środa, 2 grudnia 2009

To oślepiające, nieobecne światło, Tahar Ben Jelloun




Lektura obowiązkowa.
Nie wyobrażam sobie, że nie przeczytacie.

Przerażająca, porażająca, przepiękna.

I chociaż trudno w to uwierzyć (i chociaż wierzyć się nie chce), ta historia wydarzyła się naprawdę. Tutaj:


Lata 70-te XX wieku. Maroko. Za udział w zamachu na króla skazano 23* żołnierzy i osadzono ich w tajnym podziemnym więzieniu (Tazmamart), w celach wielkości grobu. Po 18 latach na
wolność wyjdzie czterech. Tylko czterej przeżyją. Jeden z nich opowie swoją historię, a Ben Tahar Jelloun ubierze ją w najpiękniejsze z możliwych słów. Efekt naprawdę porażający. Bezmiar okrucieństw i zła kontra delikatne, kruche, poetyckie zdania.

Wyobraźcie to sobie.
23 mężczyzn zamkniętych w celach wielkości grobu, w specjalnie skonstruowanej fosie, pod ziemią. Bez kontaktu ze światem zewnętrznym (to było, co podkreślam, ściśle tajne więzienie - nikt niewtajemniczony nie wiedział, gdzie znajdują się więźniowie - sprawa wyszła na jaw po 18 latach i zbulwersowała opinię publiczną. Więźniów uwolniono.), bez kontaktu ze światłem, słońcem. Powietrze docierało do nich przez niewielkie lufciki, jak ten, przy wejściu do fosy. Generalnie spowijała ich wieczna, nieprzenikniona ciemność, a nozdrza oblepiał kwaśny, ostry zapach męskiego potu, rzygowin, odchodów, wreszcie: smród rozkładających się ciał:
"Noc nie była nocą, bo nie istniały już ani gwiazdy, ani księżyc, ani niebo. My sami byliśmy nocą. Z nocy stworzone były nasze ciała, oddechy, bicie serca, dłonie błądzące po ścianach (...). Nie żyliśmy w byle jakiej nocy. Nasza była wilgotna, bardzo wilgotna, usmolona, brudna, spotniała, śmierdząca moczem ludzi i szczurów" [1].

Z tego więzienia nikt nie miał prawa wyjść żywym, ale proces umierania miał być długi. Lekarze (!) opracowali specjalną dietę (makaron, stary chleb, kawa - dzień w dzień, raz w tygodniu makaron polany wielbłądzim tłuszczem), która nie pozwalała więźniom umrzeć z głodu, ale nie zaspokajała też wszystkich potrzeb organizmu - stąd wypadanie zębów, choroby skórne, przypadek śmierci z zatwardzenia.

"Grób był urządzony (...) tak, żeby ciało musiało znosić wszelkie możliwe do wyobrażenia cierpienie i żeby mogło je znosić jak najdłużej, pozostając przy życiu, gotowe na następną porcję" [2].

Plus okrutni, bezduszni strażnicy (zatrudnieni w Tazmamart dożywotnio - tj. do śmierci ostatniego z więźniów), którzy czasem, dla rozrywki, skopali tego czy owego żołnierza, lub wpuszczali do ich cel skorpiony...

Okrutne zezwierzęcenie człowieka, nieludzkie warunki bytowania i próba walki o własną godność (i życie) nasuwają oczywiste skojarzenie z literaturą obozową, łagrową. Jednak w książce Marokańczyka nie da się nie zauważyć orientalnych naleciałości. Niesamowita mieszanka, musicie przeczytać i sprawdzić sami.

Wracając... jak poradzić sobie w tak nieludzkich warunkach? Ciemność, smród, strach, głód, poczucie beznadziei... Niektórzy pogrążali się w szaleństwie. Wariowali, po prostu. I umierali w nieświadomości. Inni ginęli od toczących ich ciała chorób (lekarstw nie było, lekarzy takoż). Natomiast pozostali próbowali stworzyć sobie w Tazmamart namiastkę normalnego społeczeństwa, funkcjonowania:
"Każdy z nas miał jakąś rolę: Gharbi w pewnych okolicznościach głośno recytował Koran, Karim był strażnikiem czasu - nazywaliśmy go gadającym zegarem albo kalendarzem - Wakrin specjalistą od skorpionów, ja zaś zostałem bajarzem" [3].

Powieść napisana jest z perspektywy jednego z osadzonych - jego uratowała modlitwa, religia i literatura. Mnóstwo w tej książce przepięknych fragmentów o słowach, powieściach, czytaniu, jak chociażby ten:
"Żałowałem bardzo, że nie czytałem "Baśni tysiąca i jednej nocy". Kwestia przypadku. Mówimy sobie, że mamy jeszcze czas, odkładamy pewne książki na później i w końcu o nich zapominamy. Mój ojciec miał olbrzymią bibliotekę. Sporą jej część stanowiły rękopisy arabskie, które kolekcjonował, pozostałą - książki wydane po angielsku i francusku. Choć nie czytał wszystkich, lubił książki kupować i ustawiać na półkach. Oddawał je do oprawy i układał tematycznie. Matka protestowała, bo nie miał pieniędzy na podręczniki dla nas, lecz wciąż myszkował u bukinistów w poszukiwaniu jakiegoś starego rękopisu, za który płacił wysoką cenę. Jednak życie w otoczeniu książek nie pozostało bez wpływu na nasze wykształcenie. Wszyscy moi bracia i siostry kochają książki i czytanie" [4].

"To oślepiające, nieobecne światło", z pozoru przygnębiające i przerażające jest lekturą niezwykle pozytywną, ciepłą i dobrą. Musicie, musicie przeczytać, bo jest tam wszystko, co najważniejsze. I warto poznać matkę głównego bohatera, nietuzinkową postać, która doskonale radziła sobie bez męża-lekkoducha i wychowała gromadę mądrych, dzielnych dzieci. Interesująca jest również relacja ojciec-syn. Bo powieść to kilkuwątkowa. Barwna, orientalna (ujmujące opisy marokańskich potraw i sceny z pogrzebów), poetycka.

To "arcydzieło, które pokazuje - a udaje się to tylko nielicznym książkom - co powinno być celem literatury" [5].

Musi się znaleźć na Waszych półkach.

* gwoli ścisłości: więźniów było 57, przeżyło 28 - wspomina o tym bohater powieści, ale pisze głównie o swoim więzieniu, z 23 więźniami, zwykłymi żołnierzami - drugie było tuż obok (dla oficerów i wyższych rangą zbrodniarzy politycznych)

[1] Tahar Ben Jelloun, "To oślepiające, nieobecne światło", przeł. Małgorzata Szczurek, wyd. Karakter, Kraków 2008, s. 11
[2] Tamże, s. 12
[3] Tamże, s. 103
[4] Tamże, s. 104
[5] Tamże, tekst z okładki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz