piątek, 10 lipca 2009

Morderstwo w Madingley Grange, Caroline Graham

280 stron. Pierwszych 100 nużyło mnie niemiłosiernie, kolejnych 60 przeczytałam z niekłamanym zaciekawieniem i szczerym, radosnym entuzjazmem, a potem znowu: nuda, panie, nuda. Przyznam szczerze: zmusiłam się, by książkę dokończyć.  
A przecież wiedziałam, dobrze wiedziałam, na co się porywam. Na kilku blogach pojawiały się niekiedy wzmianki o autorce. Caroline Graham zasłynęła cyklem tzw. midsomerków - kryminałów, na podstawie których nakręcono słynny ponoć (ponoć, bo ja nie znam) serial "Morderstwa w Midsomer". W każdym razie, "Morderstwa w Madingley Grange" nie stanowią części cyklu - to zupełnie odrębna powieść. Kryminał, a właściwie zabawa kryminalną formą.
Uprzedzam: to nie jest książka dla każdego. Nie spodoba się tym, którzy nie sięgnęli nigdy po klasykę gatunku, chociażby Aghatę Christie. Ja przeczytałam trzy tytuły Christie, w tym doskonałe "I nie było już nikogo". Caroline Graham wykorzystuje tę samą technikę konstruowania kryminału ("ich wspólną cechą był niekończący się potok tępych narzędzi, głupich służących, wyszukanych trucizn, złowrogich sztyletów (zawsze kunsztownie wykutych) oraz zaprzężenie do pracy szarych komórek" [1]) - mamy więc w 'Morderstwie w Madingley Grange" grupę żądnych emocji ekscentryków w odciętej od świata starej posiadłości, dziwaczną służbę, duchy, wątki romansowe i, rzecz jasna, morderstwo. A wszystko napisane z przymrużeniem oka. Bo książka w założeniu miała być zabawna, takie słowne igraszki z miłośnikami kryminałów. Postaci są więc mocno przerysowane, fabuła nieprawdopodobna, a rozwiązanie zagadki "kto zabił?" nie budzi takich emocji jak kwestia wygranej jednej z bohaterek w pokera. Miało być śmiesznie i do pewnego stopnia było. Nie raz i nie dwa - zaśmiałam się w głos. Ale narracja jest tak nużąca, tak topornie stylizowana na staroświecką, że dla niektórych może stanowić barierę nie do przeskoczenia. Owszem, to dla mnie miła odmiana, ale taka stylistyka przez całych 280 stron jest zupełnie męcząca.
Choć zaczęło się obiecująco (czyli próbka, dla zachęty):
"Na tarasie otoczonej fosą wijskiej posiadłości, wokół ocienionego parasolem w barwne pasy stołu siedziały trzy zachłanne osoby. Cóż, żeby być bardziej dokładnym, jedna z nich była bardzo zachłanna, druga (obecna jedynie jako duch) tylko umiarkowanie, a trzecia, wyjątkowo ładna dziewczyna z ciemnymi, falującymi włosami, cechy tej prawie w ogóle była pozbawiona. W chwili, kiedy rozpoczyna się nasza opowieść, głos zabrała ta ostatnia" [2].
Mnie podobało się średnio. Ot co.
[1] Caroline Graham, "Morderstwo w Madingley Grange", przeł. Maryla Kowalska, wyd. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2005, s. 64.
[2] Tamże, s. 9.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz