sobota, 7 marca 2009

Kieszonkowy atlas kobiet, Sylwia Chutnik

Jeśli chodzi o młodą współczesną polską prozę, o debiutantów, którzy pojawiają się nagle i znikąd, otrzymują paszporty Polityki, na których nazwiska natrafiam w księgarniach i w sieci - jestem sceptyczna.
Po latach fascynacji pisarstwem Tokarczuk, chwilowym zauroczeniu Kuczokiem i Masłowską - stałam się bardzo, ale to bardzo podejrzliwa. I rzadko sięgam po polskie nazwiska. Zniechęcają mnie, choćby samym swym brzmieniem.
Pamiętam, jak na studiach jedna z koleżanek przyniosła na zajęcia "Lubiewo" Witkowskiego, świeżo wydane, medialnie nagłośnione. Pożyczał je od Hanki cały nasz rocznik, książka trafiła też do mnie, ale na jeden tylko wieczór. Doczytałam do połowy i zmuszona byłam oddać. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że przecież mogłam nabyć swój prywatny egzemplarz, uczelnia mieściła się w okolicach empiku, miałam stypendium naukowe, nie miałam dziecka ani nawet psa, mogłam sobie pozwolić. Ale lata studenckie to były czasy (och, nie tak znowu odległe, nie przesadzajmy, aerien), w których kupowanie książek stanowiło zbędny wydatek.
Do dziś "Lubiewa" nie doczytałam. Pamiętam jednak, że nie podobała mi się okładka, zresztą: ha-art do dziś nie rozpieszcza czytelników szatą graficzną, a niewielki format wydawanych przezeń książek nasuwa mi niechlubne skojarzenie z harlequinami. Z "Lubiewa" pamiętam też  zachłyśnięcie językiem, pisarskim stylem Witkowskiego, czuć było młode, zręczne, nowatorskie pióro. Ale po doświadczeniach z Tokarczuk, Kuczokiem, Masłowską, uznałam je za wtórne. Dlatego do dziś boję się sięgnąć po nową polską prozę, w obawie przed formą, która zżera treść.
Książka-wydmuszka. Balon napędzany wymyślonymi przez autora słowy, igraszki gramatyczne, zabawy z języczkiem. W dzisiejszych czasach forma wypiera treść, pisarze konkurują w słownych zawodach. Dlatego tak niechętnie spoglądam na to, co polskie i co nowe.
Tymczasem w bibliotece na półce z nowościami wpadła mi w oko ta niewielka książeczka ha-artu. Nazwisko i tytuł kojarzyłam z sieci, nie tak dawno natknęłam się na Sylwię Chutnik (w wersji książkowej, nie osobistej!) w kolporterze w centrum handlowym. Głupio wyglądała zza tych wszystkich gazet. A w bibliotece - coś jakby dostojniej. To wzięłam. Szkoda mi było, taka malutka, zagubiona wśród tylu tomiszczy, głównie obcojęzycznych. To wzięłam. I nie żałuję!!!
"Kieszonkowy atlas kobiet" to prawie doskonały debiut prozatorski.
Sylwia Chutnik, owszem, nie uniknęła startu w wyścigu o najwymyślniejszą formę, o słowotwórstwo i słowolejstwo. Tak jak się domyślałam, jest już rzeczą powszechną, iż młodzi pisarze szukają nowych rozwiązań i koncepcji, miast ukłonić się klasyce i formom tradycyjnym. Że się nie sprzeda?!! Och, ja mam dosyć nowotwórstwa, słów-foremek i kopalń pomysłów. Chętnie przeczytam zdania wielokrotnie złożone poprawną złożone polszczyzną. Chętnie nawet kupię. Więcej ufności! Tymczasem Chutnik para się trochę nowomową, próbuje rymów (nieudolnie, po co naśladować Masłowską?), zamknęła swą opowieść w niezwykle oryginalnej formie, właściwie nie aż tak drażniącej, choć momentami wyraźnie amatorskiej, kiepskawej. A jednak się podoba.
Powieść ma kształt czterech odrębnych opowiadanek, które można, owszem, odczytać jako odrębne całostki, ale które też łączą się: spoiwem jest dla nich miejsce akcji, kamienica na Opaczewskiej, warszawska Ochota, bazar. Bohaterowie, nie znając się bliżej, widują się - jak to sąsiedzi. W każdym następującym po sobie rozdziale spotykamy więc bohaterów poprzednich, tak przez chwilę, przez napomknięcie, wzmiankę krótką. Dzięki temu i czytelnik czuje się zadomowiony na Opaczewskiej, staje się "swój".
"Kieszonkowy atlas kobiet" to nieprawdopodobnie przenikliwy przegląd typów kobiecych lub pół-kobiecych (paniopan Marian, nie gej, nie facet, nie kobieta, nie wiadomo w sumie co, ale lubi szyć i haftować). Autorka wymienia kilkanaście, jak chociażby Matki Gastronomiczne, Ubraniowe, Cmentarne wdowy, Złe dziewczynki, Bazarowe Królowe. Jest to przegląd prześmieszny, nikiedy prześmiewczy, ale cholernie, boleśnie prawdziwy.
Ta książka żyje. Soczysta, barwna, straszna. Perełki: opis szorowania ubikacji jako kobiecego przywileju i obowiązku, tajemnej wiedzy, którą prawdziwa kobieta winna posiąść; pragnienie macierzyństwa, szukania w nim sensu życia, zatracenia się w tym pragnieniu do obłędu. Dosłownego. Strupek Anulka. Niesamowita proza. Żałuję, że z biblioteki, że nie zdążyłam z ołówkiem i teraz najcudowniejsze fragmenta zaginęły. Ale kupić - kupię, przeczytam raz jeszcze i wtedy-kiedyś - przytoczę.
Prawie doskonały debiut. Zgrzytem jest tutaj ostatni rozdział. Najbardziej wydumany, chaotyczny, najmniej prawdziwy. Ale całość z pewnością zasługuje na uwagę.
Proszę przeczytać Sylwię Chutnik. Proszę jej życzyć zdrowych oczu, tak przenikliwych, jak dotąd. I kolejnych udanych książek. I paszportów.
A z ciekawostek: blog Autorki , ostatnia aktualizacja: 4 marca b.r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz