czwartek, 26 listopada 2009

Śniadanie u Tiffanyego, reż. Blake Edwards (1961)


PROLOG

Tak, wiem, jestem niemożliwa. Cóż ze mnie za blogowiczka, jeśli wobec własnego bloxa dopuszczam się właśnie najstraszliwszego w sieci grzechu: grzechu zaniedbania. I to wcale nie dlatego, że nie czytam, bo czytam w każdej wolnej chwili (dwie cudowne powieści i jedna okropnie zła cierpliwie czekają, aż zachce mi się o nich opowiedzieć). Sama nie wiem. Jesień. Osławione długie chłodne wieczory mijają mi przeraźliwie, zatrważająco szybko: kiedy położę dziecko spać, sama nie wiem, co najpierw: czy czytać, czy posiedzieć w sieci, czy w simsy pograć, czy nareszcie coś obejrzeć. Właśnie: obejrzeć. 
Stwierdziłam ostatnio, że jestem przeokropną ignorantką, jeśli chodzi o film. W tym roku obejrzałam...hmm...może jeden? Bo raz, że nie mam czasu (naprawdę wolę książkę...), a dwa: nie chce mi się. Z kinem (starym, niemym, współczesnym, klasy B, jakimkolwiek wreszcie) jest mi zwyczajnie nie po drodze. Niedawno jednak poczułam głód obrazów - nie wyobrażonych, bo tych pod wpływem rozlicznych lektur naprawdę mam pod dostatkiem, ale namacalnych, podanych na tacy, na ekranie. Naczytałam się także na różnych blogach różnych filmowych recenzyj i stwierdziłam, że (uwaga! złota myśl!) książka książką, ale film filmem, i nie powinno się bojkotować jednego na rzecz drugiego. Trochę równowagi. Dlatego też dodaję na swoim stricte książkowym bloxie kategorię: kino i postanawiam sobie, że oglądać będę. Bo zaniedbuję nie tylko bloxa, ale też własny duchowy rozwój - między innymi przez ignorancję względem kina. Tym samym postanawiam też wyleczyć się z chronicznego rozleniwienia. Chcę czytać, oglądać, pisać. Moja afirmacja na najbliższy czas.

PROLOG 2

Jak już wspomniałam, filmy oglądam niezwykle rzadko, nazwiska wielkich reżyserów znam, ale ich twórczość to już niekoniecznie. Nie chadzam do kina, telewizor włączam rzadko. Dlatego proszę o wyrozumiałość - postaram się na bieżąco spisywać wrażenia po każdym obejrzanym seansie, ale nie będą to typowe recenzje. Bo ja na kinie zwyczajnie się nie znam. Chociaż...wszystko przede mną, prawda? ;)

CZĘŚĆ ZASADNICZA, NAWIĄZUJĄCA DO TYTUŁU NOTKI

Na pierwszy ogień - "Śniadanie u Tiffany'ego", bo właśnie ten film miałam wczoraj pod ręką. O 1 w nocy ryczałam jak bóbr na wzruszających scenach końcowych - łzy jak grochy po polikach, no mówię Wam! Świetny film.



"Śniadanie u Tiffany'ego" Trumana Capote'a czytałam dobrych parę lat temu, na pierwszym roku studiów, zdaje się. Wspomnienia z lektury mam raczej mgliste, pamiętam jednak ogólne wrażenie: przeciętna. Nic specjalnego. Po obejrzeniu ekranizacji z roku 1961 wciąż nie rozumiem fenomenu głównej postaci: młodziutkiej, prześlicznej Holly Golightly, której podejście do życia budziło niegdyś kontrowersje (czy nadal budzi? nie wiem). Dziewczyna bawi się dobrze, imprezuje, wyłudza pieniądze od kolejno uwodzonych mężczyzn, nie przywiązuje się do ludzi, przedmiotów i miejsc. Jej sposób na życie to oczywiście przykrywka: Holly jest istotą zagubioną i dalece nieszczęśliwą. Nie wie, jak żyć, i próbuje tę niewiedzę ukryć właśnie przez lekkie wszystkiego traktowanie. Wszystko to, dopóty nie przytrafi jej się Paul Varjak, nowy sąsiad, przystojny pisarz, zagubiony podobnie jak Holly i pewnie przez to tak wyrozumiały (uwaga! piszę o filmie, już nie o książce, bo nie pamiętam książkowego zakończenia i nie mam pojęcia czy obraz Edwardsa to wierna adaptacja, czy nie. Coś mi się roi, że u Trumana Capote'a nie było happy endu, ale mogę się mylić - z resztą: sprawdzę, bo po filmie, który wydał mi się bardziej oczywisty niż książka, nabrałam ochoty na ponowną lekturę).

Nie chciałabym niepotrzebnie spoilerować, więc miast o samej fabule, napiszę o tym, co mi się podobało, a co nie.
Zatem... Audrey Hepburn (nota bene, to pierwszy film z Audrey Hepburn jaki miałam okazję obejrzeć i cieszę się, że jednak obejrzałam, bo ostatnio o aktorce pisała Orchiss, recenzując biografię) jest faktycznie śliczna. Ale nie zagrała doskonale, o co absolutnie nie mam żalu, bo postać Holly, jak już wspomniałam, to dla mnie zwykła, niewiarygodna kreacja, taki wymyślony twór, nie ważne, czy w wersji pisanej czy filmowej właśnie. Kogoś takiego ciężko byłoby zagrać, więc nie dziwię się, że Audrey wypadła tak nieprzekonująco. A może to ja nie lubię Holly i tylko wydziwiam (wspominałam, że nie znam się na kinie?). Podobał mi się za to George Peppard w roli Paula - wizualnie nie w moim typie, ale cudownie męski.
Świetny był też sprzedawca u Tiffany'ego, zagrany przez Johna McGiver'a. I bezimienny Kot, cudownie rudy. I kochanka Paula, zagrana przez Patricię Neal, o cudownie brzmiącym głosie.

Najlepsze sceny: przyjęcie u Holly ( szaleństwo, pełno dymu, "zwałka" pijanej modelki, histeryczny płacz przed lustrem jednej z zaproszonych kobiet, ujęcie roztańczonego tyłka, plotki i zwyczajowy podryw), scena u Tiffany'ego, powtarzalność ujęć przy głównych (zielonych!) drzwiach wejściowych do budynku zamieszkanego przez Holly i Paula i skrzynkach na listy, no i sceny końcowe, które są oczywistym tandetnym wyciskaczem łez, tak typowych dla romansideł, ale które wzruszyły mnie bardzo i, jak już napomknęłam, wyłam o 1 w nocy jak bóbr, a łzy jak grochy po polikach. Potem poszłam spać, ale wspomnienie filmu prześladuje mnie do teraz.

Mimo że schematyczne, przewidywalne i aktorsko nie powalające - "Śniadanie u Tiffan'yego" ma w sobie pewną świeżość (co ważne, gdyż jest to film nie nowy - z 1961), bawiło mnie i wzruszało. Podobało się, jednym słowem. No i kilka tekstów, które pamiętam z książki Capote'a, a które przypomniały mi, co jest ważne. I w pewnym sensie zmobilizowały do działania (czytaj: do popełnienia tego wpisu na bloxie, po dłuższej, chyba niepotrzebnej przerwie).

Mój ulubiony dialog (adekwatny, biorąc po uwagę jaki mamy dzień tygodnia...):
-Dzisiaj czwartek?
-Tak.
-Niemożliwe! To potworne!
-Co jest takiego potwornego w czwartku?
-Nic, ale zawsze nadchodzi niespodziewanie.

Ach, zapomniałabym o najważniejszym: muzyka! Przepiękna, absolutnie klimatyczna (choćby ta wprowadzająca, w scenie początkowej), uhonorowana w 1962 roku Oscarem.

I na koniec, kilka ujęć:








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz