odrobinę rozczarowali. Nie znaczy to, że nie sięgnę po tom III - po prawdzie, już strasznie tęsknię za bohaterami, których sylwetki przedstawiła autorka w sposób bardzo wiarygodny. Każda postać ma swoją własną opowieść i żadna nie została przez pisarkę potraktowana po macoszemu. Jednych lubimy, za innymi nie przepadamy - dokładnie tak, jak w życiu. I tak jak w życiu - koleje ich losów są kręte i nieodgadnione - czytamy więc zachłannie, chcąc wiedzieć, co dalej. A Małgorzata Gutowska-Adamczyk ma niebywały talent do pozostawiania czytelnika w niepewności: przerywa opowieść w kulminacyjnych momentach, i wraca do niej po kilku rozdziałach. Nie da się tak po prostu przerwać lektury. No nie da się.

Uwielbiam taką nielinearność akcji, retrospekcje, wszelakie skoki czasowe. Fabuła jest pocięta, poszatkowana jak puzzle, odwiedzamy raz jednych bohaterów, raz poznajemy drugich, wracamy do pierwszych... Cudownie. Mimo początkowego zagubienia (czyli potocznie: WTF?), łatwo odnaleźć się w genealogicznym drzewie Zajezierskich, Cieślaków, Hryciów.

Książki te polecałabym absolutnie wszystkim: i młodszym i starszym czytelnikom, mój egzemplarz "Zajezierskich" (dla przykładu) już powędrował do Teściowej z zapewnieniem: "na pewno się mamie spodoba" :)
"Cukiernia pod Amorem" znakomicie oddziałuje na wyobraźnię, ja wciąż mam przed oczami niektóre sceny, jak ta pamiętna w klasztorze kwietanek, i niektórych bohaterów, jak znachorka Zuzanna Blatko, pamiętam wiele nazwisk i wciąż czuję te same emocje, mimo że od lektury minęło parę miesięcy. I cieszę się, że tom III  wciąż przede mną, że to nie koniec mojej przygody w Gutowie.


wtorek, 29 stycznia 2013

Ostatni ślad, Charlotte Link


Och. To już jak jazda bez trzymanki, ta opowieść. I już na wstępie i ze wszech miar polecam. 


Elaine Dawson z powodu odwołanego lotu do Gibraltaru przyjmuje zaproszenie nieznajomego i udaje się wraz z nim do jego domu. Od tej pory znika po niej wszelki ślad. Po pięciu latach jej koleżanka - dziennikarka, na której wesele wybierała się wówczas Elaine, zaczyna pisać cykl artykułów o ludziach zaginionych - odżywają wspomnienia, a Rosanna natrafia na pewien ślad ... W tym samym czasie Londynem wstrząsa seria makabrycznych zbrodni popełnionych na młodych kobietach.

Jak to u Link: dzieje się. I wszyscy jesteśmy podejrzani. I nie wiadomo już, komu zaufać, i który bohater jest tym dobrym, a który sieje zamęt. Historia jest emocjonująca, pełna zwodniczych tropów i wielowątkowa, bo oprócz głównego, napędzającego akcję wątku tajemniczego zniknięcia Elaine, poznajemy historię każdego z bohaterów, a wśród nich jest na przykład wspomniana już Rosanna, nieszczęśliwa w małżeństwie i wikłająca się w romans, jej zagubiony pasierb, który postanawia odnaleźć własną matkę, brat zaginionej Elaine, niepełnosprawny i rozgoryczony Geoff, który nie potrafi pogodzić się z własnym kalectwem,  wreszcie: wiele innych postaci, których losy poznajemy z różnych perspektyw i chcąc nie chcąc - przeżywamy, jak własne. 

W tej powieści odnajdziemy wszystko, co charakterystyczne dla prozy Charlotte Link - bardzo wiarygodne portrety psychologiczne, fascynujący wątek kryminalny, Londyn i angielską prowincję (przedstawione niezwykle obrazowo) oraz mnogość wątków, z których każdy jest niezmiernie interesujący. Link nie daje nam chwili wytchnienia - "Ostatni ślad" to książka z gatunku samoczytających się - nerwowo kartka za kartką, bo chce się wiedzieć, co dalej. 
Doskonała rozrywka i świetna lektura na długie i ciche zimowe wieczory spędzane w fotelu. Takie wieczory z czekoladowymi muffinkami o śliwkowym wnętrzu i dzbankiem herbaty z cytryną. Prawda, że brzmi kusząco?