wtorek, 15 czerwca 2010

Ondine, reż. Neil Jordan (2009)




Okej, okej. Nie patrzcie tak.
Przyznaję: obejrzałam z czystej ciekawości.
Historia rybaka, który pewnego dnia wyławia z morza przecudnej urody dziewczynę i z miejsca się w niej zadurza, zdecydowanie nie należy do moich ulubionych filmowych motywów.
Takiego filmu nie obejrzałabym za nic w świecie, ale okoliczności łagodzące (w rolę "złotej rybki" tudzież "syrenki" wcieliła się polska aktorka) i zwykła babska ciekawość (o romansie Alicji z Colinem huczało w mediach wszelakich, i choćbym nie wiem jak chciała nic nie wiedzieć - wiedziałam) zwyciężyły nad początkową niechęcią. Obejrzałam. I co? I, szczerze mówiąc, nic. Niczego się po tym filmie nie spodziewałam, więc nie zdołał mnie rozczarować ani tym bardziej zachwycić. Podobał się raczej średnio (5/10), ale nie żałuję poświęconego nań czasu.


Sama opowieść jest nieszczególnie zajmująca, podobnież jak główni bohaterowie. Kreacje aktorskie, na moje oko, pozostawiają wiele do życzenia. Zadaniem Alicji jest pięknie wyglądać i odpowiadać pytaniem na pytanie, jak przystało wiecznie zdziwionym istotom z innego świata. Colin Farrell gra introwertycznego rybaka z problemem alkoholowym (typowe) i chorą córeczką, dlatego głównie milczy. Największa rola przypadła małej Alison Barry (Annie, kilkuletnia córka rybaka), która dodała "Ondine" pewnej lekkości. Film sam w sobie jest bowiem dość nudny i niezmiernie statyczny.

Pozytywnie zaskoczyło mnie zakończenie. "Ondine" zdawało się schematyczne i do bólu przewidywalne, ale takiego rozwiązania fabuły zupełnie się nie spodziewałam. Dużym, jeśli nie największym atutem filmu są zdecydowanie: a) zdjęcia, jak to powyższe (mnóstwo mokrej wody, irlandzkie zamglone krajobrazy, b) muzyka (pięknie wkomponowana w piękne zdjęcia). I to wszystko w zasadzie.
Film zdecydowanie nie powala na kolana, obejrzeć można, zachwycić się jednak nie da. Można pominąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz