niedziela, 24 stycznia 2010

Przemiana, Jodi Picoult




Cóż za rozczarowanie.


Czy pamiętacie może ten cudowny film? Swego czasu zrobił na mnie ogromne wrażenie: jako licealistka jeszcze obejrzałam "Zieloną Milę" w kinie (a potem wielokrotnie w tv) i pamiętam, że po seansie (który skończył się o północy) wracałam do domu taksówką. I już w tej taksówce nie mogłam powstrzymać się od płaczu. A w domu szlochałam jeszcze dobre pół godziny. Bo najbardziej wzruszyła mnie mysz (kto widział - zrozumie). I tak, tak - ja głównie przez tę mysz płakałam. W każdym razie: film spodobał mi się bardzo i długo figurował w mojej czołówce najukochańszych: zarówno mysz, jak i kreacje aktorskie, jak i fabuła - urzekło mnie w tym filmie wszystko. Wiedziałam oczywiście, że scenariusz powstał w oparciu o książkę Stephena Kinga, której jednak nigdy nie zdecydowałam się przeczytać (bo raz, że z twórczości mistrza grozy zaczęłam w tamtym czasie już wyrastać, a dwa - nie chciałam psuć sobie przyjemności - film uznałam za dzieło skończone i wartościowe, więc - paradoksalnie- założyłam, że książka wyda mi się zbyt wtórna).
W każdym razie: film pamiętam do dziś. I grę aktorską, i wybrane sceny. I mysz.

Wyobraźcie więc sobie moje zdumienie: Jodi Picoult decyduje się osadzić akcję swej powieści w więzieniu, w bloku o zaostrzonym rygorze. Na bohatera wybiera sobie niepozornego analfabetę, sierotę o niewiadomej przeszłości, skazanego na śmierć za podwójne morderstwo z premedytacją (od kuli zginęła 7-letnia dziewczynka i jej ojczym, oficer policji). Więzień ów nie umie co prawda czytać i z trudem składa pojedyncze zdania, ale za to przemienia wodę w wino, wskrzesza martwego ptaka (nie, na szczęście nie mysz, ale i tak podobieństwo uderzające), leczy chorego na AIDS.

Matko świata! Czytając kolejne strony "Przemiany" miałam wrażenie, że oglądam film: bohaterowie jawili mi się jako aktorzy z "Zielonej Mili" i czułam, że Picoult tym razem nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Sam fakt, że tak śmiało powiela schematy znane z filmu Darabonta / książki Kinga (jeden z więźniów w jej powieści nazywa Zieloną Milą tego skazańca-cudotwórcę) sprawił, że do książki podchodziłam jak do jeża: nieufnie i niechętnie. Czytanie pierwszych 300 stron zajęło mi aż 8 dni! Ale potem w dwie doby uwinęłam się z resztą. Nie mogłam się doczekać zakończenia (które do pewnego stopnia przeczuwałam od początku).

Tym, co trzeba oddać Jodi Picoult, jest fakt, że pisze ona szalenie zajmujące książki. W przypadku 'Przemiany" moje zainteresowanie pojawiło się dość późno, ale jednak - pojawiło. Nie wiem, co powodowało Autorką, że zdecydowała się powielać znane już motywy, ale z całą pewnością nie wyszło jej to na korzyść. Fabuła robi się niezamierzenie śmieszna i nieprawdopodobna, bohaterom ciężko uwierzyć: a przecież temat, jak to u Picoult, ważny i trudny. Tym razem są to zagadnienia dotyczące religii i wiary (kilka bardzo trafnych spostrzeżeń i przydatnych informacji, ale tym razem nie pozaznaczałam owych fragmentów - z lenistwa), a w tle wątek matki (cóż za nieprawdopodobna kreacja! Najmniej autentyczna i najmniej sympatyczna postać w "Przemianie") borykającej się ze śmiercią dwóch mężów (!) i dziecka, drżącej o życie drugiej, chorej na serce córki. Przytłaczająca ilość cierpienia - nawet jak na Picoult: to za wiele. Ach, i jeszcze kwestia zasadności kary śmierci, której Autorka poświęca chyba najwięcej miejsca, oczywiście nie udzielając jedynej poprawnej i słusznej odpowiedzi.

Ja się rozczarowałam. Naprawdę. I absolutnie nie polecam "Przemiany" początkującym - tym, którzy Picoult dopiero poznają lub chcą poznać. Książka zbyt patetyczna, przez to również zbyt śmieszna. Aspirująca do rozważań nad naturą Boga i zasadnością wiary, a przy tym chyba zbyt powierzchowna i ocierająca się o banał. Przeczytałam, oczywiście, drugą połowę błyskawicznie nawet i z zajęciem, ale w ogólnej ocenie: jest słabo.
Szkoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz