sobota, 17 stycznia 2009

O kotach, Doris Lessing

Przeczytanie tej niewielkiej objętościowo książeczki mogło zająć mi najwyżej jedno popołudnie - dwie wypite kawy, wieczór, ostatnia strona, recenzja, komentarze, nagroda w biblionetce [;)]. Tymczasem - przedłużyło się, rozciągnęło w czasie, z powodów niezależnych ode mnie, a także - tu uwaga - zależnych jak najbardziej. Kilka stron, szklanka w oczach, kilka stron, książka sru na półkę, kilka stron, wzburzenie, niesmak, mdłości, kilka stron...Męczyłam się, uch, jak ja się męczyłam, miałam nieznośne wrażenie, że wkrótce zacznę się lenić, wypadnie mi sierść, napijmy się mleka, czy można stać się kotką czytając o kotach? A jednak - nastąpił przełom, nie wiem kiedy, sama nie wiem, wsiąknęłam, chłonęłam, czytałam zajadle, przepadłam. Bo warto. Książka jest niezwykła.
Książka jest niezwykła, powtarzam. Bardzo fragmentaryczna. "Migawki pamięci. Historie bez początku czy końca"[1]. Doris Lessing, którą, przestudiowawszy uprzednio stosowną biografię, można uznać za narratorkę powieści, tworzy na kolejnych jej stronach swoisty patchwork ze wspomnień, wspomnień wybiórczych, tyczących się li i jedynie kotów, które pamięta i/lub z którymi obcowała. Ona sama, narratorka, pozostaje w cieniu, jest cichym obserwatorem, bardzo uważnym, lecz cichym, niemal przeźroczystym. Jednak i jej portret można bez trudu nakreślić na podstawie tego, co i jak pisze ("łaaadna kicia, śliiiczna kicia"), doświadczenia kształtują jej wrażliwość i postrzeganie rzeczywistości, a koty uczą ją kociego sposobu odbierania świata. Efekt? "Nikt dotąd tak prawdziwie i rzetelnie nie przedstawił wzajemnego przenikania się niezależnej natury kociej i ludzkiej" [2].
O czym jest książka? O kotach. O niezliczonych kotach, żywych i martwych, wśród których Lessing wyróżnia te, z którymi przebywała najdłużej, najbliżej, które dane jej było głaskać, karmić i obserwować. Ich historie przenikają się. Pisząc o smutnym, dzielnym rudzielcu, Autorka cofa się myślami do dumnej, acz tchórzliwej szarej kotki, porównuje, podziwia skrajności kociej natury, właściwie cała powieść to jeden wielki zachwyt i jedno zdumienie: "jakim rozkosznym stworzeniem jest kot"[3].
Warto było czytać, warto było pozachwycać się z Autorką. Ja również spędziłam kiedyś całych 7 lat z kotką imieniem Panczis vel Misia, było mi dane oglądać codziennie jej kocią naturę, więc wszystko, absolutnie wszystko rozumiałam i nic mnie nie dziwiło. Wyobrażam sobie, że ci, którzy z kotami styczności nie mieli, będą zachodzić w głowę, ile jest prawdy w tym, co napisała Lessing, a ile sobie biedna pisarka zmyśliła ("Większość uczonych poddałaby to pod dyskusję, jestem o tym przekonana. To znaczy, jako uczeni, dyskutowaliby, ale jako właściciele kotów, prawdopodobnie nie"[4].)
Podsumowując: utwierdzam się w przekonaniu, że Lessing jest pisarką trudną i niejednoznaczną, to druga jej książka, którą czytałam, i druga, która mną silnie wstrząsnęła. No i druga - dobra. Bardzo dobra.
[1] Doris Lessing, "O kotach", przeł. Anna Bańkowska, wyd. Prószyński i S-ka, 2008, s.14
[2] Tamże, z okładki
[3] Tamże, s.190
[4] Tamże, s.176
Jako bonus : ś.p. Misia. Kochana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz