czwartek, 22 stycznia 2009

Mężczyzna, który się uśmiechał, Henning Mankell

Cały tydzień czytania. Bynajmniej nie dlatego, że lektura okazała się nużąca, nie, wręcz przeciwnie, przepadłam już po kilku pierwszych stronach. To proza, życia proza odrywała mnie od książki. Bywa. Są dni, kiedy ucieczka w literaturę nie jest możliwa.
Mankella spotykałam zwykle na podglądanych przeze mnie blogach i bloxach książkowych. I zwykle oceniany był tam nad wyraz pozytywnie. Zapamiętałam nazwisko i w miniony czwartek, w bibliotece, wypatrzyłam na ulubionej półce z nowościami. I wzięłam, oczywiście, choć po powrocie do domu długo zastanawiałam się czy warto, czy można, rozpoczynać czytanie serii o Kurcie Wallanderze tak po prostu: od środka. Bo że to seria - wywiedziałam się z blogów, oczywiście.
A jednak przeczytałam. Po Doris Lessing miałam ochotę na coś lżejszego, a kryminały, jak sądzę, pełnią funkcję relaksująco-rozrywkową. Z tym gatunkiem literackim zetknęłam się niegdyś, w licealnych latach, za sprawą A.Christie. Poza tym - wcale. Toteż zadziwił mnie Mankell, nastawiony nie li i jedynie na zbrodnię i wspólne z czytelnikiem szukanie sprawcy, ale też na dydaktyzm, naukę moralności i próby formułowania sądów o współczesnej Szwecji, o dzisiejszych czasach. Dodając do tego pełnowymiarowych, wyrazistych bohaterów i szczegółowe opisy - otrzymujemy kryminał doskonały. Kryminał nad kryminały.
O czym że to czytamy? Najprościej i chyba też najsensowniej będzie przytoczyć słowa wydawcy:
Na bezdrożach Skanii ma miejsca tragiczny wypadek samochodowy, w którym ginie znany prawnik. Jego syn, Sten Torstensson, jest przekonany, że doszło do morderstwa, i opowiada o swoich przypuszczeniach komisarzowi Wallanderowi. Ten jednak nie chce mu pomóc, pogrążony w depresji po tym, jak na służbie zabił człowieka. Kiedy Torstensson zostaje zastrzelony, Wallander decyduje się poprowadzić śledztwo. Wkrótce wychodzi na jaw, że ze sprawą wiążą się inne zagadkowe zabójstwa, a każdy krok komisarza śledzi tajemniczy potentat finansowy.
Więcej zdradzać nie trzeba. Nie odbierajmy innym przyjemności z lektury. W każdym razie - fabuła wydawać się może banalna, ale jej przebieg jest tak zgrabnie przez Mankella poprowadzony, że książkę czyta się z wielką przyjemnością.
Przede wszystkim, Mankell pozwala swoim bohaterom żyć własnym życiem; za sprawą lekkiego pióra jego postaci wydają się autentyczne: "Jedną ze szczególnych cech Wallandera jest to, że stale się zmienia. W ten sposób różni się od wielu tzw. bohaterów, którzy są identyczni na pierwszej i na tysięcznej stronie książki. ja takich książek nie lubię. Nikt z nas nie będzie jutro taki sam" - jak napisał sam Mankell.
A'propos Kurta Wallandera. Pokochałam go, autentycznie. W "Mężczyźnie.." ma trochę ponad 40 lat (hmm, ciekawi mnie, jaki był za młodu - w pierwszych częściach cyklu) i jest okropnym, bezwstydnym kawoszem. Do tej pory sądziłam, że tylko ja potrafię wypijać dziennie hektolitry kaw, ale nie, Kurt pod tym względem jest bezkonkurencyjny. Parzy kawę nieomal każdego ranka, nie odmawia filiżanki małej czarnej proponowanej przez kolegów z pracy i/lub przesłuchiwanych świadków, w małych przydrożnych barach zawsze zamawia kawę. I, podobnie jak ja, czuje się samotny. I lubi kaszankę.
To teraz a'propos kaszanki. Podoba mi się ta Mankellowska dbałość o szczegóły. Autor nie ściga się z czasem, rozciąga fabułę do ponad 380 stron drobnym drukiem, ale pamięta przy tym o głodnych detali czytelnikach: znajdziemy więc w książce dokładne opisy policyjnych zebrań, najdrobniejsze szczegóły śledztwa (naprawdę, czułam się, jakbym i ja zasiliła nagle szeregi władzy) i takie banalne informacje, jak ta o smażeniu kaszanki czy zjadaniu kolejnych kanapek przez Wallandera (kolejna słabość komisarza - zawsze kupuje kanapki - raz jeden zamówił kebab). Albo o tym, że Wallander ubierał choinkę.
Akcja toczy się więc niespiesznie, ale i nie ma powodów, by ją przyspieszyć: czytelnik już na pierwszych stronach poznaje ofiarę i mordercę. Dziwne tylko, że przez kolejnych grubo ponad 300 stron ekscytuje się tropieniem mordercy zupełnie jak Wallander i jego koledzy. Ale na tym chyba polega wielkość Mankella, którą od dzisiaj i ja głosić będę na swoim książkowym blogu.
Na zakończenie zacytuję jeszcze Mariusza Czubaja z "Polityki":"Mankell jest kontynuatorem tej tradycji, w której literatura popularna sprowadza się nie tylko do wartkiej fabuły, ale jest także formą diagnozy społecznej". To prawda. Kryminał Mankella to nie tylko literatura lekka, nastawiona na bawienie czytelnika - tutaj narrator, bohaterzy, a w końcu i czytelnik - są istotami myślącymi; oserwują zmiany, jakie zachodzą w ludziach, a co za tym idzie - w świecie i próbują je choćby nazywać, bo oceniać jest zdecydowanie trudniej.
Ze wszech miar polecam lekturę cyklu o Wallanderze, zwłaszcza w te mgliste zimowe wieczory. Z kawą, rzecz jasna. I z kanapkami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz