środa, 14 października 2009

Zniknięcia Esme Lennox, Maggie O Farrell


To mój ogromny wyrzut sumienia: ta książka. Potraktowałam ją zupełnie po macoszemu. A przecież to wcale niezła powieść jest. Nie zasłużyła sobie Maggie O'Farrell najpierw na moją nieuważną lekturę, a potem na totalny brak jakiejkolwiek oń wzmianki. Wzmiankuję więc dzisiaj, bo trzeba wreszcie nadrobić recenzyjne zaległości. Zaraz koniec roku. I może jeszcze zdążę kogoś skusić, by po "Zniknięcia Esme Lennox" jednak sięgnął. Bo warto.
Zacznijmy od początku.
Bo na początku przeczytałam fantastyczną i wiele obiecującą recenzję Padmy , odnotowałam w pamięci nazwisko autorki, a po trzech dniach, ku swej niezmiernej radości, "Zniknięcia Esme Lennox" odnalazłam na bibliotecznej półce z nowościami. Nie musiałam się rozglądać - to była pierwsza książka, jaka wpadła mi wtedy w oko, i zaraz potem: w wygłodniałe czytelnicze ręce. A był to czas bardzo chaotyczny, bo przedurlopowy. Pomyślałam, że skoro książka niedługa (ledwie ponad 200 stron - niedługa, niekrótka lecz w sam raz!), zdążę przeczytać przed wyjazdem. Zaczęłam. I (płonę właśnie ze wstydu) pierwszych 100 stron zupełnie nie doceniłam. Męczyłam się, mając wciąż w głowie niedawno przeczytany "Dom Augusty" i "Przypomnij sobie" (bo "Zniknięcia Esme Lennox" to jest książka, która strasznie mi się kojarzy z tymi dwiema wspomnianymi - zarówno tematyką, jak i stylem wypowiedzi; urywane zdania, krótkie, oszczędne, dość chłodna proza), zarzucając Maggie O'Farrell wtórność. Nieudolną wtórność. Przeczytałam pierwszych 100 stron i wyjechałam na urlop, zabierając ze sobą Fabera. Po tygodniu, po powrocie, miałam oto dwie napoczęte książki (a nie zdarza mi się to czesto), z których ta pierwsza ("Zniknięcia...") domagała się natychmiastowego przeczytania, z racji wyrzutów sumienia, jakie ogarniały mnie, gdy tylko nań spojrzałam. I wtedy dopiero, wtedy: doceniłam. 
Pamiętam, że czytałam na działce, w sierpniowym słońcu, że bzyczały osy; pamiętam smak grillowanej wówczas kiełbaski, i że Bubuś podlewał z dziadkiem ogród, i jak wówczas piszczał głośno z uciechy. I że do samego końca nie byłam pewna, jak potoczą się losy Esme, jej siostry i wnuczki owej siostry, Iris. Musiałam wracać do domu akurat wtedy, gdy zostały mi 2 albo 3 strony do końca lektury. I zastanawiałam się całą drogą: co się jeszcze wydarzy. I pamiętam uczucie rozeźlenia, gdy w końcu doczytałam. Nie takiego finału się spodziewałam. Nie przewidziałam zakończenia, nie sprawdziła się żadna z moich teorii, zawiodły wszelkie przeczucia. To chyba najważniejsza cecha tej powieści: jest zaskakująca. "Zniknięcia Esme Lennox" to książka-pułapka. Zaskakiwany jesteś co stronę. 
W czym rzecz?
Iris, kobieta dorosła, ale wciąż niedojrzała, nieustatkowana, spotykająca się z żonatym facetem i doglądająca schorowanej babki w domu opieki dowiaduje się nagle, że ma oto drugą babcię - cioteczną (siostrę jej własnej babci). Cioteczna babka znajduje się w zakładzie psychiatrycznym, który wkrótce zostanie zlikwidowany. Dochodzi do spotkania Iris z Esme - cioteczną babką. Wychodzą na jaw mroczne sekrety i brzydkie rodzinne tajemnice.
"Zniknięcia Esme Lennox" to książka, w której narracja prowadzona jest naprzemiennie z perspektywy trzech kobiet: Esme, jej siostry Kitty, i najmłodszej z kobiet w rodzinie: Iris. Zabieg, który uwielbiam, a w tym przypadku jest nad wyraz cudowny: każda z postaci jest ogromną indywidualnością, i każda postrzega świat nieco inaczej. Widzimy więc świat oczami młodej, chwiejnej Iris, oczami chorującej na Alzheimera Kitty oraz (najciekawsze!) oczyma Esme, która w zakładzie zamkniętym spędziła aż 60 lat!!! Niesamowicie zgrabnie przedstawiła nam Maggie O'Farrell punkt widzenia każdej z tych kobiet. Każdej przypisała też indywidualny język i ton wypowiedzi. Choćby dla tego niespotykanego zbyt często zabiegu - warto sięgnąć po powieść Maggie O'Farrell.
Co jeszcze? Zakład psychiatryczny. Dlaczego zamknięto w nim nastolatkę, a wypuszczono starowinkę? Co było przyczyną, że nastoletnią Esme umieszczono w zakładzie? O, straszny był los indywidualistek w latach trzydziestych XX wieku. Warto poczytać.
Nie doceniłam uroku tej książki od razu, przyznaję. I żałuję. I w myślach wciąż powracam do słów Eliny Hirvonen: "Zamykam książkę i gładzę szorstką okładkę. Mam ochotę poprosić bohaterów powieści o wybaczenie" [1]. Niech moim zadośćuczynieniem stanie się ta oto recenzja - polecanka. Bo polecam "Zniknięcia Esme Lennox" z czystym sumieniem, jako powieść niezwykle interesującą - zarówno od strony technicznej (język, klimat, konstrukcja, sposób stopniowania napięcia, nieustanne zaskakiwanie czytelnika), jak też ze względu na ciężki, ale wart przemyślenia temat.
[1] Elina Hirvonen, Przypomnij sobie, tłum. Iwona Kosmowska, wyd. W.A.B., 2008, s. 15.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz