wtorek, 10 lutego 2009

Woda różana i chleb na sodzie, Marsha Mehran

"Posadzę własne dłonie w ogrodzie
przyjmą się wiem wiem wiem" [1]
Ostatnia strona "Wody różanej" sprawia mi przedziwny i przedokuczliwy ból, chociaż jest pełna wyczuwalnego (pod palcami, pod oczyma), ciepła; nie potrafię tak po prostu wstać, w bladoróżowych, rozczłapanych kapciach przemieścić się do kuchni, aby nastawić czajnik na jakąś kawę czy jakąś herbatę. Nie mam wcale ochoty na rozstanie z tą książką, jeszcze nie: jeśli to zrobię, jeśli ją teraz zamknę, zatrzasnę tym samym symboliczne, wymyślone wrota do Ballinacroagh, miasteczka, w którym już się zadomowiłam, tak na dobre.
Oto stałam się bardzo ciężka, nasiąkłam "Wodą różaną". Mój absolutnie prywatny egzemplarz nosi niechlubny ślad czekolady i ołówka. Znowu dałam się uwieść.
"Woda różana i chleb na sodzie" stanowi kontynuację pierwszej powieści Mehran - "Zupy z granatów". Ten, kto "Zupy" nie czytał, niech oczywiście bardzo żałuje, ale też i nie zraża - Mehran oswaja debiutujących tu czytelników z fabułą poprzedniej książki, cierpliwie przedstawia wszystkich wspomnianych weń bohaterów, przytacza to, co w "Zupie" najistotniejsze. Rozwija też, nauralnie, nowe wątki, wprowadza nowe postacie. Naprawdę, nie sposób się pogubić. Każdą z tych książek śmiało można odczytać jako odrębną, samodzielną powieść, choć razem stanowią zdecydowanie smakowitszą, dopełniającą się całość.
Jako ta, która "Zupę z granatów" przeczytałam, cała w zachwytach z resztą, myślę sobie teraz: jak dobrze jest wrócić do Ballinacroagh, tej maleńkiej, irlandzkiej, uroczej mieściny. Cafe Babilon, kawiarnia prowadzona przez trzy irańskie siostry: Mardżan, Bahar i Lejlę Aminpour, funkcjonuje już od przeszło roku, lecz nieprzerwanie budzi silne emocje w lokalnej społeczności. Jedni są pełni zachwytu i uwielbienia dla perskiej kuchni, urody i osobistego uroku młodych Iranek, drudzy nadal nie mogą znieść powiewu egzotyki w spokojnym dotąd miasteczku. Faktem jest jednak, że siostry Aminpour czują się w Ballinacroagh zupełnie dobrze: nareszcie odnalazły swoje miejsce na ziemi, choć ich wewnętrzne poszukiwania nie ustają. Każda pragnie teraz wsłuchać się w swoje prywatne potrzeby - wspomnienia z Iranu, choć nadal bolesne, choć pewnie nie ma przed nimi ucieczki nawet tutaj, zostają zdecydowanie przytłumione potrzebami innej natury, takimi na "tu i teraz", kiedy dziewczęta wreszcie poczuły się pewne i bezpieczne. Lejla, najmłodsza z sióstr, poznaje smak fizycznej miłości. Bahar, ta średnia, znajduje ukojenie w modlitwie, otwiera się na Boga. Mardżan, jako najstarsza, jako wiecznie stropiona matka dla swoich sióstr, zaczyna myśleć także o własnym szczęściu, które, być może, ukrywa się pod postacią pewnego powieściopisarza i klienta Cafe Babilon zarazem. Każda z tych kwestii: seks, wiara, miłość, jak również kwestia aborcji, kłamstwa, prawdy, poruszona w tej książce przez Mehran, przybliża "Wodę różaną" do powieści z gatunku obyczajowych - tym się różni od "Zupy", tego w "Zupie" nie było. Była za to szczypta realizmu magicznego, który pojawia się i tutaj, pod postacią 'syrenki", tajemniczej Irlandki o zrośniętych palcach u rąk, pod postacią smakowitgo, cukrowego potu jednej z mieszkanek Ballinacroagh. A jednak, co przyznaję z żalem, brakuje mi tej naprawdę magicznej atmosfery z "Zupy", tej baśniowości, do której przyzwyczaiła mnie Autorka. Baśniowość przytłumiła tematyka. To nie magia, cuda i dziwy, nawet nie smaki i zapachy perskich potraw, które wciąż się pojawiają, stanowiąc trzon powieści, ale kwestia moralności, obyczajowości jest w "Wodzie różanej' najistotniejsza.
Styl pisania Mehran, wciąż miękki i łagodny, wydaje się jednak nierówny: były w powieści takie momenty, które pisała Autorka w ogromnym natchnieniu, zachwycałam się wówczas słownym dowcipem, bajecznymi, gładkimi zdaniami. Zakończenie jednak, ostatnie rozdziały, rozczarowały mnie bardzo - jakby Mehran goniły terminy, skończyły się też pomysły, niemal namacalne jest tutaj poczucie pośpiechu. Nie czuję się nasycona, pewnie dlatego nie chcę kończyć lektury, brakuje mi tej magii, już tęsknię za Ballinacroagh. Mimo tych kilku rozczarowań, narracyjnych niedociągnięć, powieść podobała mi się bardzo. Zanurzyłam się w "Wodzie różanej' i ciężko mi teraz wypłynąć: do banalnej kuchni, do zwykłej herbaty ze zwykłego czajnika. W Cafe Babilon używa się przepięknego samowara, tam wszystko pachnie bergamotką i jaśminem, tam chciałabym teraz być.
[1] F. Farrochzad, "Kolejny dzień" [w: M.Mehran, "Woda różana i chleb na sodzie", tłum. T.Tyszowiecka-Tarkowska, wyd. W.A.B., Warszawa 2009, s.6]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz