niedziela, 8 lutego 2009

Lato przed zmierzchem, Doris Lessing

Mogę to stwierdzić, już na pewno: czytając Lessing, czuję się zawsze jak zbity pies. Autorka ta i Noblistka zarazem posiada bowiem irytującą zdolność oddziaływania na ludzkie (na moje) emocje, choć sama wydaje się tych emocji zupełnie pozbawiona. Wszystko, o czym pisze, wynika li i jedynie z przeuważnej obserwacji zjawisk, zachowań, uczuć. Lessing analizuje, rejestruje (robi to fenomenalnie, dodam), lecz nie osądza (jak, dajmy na to, ja przed chwilą). A biedny czytelnik(biedna aerien) nie wie, co myśleć. Dystans i chłód Autorki, a także jej nadzwyczajna przenikliwość, trafność jej spostrzeżeń oraz dosyć ciężkie, przynębiające pióro, wywołują w czytelnikach pewną dezorientację, tym samym dzieląc ich na zniewolonych zwolenników, jak i niechętnych podobnej prozie krytyków (za co ten Nobel?!).
Po prostu: Lessing podoba się lub nie. Jej, wydana w 1973 roku,  powieść: "Lato przed zmierzchem",  także: podoba się lub nie. A mnie (och, naturo przedziwna) podoba się i nie podoba jednocześnie.
I całą sobą zgadzam się z pochlebną recenzją Jarka Czechowicza (http://krytycznymokiem.blogspot.com/2008/02/lato-przed-zmierzchem-doris-lessing.html), jak również z pełnym zrozumieniem przeczytałam inne dwie recenzje: (http://2lewastrona.wordpress.com/2009/01/22/ja-sie-nie-znam-no/ ; http://papilotyciotkimatyldy.blox.pl/2009/01/Lato-przed-zmierzchem-Doris-Lessing.html) Naturalnie, wszystkie trzy polecam jako warte przeczytania.
Zasiadając do lektury oczekiwałam zwyczajnej powieści, może nawet z lekka pikantnej, jak sugerowała nota na okładce:
Czy kobieta - matka potrafi przemienić się w kobietę - kochankę? Czy kobieta, która wychowała czworo dzieci, potrafi jeszcze żyć własnym życiem? Czy kobieta po czterdziectce ma w sobie dość odwagi, by zdrapać pieczołowicie pielęgnowaną maskę? Kate Brown zgadza się współpracować jako tłumacz na ważnej konferencji. Jest lato; mąż, córka i synowie porozjeżdżali się w różne strony świata. Kate nawet nie przypuszcza, że będzie to najważniejsze lato w jej życiu.
"Lato przed zmierzchem" nie jest jednak zwyczajną powieścią. Pierwsze 150 stron męczyłam przez ponad tydzień, drugie tyle połknęłam w jeden wieczór. A czytając, chorowałam razem z główną bohaterką. Nieomal fizycznie.
Pokrótce zatem, co by nie powtarzać za wydawcą: Kate Brown, zapracowana gospodyni domowa, wzorowa żona, matka czworga, ma tego lata nieco więcej czasu na myślenie (kluczowe słowo, proszę zwrócić nań uwagę) - oto rodzina rozjeżdża się po świecie, oto (po raz pierwszy od zamierzchłych panieńskich czasów) zostaje sama. Kilka tygodni przepracowuje jako tłumaczka na konferencji "Żywność dla świata" (Kate jest bowiem uzdolnioną poliglotką), następnych kilka musi zorganizować sobie sama. A jako że sama nie bardzo wie, co chce robić (efekt długoletniego uzależnienia od decyzji innych), decyduje się na wspólną, zupełnie spontaniczną wyprawę do upalnej Hiszpanii razem z nowopoznanym, młodzszym od niej mężczyzną. Prawda, że to ciekawy materiał na intrygujące romansidło? Nic bardziej mylnego.
Jak już wspomniałam, zasadniczą treścią tej książki jest myślenie - nie działanie. W "Lecie przed zmierzchem" nie doszukamy się wartkiej akcji - jest to najbardziej statyczna powieść, z jaką miałam kiedykolwiek do czynienia. Dla Kate każdy gest (parzenie kawy, pocałunek kochanka, podglądana i podsłuchiwana z balkonu rozmowa sąsiadów, szum wiatru, a przede wszystkim: powracający, symboliczny sen), każde najbłahsze nawet zjawisko staje się pretekstem do (kilkustronicowych) rozważań.
A o czym tak rozmyśla czterdziestoparoletnia Kate? O życiu, oczywiście. O swoim życiu, które przez cały wieloletni okres małżeństwa, przestało do niej należeć. Kate podporządkowała się rodzinie, opinii społecznej, panującym stereotypom o roli kobiety w rodzinie ( lub / i sama narzuciła na siebie takie ograniczenia), najogólniej mówiąc: przestała być sobą, w każdej sferze życia. I choć, jak stwierdza, nie podoba jej się taki stan rzeczy, nie potrafi / nie chce nic zmienić. Jest tak samo statyczna, jak cała powieść.
Jednak potrafiłam się z Kate utożsamić, współodczuwać z nią to osamotnienie na rodzinnym łonie. Czy to zasługa faktu, że też jestem kobietą (choć cokolwiek, było nie było, młodszą), że także mam dziecko? Wydaje mi się, że nie tylko. To powieść uniwersalna, chociaż, ze wzgędu na temtykę i główną bohaterkę, uchodzić może za stricte kobiecą. Lessing bezlitośnie odkrywa przed nami te proste prawdy, których na codzień nie dostrzegamy, a jeśli nawet, to wówczas ze strachu zamykamy oczy. Każdy z nas uwikłany jest w zależności społeczne i mało kto potrafi pozostać w pełni sobą. Żyjemy głównie dla innych, prawda? Kate jest bardzo wyrazistym, choć pewnie nie skrajnym na to przykładem.
W powieści poznajemy także dwie inne bohaterki: wyzwoloną (w oczach Kate) Mary, która w przeciwieństwie do głównej bohaterki "Lata przed zmierzchem" nie wpadła w sidła społecznego zniewolenia oraz młodziutką Maureen, stojącą na tak banalnym w swej nazwie rozstaju życiowych dróg. Maureen nie potrafi się zdecydować, czy chce żyć tak, jak dotychczas, wolna, odpowiedzialna sama za siebie, czy założyć rodzinę, która kojarzy jej się (za sprawą Kate, jak i własnej matki) z całkowitym obezwładnieniem, niemocą, życiem dla i pod innych.
Dwie różne drogi (Kate/Mary) i niepewność (Maureen/czytelnik/aerien). To bolesny wybór, ciężkostrawna lektura, ale naprawdę: warto. Lessing jest bezlitosna w swych obserwacjach, wnikliwych, acz chłodnych opisach kobiecego wnętrza (męskiego, notabene, też - czytaj: kochanek Kate), ale nie osądza, nie wybiera za czytelnika, nie wskazuje właściwej drogi, nie faworyzuje żadnej z bohaterek swej powieści. Ten jej dystans straszliwie mnie drażnił, powieść oceniam najwyżej jak mogę, a jednocześnie czuję, jak bardzo nie znoszę tej książki, wciąż pamiętam, jak mnie zmęczyła. Okrutna Lessing, okrutne lato. Zwłaszcza w zimowy wieczór.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz