niedziela, 5 lipca 2009

Płacząca Zuzanna, Alona Kimchi

To był maj, pachniała Saska Kępa, a ja czytałam w maju "Płaczącą Zuzannę", książkę, która najdłużej ze wszystkich czekała na swoją recenzję, książkę, o której po dziś dzień nie bardzo wiem co napisać. Bo że się podobała, to pewnik. Ale nie jestem pewna, czy bardziej podobała, czy rozczarowała. Koniec końców - poryczałam się jak bóbr przy ostatnich kilku stronach. Och tak, ja jestem skłonna do książkowych wzruszeń. Przyznaję. Ale z tą nieliczną grupką bohaterów stworzonych przez Alonę Kimchi (rodowitą Ukrainkę, która od lat wczesnodziecięcych zamieszkuje Izrael i która w Izraelu właśnie osadziła akcję swojej książki) nie mogłam się nie zżyć. Uroczy ludzie, doprawdy.
Weźmy na przykład matkę Zuzanny, wcześnie owdowiałą, bezgranicznie oddaną jedynej córce, jej dwójkę rozgadanych, kłótliwych przyjaciół, albo sąsiada-chyba-geja-z-rozszczekanym-rottweilerem.
Weźmy taką Zuzannę...
Czy nie krępował Was nigdy odgłos wydalanego moczu, np. w łazience o cienkich ścianach sąsiadującej z salonem pełnym gości? Nie wstydziliście się nigdy za siebie/dziecko/kolegę, jeśli, że tak powiem, puścił bąka w towarzystwie? Wstrzymywaliście ziewanie, bekanie, tłumiliście kaszel, słowem: wszelkiego rodzaju objawy własnej fizjologii - ze wstydu? Jestem pewna, że tak. Ja z kilku rzeczy wyrosłam, dojrzałam, pogodziłam z faktem, że organizm rządzi się często własnymi prawami, że proces wydalania jest tak samo naturalny jak oddychanie, ale taka Zuzanna, na przykład, nie.
Zuzanna Rabin (nie, nie z TYCH Rabinów!), bohaterka powieści, ma trzydzieści kilka lat i zwyczajnie się brzydzi. Wszystkiego. Zmarszczek na szyi matki, zapachu własnego ciała, kropli sosu z kebaba na brodzie. Cierpi na ewidentną obsesję dostrzegania ułomności ludzkiej, brzydzą ją kontakty z innymi ludźmi, cudze oddechy, czyjś przypadkowy choćby dotyk, więc unika spotkań, a ośrodek jej życia towarzyskiego stanowi matka i dwójka matczynych przyjaciół. Nikogo więcej. Zuzanna jest  nadwrażliwa, potrafi się gwałtownie i niespodziewanie rozszlochać, bo naszczeka na nią pies sąsiada. Zuzanna to emocjonalna kaleka, co, na szczęście, potrafi przyznać sama przed sobą. Potrafi wręcz z siebie kpić. I to ona właśnie, Zuzanna, prowadzi narrację w powieści.
Pewnego dnia, niespodziewanie, w domu Zuzanny i jej matki, pojawia się daleki kuzyn. Pracuje, akurat przyleciał ze Stanów do Izraela i postanawia zatrzymać się u krewnych, ku radości Zuzinej matki i rozpaczy samej Zuzanny.
Jednak i Zuzanna przekona się z czasem do kuzyna...Być może również spróbuje wyzwolić się od nadopiekuńczej matki i własnych urojeń. Czy się uda?  Oj, nie napiszę.
Ale płakałam później, zupełnie zaskoczona zakończeniem.
Natomiast...dlaczego mnie ta powieść rozczarowała? Bo tak niebłahy przecież, przecież frapujący temat został potraktowany z przymrużeniem oka, z humorem, z ironią. Wyszło zgrabnie i zabawnie, przyznaję, i podobało się, przyznaję, ale oczekiwałam powieści cięższego kalibru. Tymczasem przeczytałam wcale niezłą powieść obyczajową, chwilami z pretensją do romansu. Nie zmarnowałam czasu, w każdym razie. Jeśli macie ochotę na coś lekkiego, ale broń Boże!, nie tandetnego - z czystym sumieniem polecam!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz