piątek, 13 listopada 2009

Jabłko, Michel Faber

Och, krótko będzie. Krótko, bo i forma krótka (niewielki zbiór opowiadań), a i czytane dawno temu, jeszcze w sierpniowym słońcu (ach, kiedyż to było? w ponurą noc listopadową sierpniowe słońce to pojęcie odległe i prawie absurdalne).
Zatem: krótko i niekoniecznie na temat, bo Faberowskie "Jabłko" połknęłam w pewien sierpniowy wieczór i następnego dnia już niewiele z tej błyskawicznej lektury pamiętałam. Ja po prostu nie lubię opowiadań, a te pomieszczone w "Jabłku" są, było nie było, zupełnie przeciętne. Książeczkę tę potraktowałam więc jako literacki kompres, który skutecznie złagodził mój ból po rozstaniu z bohaterami "Szkarłatnego płatka". Bo w "Jabłku" oni wracają. Niekiedy cofamy się w czasie i poznajemy ich wcześniejsze dzieje (te sprzed wydarzeń opisanych w "Szkarłatnym płatku i białym'), lub podglądamy, co porabiają teraz. Niestety, nie dowiedziałam się niczego nowego o tych bohaterach, których losami przejęłam się najbardziej. Może dlatego poczułam się tak rozczarowana? W każdym razie, zbiorek jest niewielki, każde opowiadanie stanowi zamkniętą całość i może je przeczytać każdy, również ten, kto nie czytał "Szkarłatnego płatka". Ale naprawdę: niekoniecznie. 
Tym, co najbardziej pamiętam z lektury "Jabłka" jest...przedmowa samego Autora, który wyjaśnia czytelnikom dlaczego zakończył "Płatka" właśnie w taki sposób, cytuje także morze listów od swoich czytelników (ich fragmentami posiłkowałam się recenzując swego czasu "Szkarłatnego płatka") oraz tłumaczy genezę powstawania kolejnych opowiadań. To fajna, barwna i ciepła przedmowa, która czyni z "Jabłka" deser nie do pogardzenia, zwłaszcza dla tych, którzy umiłowali bohaterów 800-stronicowego "Płatka". Osobiście zajadałam się "Jabłkiem" ze smakiem, lecz ostatecznie uważam ów zbiór opowiadań za przeciętny, zbyt przeciętny.
A tak a 'propos "Szkarłatnego płatka" - wkrótce po lekturze zakupiłam swój własny egzemplarz, bo pomyślałam, że chętnie doń wrócę. I teraz leży na półce, a ja codziennie nań patrzę. I codziennie, gdy tak patrzę, to czuję jakąś ulgę, jakieś kojące działanie wywiera na mnie ów czerwony grzbiet tej niesamowitej powieści. Jest jedną z ważniejszych książek, jakie mam. Każdego dnia powstrzymuję się przed sięgnięciem i przejrzeniem chociażby - powstrzymuję, bo mam podstawy, by twierdzić, że znów zagubię się w XIX-wiecznym Londynie, a przecież mam tyle nowego do przeczytania... ech.
Podsumowując: 'Jabłko" można przeczytać, ale nie trzeba. A 'Płatka" warto. O.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz