piątek, 30 stycznia 2009

Zupa z granatów, Marsha Mehran

Och. Och.
Od przeczytania debiutanckiej powieści Marshy Mehran, tej młodziutkiej i ślicznej, nieznanej mi dotąd pisarki, mija już dobrych parę dni, a ja wciąż czuję się onieśmielona, zupełnie niezdolna do spisania wrażeń, zupełnie, jakbym wróciła z niezwykłej podróży, z Krainy Czarów, chociażby.
Bo czymże jest "Zupa z granatów", jeśli nie piękną, przesyconą magią baśnią, w której postaci są albo skrajnie dobre, albo najzupełniej złe, i w której właśnie dobrem zło się zwycięża.
Akcja tej niezwykłej powieści-baśni toczy się niemal równolegle w Ballinacroagh, małym, spokojnym irlandzkim miasteczku, usytuowanym pomiędzy nieco większymi Castlebar i Westport (dacie wiarę, że w obu tych miejscach byłam, zaledwie przed rokiem??) i we wstrząśniętym rewolucją islamską Iranie (który to kraj jawi nam się jedynie w retrospekcjach, i w którym, w co uwierzyć nietrudno, nie byłam). Miejsca te, tak odległe przecież, tak odmienne przecież, przenikają się, łączą, zespajają, za sprawą trzech irańskich sióstr Aminpour: Mardżan, Bahar, Leyli, z których każda posiada nie tylko bajeczną, egzotyczną urodę i niezwykły urok osobisty, ale też magiczne właściwości. O tym jednak za chwilę.
Tymczasem trzy irańskie siostry uciekają z Teheranu do Ballinacroagh. Teheran to miasto dobrych wspomnień z wczesnego dzieciństwa sióstr, kiedy z całą rodziną siadywały na dachu domu, słuchając niezwykłych opowieści, snutych przez bliskich; to także, a nawet przede wszystkim, miasto jak ze złego snu, ogarnięte rewolucją, niebezpieczne, groźne. Oba rodzaje wspomnień pojawiają się w umysłach rodzeństwa Aminpour, kiedy już osiada ono w zacisznym, niemal anonimowym miasteczku irlandzkim, jawiącym się jako oaza spokoju.
Rzeczywiście, Ballinacroagh miało stać się bezpieczną, cichą przystanią dla sióstr Aminpour, tymczasem "ich obcość budzi powszechną nieufność"[1] wśród mieszkańców. Daleko posuniętą wrogość nawet. Dziewczęta "muszą znaleźć sposób, by pokonać ludzką niechęć i zjednać sobie przyjaciół w nowym miejscu"[2].
Bohaterki powieści otwierają więc w Ballinacroagh egzotycznąCafe Babilon - kawiarnię czy też restaurację, w której serwują własnoręcznie wykonane dania kuchni perskiej (nota bene, przepisy na te potrawy otwierają każdy z 13-stu rozdziałów książki, co może stanowić nie lada gratkę dla smakoszy - ja, w każdym razie, ślizgałam się po nich jak "gwiazdy" po lodzie, nieufna swoim kulinarnym umiejętnościom).
I właśnie za sprawą Cafe Babilon w tej książce dzieje się magia. Oto wymyślne potrawy stają mi przed oczyma, nieznane dotąd zapachy pobudzają zmysł węchu (jak pachnie cząber, nie wiem, ale czytając, wyraźnie go czuję), "Jezu, Maryjo, Józefie święty. Albo tu pachnie niebem, albo nie wiem czym"[3]. Podczas lektury, przy której pogryzałam czekoladę mleczną lub biegłam podsmażać ulepione przez Babcię pierogi z soczewicą, układałam w głowie tytuł swojej recenzji: "Uwaga! Nie czytać na czczo!". Wszystko się jednak zmieniło, mniej więcej w połowie książki.
Bo nie o jedzenie tu chodzi, na co wskazywałby tytuł i porównania (nie wiem, czy trafne, bo nie czytałam), do "Czekolady" i "Przepiórek w płatkach róży". Historia tu opowiedziana, choć bez wątpienia smakowita i sugestywna, ma przecież drugie dno. Iran. Rewolucja. Ból. Strach. Każdy zapach, każda potrawa, przypomina siostrom Aminpour (a przy okazji czytelnikom) o cierpieniu i powodach, dla których wyemigrowały z rodzinnego kraju. Te fragmenty są równie sugestywne, jak opisy aromatycznych potraw, choć oczywiście w nieco inny sposób. Pełne bólu i przemilczeń, ujawniane stopniowo, aż do dramtycznego finału - wspomnienia z ogarniętego rewolucją Iranu. Myślę, że właśnie to jest w tej książce najistotniejsze. Bo nawet tytułowa zupa z granatów ma tutaj swoje znaczenie.
Niewiarygodne, jak miękko, niemal niezauważalnie, Autorka wprowadza w świat baśni fakty, historię, której sama doświadczyła: podobnie jak bohaterki powieści, rodzice Mehran i ona sama, wówczas dwuletnia, uciekli z Iranu, stali się emigrantami. Autorka mówi o sobie: "jestem Iranko – Irlandko – Amerykanką z australijskim paszportem" [4].
Mimo powagi tematu, powieść Marshy Mehran, ma w sobie dużo uroku, ciepła właściwego baśniom. I magii. Siostry Aminpour, na przykład, obdarzone zostały niezwykłymi zdolnościami i cechami: Mardżan ma rękę do roślin, pod jej dłonią, nawet na dotąd jałowej glebie, wyrasta bujna roślinność i zioła, ma niebywały talent kulinarny. Bahar jest przede wszystkim krzepka i silna jak mężczyzna, a ciało najmłodszej z sióstr wydziela przyjemną różaną woń. Niezwykle barwna jest także cała galeria innych postaci, od których rojno jest i w Ballinacroagh, i na kartach powieści; budzący sympatię i współczucie sklepikarz, tworzący encyklopedię krasnoludków, samotna wdowa, której pot ma konsystencję cukru.
Odnajdziemy tu i ciepło, i magię, i zapachy; wątki nieomal kryminalne czy romansowe. Okrucieństwa rewolucji i uroki życia w małym miasteczku, gdzie każdy o każdym wie wszystko. Może też samą Autorkę, która najbardziej przypomina mi Mardżan. I piękny, bajkowy język, momentami wulgarny, nierzadko zabawny, ironiczny.
Ja naprawdę, naprawdę nie chciałam wracać z Ballincroagh. I dlatego, czytając egzemplarz biblioteczny, postanowiłam, że muszę, muszę zaopatrzyć się w swój, absolutnie prywatny. Do przeglądania. I do wdychania tych nieziemskich aromatów cynamonowo-różano-jaśminowych, które podczas lektury wydają się tak bardzo obecne, że niemal namacalne.
[1] nota wydawcy
[2] tekst z okładki, Marsha Mehran, "Zupa z granatów", tłum. Jolanta Kozak, wyd. W.A.B., Warszawa 2006.
[3] Marsha Mehran, "Zupa z granatów", tłum. Jolanta Kozak, wyd. W.A.B., Warszawa 2006, s. 9
[4] fragment wywiadu ze strony www.refugee.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz