środa, 31 grudnia 2008

Rzecz o mych smutnych dziwkach, Gabriel Garcia Marquez

Przeczytałam dzisiaj, choć wczesnym rankiem nie byłam jeszcze pewna, czy chcę - tuż po lekturze feministycznej, wymagającej skupienia Lessing. Ale jakoś tak...samo się.
Marqueza poznałam już wcześniej, i na starym, zapomnianym koncie biblionetkowym ostrzegałam: nie czytać przed snem! "Sto lat samotności" zapamiętałam jako niezwykłą czytelniczą przygodę, i chyba podobnych wrażeń spodziewałam się po książce "Rzecz o...".
Wrażenia są podobne, choć w kilku przeczytanych przeze mnie recenzjach pojawiły się zarzuty, że to nie jest już ten sam Marquez. Nie zgadzam się. Marquez wciąż boski. Wciąż absolutnie magiczny.
"Rzecz o moich smutnych dziwkach" chciałam przeczytać od zawsze, ściślej: odkąd tytuł ten otarł mi się o uszy - tak wdzięczny i dźwięczny, i godny uwagi. Na półce bibliotecznej nieomal zakwitł, od dawna nikt poń nie sięgnął. Jakżeż mogłam nie zabrać ze sobą, w niemodnej czarnej torbie; bardzo niewygodny format, twardookładkowy, posiniaczył mi uda.
Teraz, świeżo po lekturze, po zagojeniu nanożnych siniaków, zastępuję ów tytuł innym, służącym głównemu bohaterowi za tytuł jednego z felietenów, które pisywał w celach zarobkowych, później zaś - w terapeutycznych:
"Jak być szczęśliwym na rowerze po dziewięćdziesiątce".
Niechby to było chociaż motto, ponieważ rzecz cała dotyczy Szczęścia, sięgania po Szczęście, odwagi sięgania po Szczęście. Jak się okazuje, Szczęściem nie może być nic innego, niż (ta banalna) Miłość. Nie książki, nie samotność, nie ucieczka w muzykę, pisanie i przypadkowy seks. Wszystko to jest ważne, ale pod warunkiem, że możemy się tym podzielić. Dopóki nie zaznamy Miłości, będziemy wmawiać sobie, że jesteśmy samowystarczalni, że oto jak najbardziej lubimy żyć dla siebie samych. To złudzenie, powiada Marquez.
"Przez cały tydzień nie zdejmowałem z siebie chałatu mechanika samochodowego, ani za dnia, ani w nocy, nie kąpałem się, nie goliłem, nie myłem zębów, bo miłość nauczyła mnie poniewczasie, że człowiek szykuje się dla kogoś, że ubiera się i perfumuje dla kogoś, a ja nigdy nie miałem tego kogoś".
To takie banalne: życie nabiera sensu, gdy posmakujesz miłości. I nieważne, w jakim jesteś wieku. Żyć się chce tylko, gdy jest dla kogo żyć, przy czym, na co zwraca uwagę narrator, miłość platoniczna, miłość zmyślona jest równie cenna. Najważniejsze, to kochać.
Główny bohater kocha się w Śpiącej Królewnie, dopiero dojrzewającej do miłości. On sam ma 90 lat i wzbudza we mnie szaloną sympatię. Uwielbiam inteligentnych staruszków, opowiadania o przeżywaniu starości. Marquez upewnił mnie w przeświadczeniu, że starość może być piękna, tylko trzeba umieć ją przeżywać, doświadczać jej, zaprzyjaźniać się z nią, oswajać.
Rzecz bardzo piękna. O dziwkach trochę też. Ale najbardziej to o uczuciach. Odprężyła mnie ta lektura, napisana miękkim, lekkim językiem, bardzo klimatyczna i delikatna. Warto było przeczytać, teraz i ja mam nadzieję, że kiedyś i mnie się przydarzy...taka miłość, taka starość, takie pogodne umieranie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz