niedziela, 13 czerwca 2010

Mikołajek, reż. Laurent Tirard (2009)




"Mikołajka" obejrzałam wieki temu (zdaje się, że późną jesienią lub wczesną zimą zeszłego roku), ale wciąż wspominam z uśmiechem i nadal pamiętam kilka wyjątkowo zabawnych scen (Ananiasz u lekarza :D ).
 Sympatyczne, ciepłe kino familijne, czyli: udało się niemożliwe.
 Co prawda z literackim pierwowzorem "Mikołajka" miałam styczność jedynie w pierwszych latach szkoły podstawowej (nowych przygód nie znam), ale i tak nie potrafiłam sobie wyobrazić ekranizacji (chłopaki z książeczek made by Sempe & Goscinny zdawali się dotąd tacy, hmm, "nieprzekładalni"?) . Tymczasem: ekranizacja okazała się zdumiewająco przyzwoita, a młodzi aktorzy z zaangażowaniem wcielili się w charakterystyczne role (moim ulubieńcem stał się Kleofas, czyli Victor Carles - absolutnie uroczy jako nieuk i rozrabiaka, fantastyczna postać i świetnie rokujący młody aktor; Mikołajek (Maxime Godart) okazał się chyba najbardziej mdły i zbyt, jak dla mnie, ugrzeczniony)


(Kleofas to ten w środku, z teczką pod pachą)

Poza godnymi pochwały kreacjami aktorskimi (na marginesie: dubbing też wypadł przekonująco) wielkim atutem filmu jest scenografia i fantastyczne oddanie realiów lat 50-tych, sympatyczne retro klimaty (kolory, mnóstwo kolorowych zdjęć, szkolne teczki i wyprasowane mundurki). Widz przenosi się w czasie, co ważne: również ten najmłodszy widz (a takich w kinie nie brakowało, oczywiście). Okazuje się bowiem, że szkoła może być fajna, czas spędzany z przyjaciółmi: inspirujący i budujący, a brak komputera to nie koniec świata.



Motorem napędzającym akcję w "Mikołajku" jest irracjonalny, lecz właściwy dzieciom strach tytułowego bohatera : chłopiec jest przeświadczony, że jego mama niedługo urodzi mu braciszka, a samego Mikołajka przestanie kochać i wreszcie: porzuci w lesie. Chłopiec podejmuje desperackie próby przypodobania się rodzicom, a z kolegami z klasy obmyśla plany na pozbycie się młodszego rodzeństwa, co implikuje mnóstwo zabawnych sytuacji i prześmiesznych scen. Sala kinowa drżała: śmiały się dzieci, a jeszcze głośniej ich rodzice. Zwłaszcza, że dorosłym bliskie były sceny z życia rodziców Mikołajka: ciągłe kłótnie i frustracje, marzenie o awansie zawodowym i chęć przypodobania się szefowi (ojciec Mikołajka: raz, że świetny aktor, dwa: prawdziwy desperat).

To dobra ekranizacja, więc jestem przekonana, że zachęci do lektury tych, którzy dotąd nie znali książkowej wersji 'Mikołajka". Naturalnie: nie jest lepsza od książki, ale rozbudza ciekawość: po seansie chce się więcej i więcej Mikołajkowych przygód. A więcej jest przecież w książkach.
Polecam: przyjemna rozrywka i mile spędzony czas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz