piątek, 5 marca 2010

Woodward, Jacek Tomasz Roczniak




* Uwaga: będzie entuzjastycznie. Bardzo entuzjastycznie. 

"- Chodź. Opatrzę Ci serce (...)" [1]

Fantastyczna książka. Ponad 700 stron w twardej oprawie: rzecz pokaźnych, nieporęcznych rozmiarów, której objętość najpierw niepokoiła (uuu, czytania na rok!), a potem trapiła (już koniec??? nie zgadzam się!).

Nie bardzo wiem, od czego zacząć. Żadne słowa nie oddadzą tych emocji, jakie towarzyszyły mi podczas lektury. I długo, długo po niej. Myślałam o "Woodward" w pracy, w drodze do i z przedszkola, podczas przygotowywania obiadu: tęskniłam do momentu, gdy znów usiądę z książką na kolanach i znowu zacznę czytać. Fantastyczna sprawa.

O, już wiem od czego zacznę. Zacznę od tego, o czym pisać nie chcę, o czym nawet nie chce mi się (lub też: boję się) myśleć. Od faktów. A fakty są takie, że wydarzenia opisane w książce, jakkolwiek fantastyczne i nieprawdopodobne - miały miejsce w realnym świecie, o czym można przekonać się zerkając tu i tu. Prawda czy nie, wierzyć czy nie: nie w tym rzecz. Pewne jest, że postarał się Jacek Tomasz Roczniak: najpierw cierpliwie zbierał materiały, a potem napisał (z jakim rozmachem!) bardzo dobrą powieść. Mało tego. Pracuje właśnie nad kolejną! Ponieważ sprawa Banarego (patrz: odnośniki powyżej) wciąż jest na świeczniku w angielskich sądach, zatem i nasz, polskimi rękoma spisany "Woodward", będzie miał swoją kontynuację. Czy muszę dodawać, że na pewno przeczytam?

"Woodward" to powieść zadziwiająco wielowarstwowa i przebogata: zarówno pod względem sfery językowej, fabularnej, jak i znaczeniowej. Odczytywać ją można dowolnie i z pewnością każdy znajdzie weń coś ważnego dla siebie.

Dla mnie to przede wszystkim ważny głos w sprawie istoty rodzicielstwa; rzecz o niedobrych rodzicach i niedobrych dzieciach, o macierzyństwie, o tym, czy można i kiedy, i kto powinien odciąć wreszcie pępowinę (matka czy dziecko?), o kłopotach wychowawczych, o okresie dojrzewania, o błędach młodości, o opacznym rozumieniu powinności rodzicielskich, wreszcie o jakże częstej na pewnym etapie niemożności porozumienia na linii rodzic - dziecko:

" - Jak w szkole, synku - zapytała dziwnie zimnym głosem - jadłeś coś?
No i właśnie. Rodziców nie obchodzi nic poza bytem. Nieważne jest jak się czuję , czy mogę mówić, czy mogę chodzić, może miałem atak, może jestem na granicy rozpadu osobowości, może mam objawy autyzmu. Nie, nie. Nic takiego nie obchodzi matki, tylko ile napisałem sprawdzianów, ile spożyłem kanapek, czy popijałem wodę z kranu, a jeśli tak, to ile jej łyknąłem. Kiedy to nie wyczerpie tematu, przesłuchanie idzie drugim, równoległym torem: czy na pewno byłem skupiony na klasówce, czy na pewno byłem uśmiechnięty przy odpowiedzi z biologii. Czy "na pewno" napisałem osobno, a "także" przez "k" i "żet" z kropką. I tak do obrzydzenia.
- Tak mamo, byłem skupiony na dwie krople potu na czole i dwie miarki pod pachami.
- A idź ty świntuchu - odskoczyła ode mnie. - Będziesz się teraz uczył czy idziesz na trening?
- Tak, tak, mamo, już wychodząc ze szkoły odrabiałem matmę, a kiedy pod domem przypomniałem sobie, że nie doczytałem w zeszłym miesiącu rozdziału z historii, zatrzymałem się na środku skrzyżowania i tamując na dwadzieścia minut ruch, doczytałem. Streścić ci?
- Idź błaźnie. Żebyś ty był na lekcjach taki wygadany. - I wyszła." [2]

Krótko o fabule: nastoletni Max Woodward próbuje popełnić samobójstwo (kiepskie relacje z rodzicami, okres dojrzewania, wciąż nieukształtowana osobowość), ale w następstwie wcale nie umiera, a zapada w kilkuletnią śpiączkę. W swoim długoterminowym śnie trafia do Krainy Pomylonego Dzieciństwa, gdzie wraz z innymi niegdyś nieszczęśliwymi dziećmi, niedoszłymi samobójcami, próbuje wrócić do świata żywych. Ale wybudzenie się ze śpiączki nie jest takie proste - zwłaszcza, gdy na los śpiących dzieci wpływa ktoś z zewnątrz: dziwaczny starzec, Bober Banary. Brzmi intrygująco, prawda? Bo jest intrygujące, a czyta się wprost bajecznie, z zapartym tchem! A jeśli się pomyśli, że to wszystko fakty, że przygody śpiących dzieci rzeczywiście miały miejsce, to aż ciarki na plecach...

Językowo to książka bardzo różnorodna. Rozdziały dotyczące losów zdziwaczałego starca manipulującego dziećmi pogrążonymi w śpiączce napisane zostały irytująco pedantycznie, jak dla mnie chyba zbyt drobiazgowo (czyli: włożył czarne rękawiczki z wyszytym złotą nicią rozwścieczonym smokiem, najpierw jedną, potem drugą, potem zawiązał szal, potem wciągnął na siwą głowę stary beret, potem otworzył drzwi, miast: ubrał się i wyszedł... - przykład mojego autorstwa).
Część obyczajowa: czyli ziemskie, zwyczajne życie nastoletniego Maxa Woodwarda, podobała mi się najbardziej. Bardzo przekonujące, sprawne pióro Roczniaka i fantastycznie odmalowane chłopięce emocje i przygody, jak choćby tutaj (typowe u dzieciaków wypady na cudze działki i drzewa, w celu podkradania owoców):
"Był środek nocy. (...) Podniecenie nie pozwoliło nam ściszyć głosu. Porozumiewaliśmy się niby szeptem, ale takim teatralnym, że chyba w rynku było słychać. Siedzieliśmy całą czwórką na czereśni. Jedliśmy. Garściami. Gadaliśmy coraz głośniej, bo naprawdę ciężko się wysłowić z pełną gębą miąższu i pestek oraz soku czereśni wyciekającego z ust" [3].
Roczniak celuje w krótkich, prostych zdaniach, które nie tylko  fantastycznie brzmią, ale też idealnie trafiają do wyobraźni (jak wiele słów kryje w sobie ten fragment: "Jedliśmy. Garściami. " ! Znaczy: czereśnie przepyszne, soczyste, przesłodkie, dojrzałe, a my tacy głodni, a my skrajnie podnieceni, i w strachu, że ktoś przyłapie nas na kradzieży itd., itp.). W recenzjach, które miałam okazję przeczytać, pojawiały się zarzuty o zbytnią ckliwość i banały w opisach uczuć. Zgadzam się, ale dodam przy tym, że dla mnie nie jest to zarzut: dużo, dużo uroku mają te słodkie nastoletnie dyrdymały.

Zupełnie inna sprawa to Kraina Pomylonego Dzieciństwa, nad którą sprawują pieczę Drwale Losu, wyposażeni w Monie (ropuchopodobne konie) i niebywałe talenta, oraz gdzie pomieszkuje wiele innych, przedziwnych, fantastycznych postaci. To był dla mnie skok na głęboką wodę. Nie przypuszczałam, że powieść, która zapowiadała się na fajną obyczajówkę z intrygującym wątkiem paranormalno-kryminalnym, zawiera w sobie tyle pokładów fantasy. A ja nie miałam dotąd za wiele do czynienia z tym gatunkiem. Jeśli w ogóle. Na szczęście Autor zastosował znane mi z filmów typowe elementy, takie jak  gadające głowy wrośnięte w ścianę, przemiana człowieka w drzewo. Narracja Roczniaka zmienia się, gdy opisuje życie w Krainie: stosuje przerzutnie, celowo popełnia błędy składniowe, stylizując tym samym język na staroświecką gwarę. Przyznam, że gdy zrobił to po raz pierwszy - przeżyłam szok. Pierwszych 278 stron przeczytałam w dwa czy trzy popołudnia, a kilkunastostronicowy rozdział 11 męczyłam przez tydzień! Nie mogłam się przemóc, ale w końcu otworzyłam się na świat wykreowany przez Autora i dalsza lektura była już czystą przyjemnością, a (o ironio!) o Krainie i Drwalach chciałam czytać najbardziej. I jakże żałowałam, że to już koniec.

Choć książka ta (jestem pewna!) nie zachwyci każdego, to jednak serdecznie, serdecznie polecam, bo mimo wszystko: będzie się podobać. To fascynująca przygoda: czytanie "Woodward". Książka wielowarstwowa, wielotematyczna, różnorodna językowo, ale wciąga, przeraża i zmusza do przemyśleń.

Dlatego zachęcam: przeczytajcie i dołączam cytat, którego długo nie zapomnę, a który z upodobaniem powtarzał Siwiec, Drwal Mądrości: "Czyń, com pomyślał" [4].
Och, i jeszcze jeden, fantastyczny:
"- Dźwigaj to, gnido! To twoje zasrane sumienie" [5].

[1] Jacek Tomasz Roczniak, Woodward, wyd. Nowy Świat, Warszawa 2010, s. 521
[2] Tamże, s. 22
[3] Tamże, s. 39
[4] Tamże, s. 306
[5] Tamże, s. 659

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz