środa, 31 marca 2010

Wyspa tajemnic, reż. Martin Scorcese (2010)




"Wyspę tajemnic" obejrzałam wczoraj i do teraz noszę ten obraz pod powiekami: jestem pod absolutnie ogromnym wrażeniem! Porażający film. Ba, nawet nie film - toż to szaleństwo w czystej postaci, obłęd emanujący z ekranu, ze wstrząsających scen, obłęd, który udziela się widzowi, obłęd, który przeraża i fascynuje. Nie mogę przestać myśleć o "Wyspie tajemnic", cały dzień dziś myślałam, a w pracy, pełna entuzjazmu, naopowiadać się nie mogłam, że wspaniały, i niebanalny, i że warto. Warto, warto, drodzy moi. Przeraził mnie ten film.


Chcecie historii? Oto historia.
Pewnego dnia pewna kobieta potopiła w jeziorze trójkę swoich dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Kiedy zaalarmowana policja dotarła na miejsce - kobieta siedziała przy stole w towarzystwie małych topielców i spokojnie spożywała obiad, przygotowany dla całej rodziny. Zachowywała się zupełnie normalnie: jakby nic się nie stało. Uznano ją za osobę szaloną i szczególnie niebezpieczną i odesłano do zakładu dla obłąkanych przestępców, usytuowanego na pięknej wyspie Zatoki Bostońskiej, do której dotrzeć można jedynie promem. Będąc już pacjentką tego szczególnego szpitala psychiatrycznego, kobieta nagle znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Okno zakratowane, drzwi zamknięte i zabezpieczone, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, a kobiety nie ma. W celu zbadania sprawy na wyspę przybywa dwóch federalnych szeryfów: Teddy (Leo DiCaprio, ciut przygrubawy jak dla mnie, ale nadal słodki, a w swej roli, co najważniejsze, przekonujący) i Chuck (Mark Ruffalo). Naturalnie rzecz ma się tak, że gdy panowie przypływają na wyspę, zrywa się huragan i sztorm, co oczywiście uniemożliwia drogę powrotną. I oto panowie zostają uwięzieni na wyspie pełnej wariatów i stromych klifów, z podejrzanie nieufnym personelem szpitala i zagadką zniknięcia niebezpiecznej pacjentki do rozwiązania.
Więcej nie zdradzę. Choć chciałabym, oj, jak bym chciała!!!


"Wyspa tajemnic" jest niezwykle mroczną opowieścią, której atmosfery narastającej grozy przydają z pewnością dość przygnębiająca muzyka klasyczna i czas akcji - lata 50-te XX wieku. Tym, co przeraziło mnie najbardziej, jest trudny do udźwignięcia realizm i spore prawdopodobieństwo, że tak mogło być. Albo że: może być. Mnie naprawdę trudno przestraszyć, naoglądałam się w życiu dziesiątek thrillerów i filmów grozy, ale to, co zrobił ze mną Scorcese jest niemożliwe do opisania: bałam się tego filmu, bałam się tego, co mogę odkryć na "Wyspie tajemnic". Ten obraz wwierca się w mózg, to doskonałe studium szaleństwa i pogłębiającej się paranoi, świetnie zrealizowane, świetnie zagrane (och, chociaż w filmie dominują aktorzy płci męskiej, to największe wrażenie zrobiły na mnie panie: Michelle Williams (i kto by pomyślał; to ta niepozorna blondyneczka z "Jeziora marzeń") oraz Emily Mortimer ).

Największym, myślę, atutem "Wyspy tajemnic" jest chyba zakończenie: otwarte i niepewne, obecnie szeroko dyskutowane na filmowych forach. Ja sama nie wiem, co myśleć, a myśleć nie przestaję. Niektóre sceny i zdania zapadły się we mnie, głęboko. Bardzo, bardzo dobry film. Kino rozrywkowe co prawda, ale jakże niegłupie, z gatunku tych, jakie kocham najbardziej.Koniecznie!!!

Ach, zapomniałabym dodać, że scenariusz oparty został na książce Dennisa Lehane'a pod tym samym tytułem. Nie powiem, że nie czuję się zachęcona. Powiem: czuję się. Bardzo chętnie sięgnę i po książkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz