wtorek, 8 września 2009

Srebrna Zatoka, Jojo Moyes



Jaka fajna! Jejku jejć! "Srebrna Zatoka" podobała mi się bardzo, całą minioną niedzielę spędziłam z nosem w książce, nieomal czując zapach i bliskość morza, a wynurzyłam się zeń dopiero, gdy doczytałam epilog. I mówcie sobie, co tam chcecie. I krytykujcie. I zarzucajcie Jojo Moyes banał, przewidywalność i ckliwość. "Srebrna Zatoka" to opowieść prawdziwie porywająca. A że czytadło? Owszem, za to pełne uroku. Ja w każdym razie nie byłam w stanie oderwać się od lektury choćby na chwilę. Chociaż przyznaję - nie tak od razu mnie zachwyciła.

Zacznijmy jednak od początku.
Bo na początku pojawiły się niezwykle zgodne i zachęcające recenzje PadmyNety i Annie . A zaraz potem: ruszyło Kolorowe Wyzwanie. Książkę nabyłam, zadeklarowałam, że będzie jedną z trzech wybranych przeze mnie kolorowych lektur wyzwaniowych. Lecz kiedy stała na półce, czekając, aż poń sięgnę - ni stąd, ni zowąd, na blogach i bloxach książkowych rozpanoszyły się mało pochlebne recenzje "Srebrnej Zatoki", ostrzegające przed zupełną stratą czasu. Więc u mnie: konsternacja. Przedwczesny (jak się okazało) żal za niefortunnie wydanymi pieniążkami. W efekcie do lektury zasiadłam nastawiona dość, można powiedzieć, sceptycznie.

Czytam, czytam. I- wyobraźcie sobie! - z każdą stroną słabnę. Po zachwycającej prozie (prawie poetyckiej!) Susan Fletcher, język Jojo Moyes wydał mi się zupełnie ubogi, wręcz kaleki. Męczący, toporny styl, rozczarowujące, banalne zdania, ba, nawet fabuła nijaka (walenie? nigdy mnie nie pasjonowały!). W duchu zgadzałam się już z falą krytycznych recenzji, zalewającej blogi. Jednak kiedy dotarłam (z bólem!) do 70 strony (dokładnie pamiętam!) - akcja zdecydowanie przyspieszyła. A ja nie spoczęłam, póki nie skończyłam!!! Ponad 400 stron! Migiem!

Historia, jak to w czytadłach bywa, banalna. I zmierza, jak to w czytadłach, do nieuchronnego happy end-u. A jednak nic w tej powieści nie było dla mnie oczywiste. Jojo Moyes nieustannie mnie zaskakiwała, i co chwilę (a rzadko mi się to zdarza - nie pomnę, kiedy ostatnio) niecierpliwie zaglądałam na następną stronę, nie doczytawszy poprzedniej, by zaraz, już na spokojnie, wrócić i doczytać, pewniejsza o wiedzę z kolejnych stron. W miarę postępu akcji i mojego wzmożonego zainteresowania lekturą (co dalej? co będzie dalej??!!), nawet Autorka upłynniła swój toporny styl pisania, który nagle przestał mi przeszkadzać. A może to ja tylko, pochłonięta błyskawicznym rozwojem wypadków w "Srebrnej Zatoce", przymknęłam oko na językowe niedoskonałości Moyes.

Rzecz cała ma miejsce w pięknym, cichym, dalekim zakątku Australii, gdzie po szerokich wodach kursują wielorybnicy, obwożący w swych łodziach turystów spragnionych kontaktu z morskimi ssakami. I gdzie mieszkają, prowadząc wspólnie podupadły hotel: 76-letnia Kathleen, legendarna poławiaczka rekinów, jej siostrzenica, 32-letnia, piękna i tajemnicza Liza oraz córka Lizy, 11-letnia Hanna. Ich spokojne, monotonne życie zakłóca przyjazd nowego hotelowego gościa. Mike, bo o nim mowa, to wciąż młody kawaler, chociaż już (czyjś) narzeczony. W dodatku - rekin biznesu, pewny siebie i zdeterminowany, by w okolicach Srebrnej Zatoki wznieść zupełnie nowy hotel - nowoczesny i luksusowy. Jak się okazuje, jego projekt to ogromne zagrożenie zarówno dla morskich stworzeń, skromnego hotelu Kathleen oraz dla Lizy, skrywającej mroczną tajemnicę. A Liza niewątpliwie przyciąga uwagę Mike'a, delfiny i wieloryby takoż. I co z tego wyniknie? Czy dojdzie do budowy nowego hotelu? Czy Mike zwiąże się z Lizą? Co ukrywa Liza? Heh, banalne pytania, ale odpowiedzi nie są już tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać.

Co trzeba oddać Jojo Moyes? Umiejętność budowania napięcia, prowadzenia narracji tak, że odrywa uwagę czytelnika od swej, bądź co bądź, dość kulejącej pisaniny i skupia się na gwałtownych i - jak dla mnie - dość brutalnych i niespodziewanych zwrotach akcji. Owszem, "Srebrna Zatoka" nie jest epokowym arcydziełem, zawiera wiele uproszczeń i sporą dawkę nieprawdopodobieństw, przez co faktycznie przypomina raczej bajkę niż wartościową prozę, ale - czyśmy za starzy na takie bajki? Nie! I dlatego gorąco namawiam do lektury, na jesień będzie w sam raz - takie ostatnie podrygi lata, do których wielu z Was zatęskni czytając tę sympatyczną opowieść. A czyta się naprawdę przyjemnie - zwłaszcza ze świadomością, że nie jest to proza wybitna, a zwyczajny, lecz mocno pochłaniający, umilacz czasu (nota bene, osobiście uważam, że mimo wszystko można odnaleźć w tej książce rzeczy ciekawe i wartościowe, a także przejmujące, jak rozpacz matki po utracie dziecka, lub proekologiczne nastawienie Autorki - lubię też, kiedy pisarz wykazuje się w swojej prozie jakąś wiedzą, a o delfinach, rekinach i wielorybach oraz ich zwyczajach pisze Moyes dużo -widać, że zasięgnęła języka, że poszperała w bibliotece, w sieci - nie jest to wiedza przebogata, ale przynajmniej widać, że Autorka oprócz dość ckliwej historyjki starała się przemycić do swojej powieści rzeczy cenne i przydatne. I chwała jej za to. I pewnie dlatego tak mi się podobało.) Podsumowując: ja jestem na tak!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz