wtorek, 3 stycznia 2012

Gosposia prawie do wszystkiego, Monika Szwaja



Zdjęcie takie, a nie inne, bo niech mi się już zawsze kojarzy "Gosposia" z przyjemnością, z tym leniwym przedpołudniem na l4, gdy wyciągnięta rozkosznie na kanapie, na nowo odkryłam w sobie radość z czytania.

Pierwszych 90 stron męczyłam cały miesiąc, przeklinając się w duchu za nieszczęśliwy wybór lektury. Na regale tyle prawdopodobnie pysznych książek ("Dziwne losy Jane Eyre" ! - mój wieloletni wyrzut sumienia, który postaram się w tym roku, już na pewno), a ja wybrałam akurat tę, takie typowo babskie czytadło napisane miernym językiem z mało zajmującą fabułą.
Myślałam tak do pewnego grudniowego dnia, kiedy to chora z nudów na lekarskim zwolnieniu, przymusiłam się do przeczytania kolejnej strony. I popłynęłam, i już nic ni nikt nie mógł mnie od "Gosposi" odciągnąć, pókim nie skończyła.

Odszczekuję, że mierny język i że kiepska ogólnie - właśnie bardzo fajna, coś na miarę "Klubu Matek Swatek", które tak mi się niegdyś spodobały. Lekka i smaczna jak to ciacho ze zdjęcia (dzieło mojego zdolnego męża - ciacho, bo zdjęcie moje), którym zajadałam się podczas lektury.

Z treści tak naprawdę niewiele pamiętam, bo fabuła mało wiarygodna. Bohaterowie takoż. Więc na szybko, z głowy:

Maria, literaturoznawczyni znudzona życiem kury domowej i przerażona brutalnością męża, pakuje walizki, zabiera ze wspólnego małżeńskiego konta kilkadziesiąt tysięcy złotych (sic!) i wyjeżdża w nieznane (czytaj: do Szczecina). Zamiast powrócić na uniwersyteckie łono, podejmuje się nowego wyzwania: zostaje profesjonalną gosposią prawie do wszystkiego (bo usługi seksualne w grę nie wchodzą) za 1200 zł tygodniowo (sic!). Oczywiście poznaje wielu nowych ludzi, z którymi od razu się zaprzyjaźnia, nowe miasto przyjmuje ją z otwartymi szczecińskimi ramionami, gosposiowy biznes kręci się w najlepsze, a sama Maria zakochuje się i szczęśliwieje.

Niewiarygodne banały, ale podane lekko i suto okraszone rozkosznymi dla moli książkowych fragmentami, jak na przykład taki:


Książka o wydźwięku niezwykle optymistycznym, o zmianach, których nie należy się bać (to tak a'propos Nowego Roku), bo mogą to być zmiany na tzw. "lepsze", sprawnie i lekko napisana, w intelektualnym duchu (podobały mi się fragmenty z tłumaczonymi przez Marię tekstami rosyjskich ballad), niosąca z sobą radość, głównie z tej niewinnej czynności, jaką jest czytanie. Przyjemnie spędziłam czas z "Gosposią", czego i Wam życzę, jeśli już książka trafi w Wasze ręce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz