poniedziałek, 12 października 2009

Zatrute ciasteczko, Alan Bradley




"To nie była bajka braci Grimm, ale historia kryminalna Flawii de Luce!" [1]

Taaak. Flawia de Luce. Genialna jedenastolatka, cudowne dziecko, półsierotka zamieszkała z owdowiałym ojcem i dwiema starszymi siostrami w starej posiadłości Buckshaw w sennej angielskiej wiosce Bishop's Lacey. Flawia de Luce - bystra i dowcipna, nad wyraz inteligentna specjalistka od wszelakiej maści trucizn, z tablicą Mendelejewa w małym paluszku, spędzająca dni w ogromnym laboratorium chemicznym odziedziczonym po ekscentrycznym wujku. Słodkie dziecko. Mogłabym ją adoptować.
"Jesteś całkiem sama z Flawią de Luce" [2] - tak mówi do siebie sama Flawia, i takie uczucie towarzyszyło mnie samej przez całą lekturę. Bo to nie kto inny, a Flawia właśnie prowadzi urzekającą narrację w "Zatrutym ciasteczku" i to z jej perspektywy oglądamy przebieg wydarzeń i prowadzimy śledztwo ręka w rękę - z Flawią właśnie.

A śledztwo dotyczy znalezionego przez naszą czarującą bohaterkę trupa - trupa, którego Flawia odnajduje o poranku na grządce z ogórkami, tuż pod swoim oknem. Kim był denat? Co robił na terenie posiadłości de Luce'ów? Wreszcie: kto zabił?
Czy to są pytania, na które znajdzie odpowiedź jedenastoletnia dziewczynka? Nie? Ha! Zdziwicie się. Ku utrapieniu miejscowych władz, Flawia de Luce rozpoczyna śledztwo na własną rękę - to zajęcie o wiele ciekawsze niż zastawianie pułapek na nieznośne siostry. I z pewnością bardziej odpowiednie dla dziecka genialnego. Cała fabuła to jeden wielki wyścig - kto rozwiąże sprawę zagadkowego morderstwa pierwszy: policja, czy depcząca im po piętach jedenastolatka?

Nie spodziewajcie się jednak szaleńczych zwrotów akcji i zawiłej intrygi kryminalnej. "Zatrute ciasteczko" to powieść senna i niespieszna, napisana pięknym, stylowym językiem, w której nacisk położono, wzorem kryminałów Aghaty Christie, na siłę dedukcji i logicznego myślenia. Nie ma tu absurdalnych rozwiązań, sprawa morderstwa wymaga czasu, cierpliwości i wnikliwego zbadania. Razem z Flawią (która, co stwierdzam ze wstydem, o wiele szybciej kojarzy fakty niż ja) prowadzimy żmudne dochodzenie. Zdziwiło mnie, że aż tak żmudne, i pierwsza połowa książki trochę mnie znużyła, czytanie -nie ukrywajmy- szło mi początkowo bardzo opornie, za to później akcja przyspiesza i już nie mogłam się oderwać, dopóki nie doczytałam.

Sama intryga kryminalna (jak już wspomniałam - żaden szał), choć bez wątpienia stanowi trzon fabuły, zdaje się być jeno pretekstem do malowniczego sportretowania sennej angielskiej prowincji z lat 50-tych XX wieku. Kalejdoskop barwnych charakterów (każda z postaci ma własne unikatowe rysy), ździebko z historii Poczty Angielskiej, ciekawe zagadnienia natury chemicznej, plastyczność opisów i trochę psychologii. To wszystko kryje w sobie "Zatrute ciasteczko" - książka dla każdego, kto ceni sobie niespieszną narrację, piękny język i klimat sennej prowincji.

Mnie osobiście przyćmił wszystko inne wątek samej Flawii. Jej samotność. Owdowiały ojciec, pasjonat i kolekcjoner znaczków pocztowych, izoluje się od swoich trzech córek i odcina od powinności rodzicielskich kryjąc się w zaciszu własnego gabinetu. Siostry Flawii, Dafne i Ofelia, które nasza bohaterka scharakteryzowała tak: "Nie rozśmieszajcie mnie! Jedna jest tak pochłonięta książkami, a druga lustrem, że żadna z nich nie zabiłaby karalucha we własnej zupie. (...) Sprawa obu idiotek zamknięta" [3]. Umknął mi gdzieś fragment, w którym Flawia stwierdza, że najprawdopodobniej cały ród de Luce'ów nie jest zdolny do okazywania uczuć. A to jest przecież 11-letnia mała dziewczynka, która nie pamięta dawno zmarłej matki, która tęskni do ojcowskiej opieki i chciałaby przyjaźnić się z własnym rodzeństwem. W rodzinie jednak nie znajduje wsparcia ani ciepła, którego tak potrzebuje. Jest zdana sama na siebie i świetnie z tym sobie radzi - poświęca się własnemu hobby (chemia), zaprzyjaźnia z mieszkańcami Bishop's Lacey. Smutny to wątek, ale podejrzewam, że będzie się rozwijał przez kolejnych pięć zaplanowanych tomów serii. Następne ("Kukiełeczki" i "A Cygankę powiesili...") wg informacji wydawnictwa Vesper - już wkrótce. Cieszę się więc na kolejne spotkanie z Flawią de Luce.

Kończąc, przejdę wreszcie do rzeczy. To niewątpliwie przyjemna książka i jesienne wieczory z pewnością umili. Ale... po tylu entuzjastycznych recenzjach spodziewałam się jakby...czegoś więcej? Jak już napisałam, początkowo książka nużyła mnie niemiłosiernie, niezdrowo kojarząc się z Caroline Graham , głównie za sprawą języka - eleganckiego i pięknego, owszem, ale stylizowanego na staroświecki (swoją drogą - brawa dla tłumacza). Senność angielskiej wioski udzieliła się i mnie. Lektura szła marnie. A potem zapadłam na zapalenie oskrzeli (wciąż jestem na chorobowym i na antybiotyku) i kończyłam "Zatrute ciasteczko" w łóżku. Okazało się świetną kuracją, zwłaszcza druga połowa książki, gdy akcja wreszcie przyspieszyła. W ogólnym rozrachunku: podobało się, ale też żaden szał. Następny tom przeczytam chętnie, choć głównie po to, by nadal móc śledzić rodzinne relacje Flawii. Jak nic się nie zmieni - wystąpię o tę adopcję! ;)

[1] Alan Bradley, Zatrute ciasteczko, przeł. Jędrzej Polak, wyd. Vesper, Poznań 2009, s. 328.
[2] Tamże, s. 321.
[3] Tamże, s. 256.

Serdecznie polecam wywiad z Autorem "Zatrutego ciasteczka", który znajdziecie w Dzienniku Literackim. Warto przeczytać!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz