czwartek, 24 czerwca 2010

Toksymia, Małgorzata Rejmer




Obrzydliwa to książka. Obrzydliwa w sposób zachwycający, fantastyczny. Niech mówią, że wtórna i durna (bo mówią, czytałam, że mówią, że piszą), ale mnie akurat zachwyca. 

"Wolę brzydotę, jest bliżej krwioobiegu" [1]
Małgorzata Rejmer, Autorka, obecnie lat 25, napisała tę powieść w przeciągu 7 tygodni; w tak zwanym międzyczasie (lub jakąś chwilę wcześniej) broniła pracy magisterskiej i zdawała na studia doktoranckie. Już choćby z tego powodu zasłużyła na moje uznanie. Podziwiam takich ludzi: zdeterminowanych, po brzegi wypełnionych pasją, mądrych. A Rejmer musi być właśnie taka, w każdym razie: na pewno bystra i uważna, inaczej nie stworzyłaby bohaterów przerysowanych, prawie karykaturalnych, a jednak, w sposób cudownie niezrozumiały: wiarygodnych psychologicznie.

Postaci w "Toksymii" to ludzie odpychający, zdziwaczali, uwikłani w trujące (w jednym przypadku wręcz dosłownie) relacje. A mimo to: potrafię myśleć o nich z czułością. Na przykład pan Longin Wąsik, polonista z wykształcenia i powołania, który za namową żony zostaje tramwajarzem. Albo starzejąca się dewotka Lucyna, tak bardzo osamotniona, że próbuje zaprzyjaźnić się z Jezusem, skoro z nikim innym nie potrafi. A już najbardziej zajęły mnie losy Anny, studentki dziennikarstwa i 80-letniego powstańca, który szybko stanie się jej prześladowcą (rozdział IV - polecam najbardziej; gęsia skórka i mdłości gwarantowane). Losy tych, oraz kilku innych bohaterów połączy bardzo zimne lato i pewien nieszczęśliwy wypadek - na tym zasadza się fabuła powieści, skonstruowanej tak, że pierwsze rozdziały stanowią zupełnie odrębne historie, miniaturowe portrety psychologiczne bohaterów, które w drugiej części "Toksymii" zaczynają się scalać, zazębiać.

Charakterystyczny dla "Toksymii" jest jej duszny, gęsty klimat rodem z poezji turpistów. Cielesność z jej najwstydliwszymi aspektami, smród, brud, rozpad, słowo śmierć odmieniane przez wszystkie przypadki. To dość brutalna proza, momentami budziła we mnie obrzydzenie, odpychała - co wrażliwsi mogą przez książkę zwyczajnie nie przebrnąć. Nie przebrną też Ci, którym daleko od zachwytu nad Masłowską, Chutnik, Drotkiewicz nawet - to do ich twórczości porównuje się najczęściej debiut Rejmer, czyniąc z tego (niezrozumiały dla mnie) zarzut: wtórność i pewną językową przypadłość, charakterystyczną dla ostatnich polskich debiutów: eksperymenty słowne i stylistyczne. Jednak zapewniam, że pisarstwo Rejmer nie jest przypadkowym zbiorem językowych figli, nie ma w tej książce nic ponad to, co niezbędne: sposób mówienia bohaterów jest dla mnie absolutnie strawny i wiarygodny, budzący uśmiech, a nawet szczery śmiech, choć oczywiście lekko podrasowany, tak jak same postaci.

Zachęcam do lektury, jestem pewna, że się spodoba lub nie ;) I na zakończenie, i na zachętę powtórzę za jednym z bohaterów "Toksymii": "Wydaje mi się, że warto by było się razem zapoznać"[2].

[1] Z Grochowiaka ( z pamięci)
[2] Małgorzata Rejmer, Toksymia, wyd. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2010, s. 91

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz