czwartek, 12 lutego 2009

Zarys dziejów traktora po ukraińsku, Marina Lewycka

A teraz właśnie, odziana w miękki kremowy szlafrok, z mokrymi jeszcze włosy po odprężającej wieczornej kąpieli i tuż po lekturze "Szczeliny" Doris Lessing, teraz właśnie gotowam napomknąć o książce Lewyckiej, przeczytanej dobry tydzień temu, jak mniemam, o ile dobrze mniemam, o ile mnie pamięć nie zwodzi.
Napomknąć - to, zdaje się, najwłaściwsze słowo, gdyż rozpisywać się nie zamierzam, przynajmniej tym razem. Po prostu: nie bardzo jest o czym, choć "Zarys dziejów traktora po ukraińsku", przeczytany w dwa krótkie zimowe wieczory, spodobał mi się, tak zwyczajnie.
Mam ochotę powtórzyć za zosik (http://lekturki.com/2009/01/zarys-dziejow-traktora-po-ukrainsku-marina-lewycka/) : nic epokowego,ale skoro przyjemniesię czytało, więc czemu nie?
Idąc na łatwiznę, przytoczę też za wydawcą:
Co zrobią dwie zupełnie różne od siebie i wiecznie skłócone siostry, córki ukraińskich emigrantów, gdy ich ponadosiemdziesięcioletni owdowiały ojciec nagle oznajmi im, że oto znalazł miłość swojego życia?
Wychowana w Anglii Nadia jest przeciwieństwem starszej wiekiem apodyktycznej Wiery, na której ciążą doświadczenia komunizmu. Osiągnięcie porozumienia wydaje się niemożliwe. Do czasu. Gdy w domu pojawi się ponętna, odziana w minispódniczkę Walentina, która kosztem Nikołaja chce realizować marzenie o zachodnim stylu życia, siostry postanawiają zewrzeć szyki, by pozbyć się jej raz na zawsze.
Ot i cała fabuła. Prawda, że brzmi zachęcająco, jak zapowiedź dobrej zabawy, lekkiej rozrywkowej lektury na kilka mile spędzonych godzin? Nic bardziej mylnego, chociaż rzeczywiście: Lewycka napisała powieść lekkim piórem, z uśmiechem, w którym jednak nie sposób nie wyczuć ironii. Bo Autorka najwyraźniej i jak najczytelniej (?) drwi: i ze swoich bohaterów, i z krytyków, którzy po wydaniu książki okrzykną ją mianem przezabawnej. A przecież nie jest zabawnie. Jest upiornie, i może uśmiechem właśnie próbuje Lewycka przysłonić tę gorzką historię, te gorzkie historie.
Bo cała rzecz dotyczy spraw smutnych: mocno nadszarpniętych więzi rodzinnych, niezrozumienia dla, owszem, zniedołężniałego starca, ale przecież starca natchnionego, pełnego pasji, zgłębiającego i spisującego historię maszyn, bez istnienia których nie sposób wyobrazić sobie rozwoju rolnictwa (notabene, fragmenty te, pozornie nudne, czyli tytułowy "Zarys dziejów traktora po ukraińsku", są naprawdę fantastycznie napisane - czytając, myślałam ciepło i z szacunkiem o Autorce, która dla potrzeb powieści surfowała po całej sieci w poszukiwaniu informacji o traktorach i zebrała je później w zgrabną, przyjemną i łatwą w odbiorze całość), a przede wszystkim: smutnego losu emigrantów, których "parcie na Zachód" przedstawiła Lewycka w formie tak skrajnej, że aż przerażającej, budzącej śmiech, ale taki nerwowy, z zaciśniętymi usty.
Ucieczka przed biedą, przed losem smutnej ukraińskiej dziwki, ale także zwyczajna pazerność, marzenia o ziszczeniu się "amerykańskich snów" (choć akcja powieści osadzona jest w Anglii) powodują, że trzydziestoparoletnia Walentyna decyduje się na związek z osiemdziesięcioparoletnim mężczyzną, o którym sama myśli i mówi: obwisły zwis, sflaczały flak. Och, jak bardzo żal mi obojga, niemal w równym stopniu. A jednocześnie: nie znoszę i Walentyny, i jej małżonka. Żaden z bohaterów powieści Lewyckiej nie wzbudza mojej sympatii, nawet narratorka - Nadia, jedna z tych wiecznie skłóconych sióstr. Rzadko mi się to zdarza: nie polubić nikogo. Ale tutaj się nie da. Podziwiam pasję staruszka, jego umiłowanie dla traktorów i sprawne pióro, ale był on złym ojcem, złym mężem. Walentyna jest wiedźmą, zdecydowanie czarnym charakterem tej powieści, ale też matką, która chce dobrze, ale też jestem w stanie zrozumieć pobudki, dla których zdecydowała się na fikcyjne małżeństwo, skazane na klęskę. Wiera i Nadia chcą chronić ojca, pokonują wzajemną niechęć, jednoczą siły, by ratować staruszka przed chciwą Walentyną, ale żadna z nich tak naprawdę nie ma ochoty opiekować się na wpół oszalałym, w ich mniemaniu, ojcem.
"Zarys dziejów traktora po ukraińsku" podobał mi się głównie z powodu silnego przeczucia, że oto Autorka nie chciała napisać komedii, że sama drwi z tej narzuconej sobie formy, celowo przerysowując postaci, przejaskrawiając fabułę. Uśmiechem stara się pokryć zmieszanie. Bo to smutne są historie. Tak smutne, że aż wyśmiane. I chyba tylko traktor wychodzi z nich obronną ręką. Albo kołem.
I co, i co, i co? Miało być krótko, a wyszło jak zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz