wtorek, 26 stycznia 2010

Zejście, reż. Neil Marshall (2005)



Ach, jakiś czas temu obiecałam sobie, że skoro już zaczęłam pisywać o filmach, to będę - choćby wspominać - o wszystkich. Dobrych i złych.
Ten, który obejrzałam w pierwszy dzień minionych świąt, jest po prostu średni, a nawet (bądźmy ze sobą szczerzy) - zupełnie słaby. W swoim gatunku jednak - wcale niezły. Dlatego rzecz polecam amatorom horrorów wszelkiej maści. I nikomu więcej. O.

Zacznę od tego, że ... mnie się podobało. "Zejście" spełnia wszystkie wymogi gatunku, a rozlew krwi jest tutaj w pełni uzasadniony - nie psychopata zabija, ale człekopodobne stwory żyjące w jaskini.


Do tejże jaskini trafiają całą grupą: Sarah, która rok wcześniej straciła ukochaną córeczkę i faceta (ich dramatyczny wypadek rozpoczyna film), oraz kilka jej przyjaciółek. To, co miało być świetną zabawą, szybko zamienia się w piekło. Bla, bla, bla. Dziewczyny, jak można się domyślić, giną jedna po drugiej. Rozpoczyna się krwawa jatka i dramatyczna walka o przetrwanie. Nihil novi, czyli.




I następuje ciemność - niemal dosłownie. Oczywiście, że w jaskiniach panują ciemności, ale żeby nie pozwolić widzowi przedrzeć się przez tę czerń zalewającą ekran?? To niestety najsłabszy punkt "Zejścia". Sceny przesiąknięte ciemnością, tak typowe dla filmów grozy, w tym  konkretnym przypadku zamiast budować napięcie - tylko irytują. 

Generalnie: horror, jakich wiele, z mało wyszukaną fabułą i powielający utarte schematy.

Co jednak przesądza o tym, że mnie się podobało? Hmm. Na pewno dość niejasne i dyskutowane (sprawdzałam) na forach filmowych zakończenie (które, nota bene, zakończeniem definitywnym jednak nie było - oto do kin amerykańskich wchodzi właśnie / (lub) weszła właśnie druga część "The Descent") oraz pewne, powiedzmy, prawdopodobieństwo psychologiczne postaci (rozpacz matki po śmierci dziecka, granicząca z obłędem, przedziwne koleżeńskie układy). Powiedzmy, bo film ten to przede wszystkim horror, rzecz zorientowana na mroczną rozrywkę i straszenie widza. Ale jeśli reżyserowi udało się przez cały czas trwania filmu i utrzymać nastrój grozy i stworzyć choćby iluzję prawdopodobieństwa psychologicznego bohaterek - to film zdecydowanie warto obejrzeć.

Dość interesujące są również człekopodobne istoty pomieszkujące w jaskiniach. Zupełnie ślepe i nieskończenie głupie, ale nieprawdopodobnie wyczulone na dźwięki i rejestrujące najlżejsze nawet drgnienie powietrza. Żądne krwi. Udane. Co stwierdzam ja, która dzięki uwielbieniu dla gatunku naoglądałam się już całkiem, całkiem sporo przedziwnych stworzeń, które miast strach budziły tylko śmiech i pogardę. A te w "Zejściu" - nie. Te w "Zejściu" są całkiem fajne.

Podsumowując: chętnie obejrzę część drugą. To o czymś świadczy, prawda? I jeszcze ostatnie słówko, do wciąż nieprzekonanych: dla zakończenia - warto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz