niedziela, 22 marca 2009

Firmin, Sam Savage

"Uderzył mnie dosyć gówniany wygląd całości". [1]
Och nie, proszę mnie źle nie zrozumieć! Przytoczone słowa w żaden sposób nie odnoszą się do 'Firmina' - książki, której okładka przyciągnęła mnie w księgarni jak nieznoszący sprzeciwu spersonifikowany magnes, i której treść, a także głównego bohatera - zwyczajnie pokochałam. Pozwoliłam sobie zacytować, bo bardzo mi to zdanie przypadło do gustu, podobnie jak:"rozumiałem teraz, że potrzebował tego dużego drucianego koszyka na kierownicy roweru, by obwozić swoją ogromną rozpacz (...)" [2]. Pozbawione kontekstu wiele tracą ze swego uroku, przyznaję, ale oczarowały mnie, podobnie jak wiele innych użytych w "Firminie" słów.
Nieczęsto natrafiam na książki, których zawartość podana zostaje tak uderzająco lekko, swobodnie, w sposób zupełnie niewymuszony: słowa w "Firminie" są jak niedbałe splunięcia Autora, tworzące na kolejnych stronach całkiem kształtne kałuże zdań. Kałuże zdań, w których odbija się słońce - dodałabym niemal poetycko, chcąc załagodzić wrażenie po tym nieszczęsnym, prawie wulgarnym i mało zachęcającym "splunięciu". Nic innego jednak nie przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o stylu pisania Savagea. Swoboda, a przy tym imponująca kultura językowa. Cudowny literacki koktajl, dopity dziś wieczorem; częstujcie się, to specjał nad specjały.
"Firmin" to opowieść snuta przez szczura, genialnego, próżnego, rozmarzonego, rozczytanego. I niebywale, przejmująco samotnego. Przypuszczam, że każdy z nas poczuł się kiedyś takim szczurem - czytając historię Firmina, czytamy też trochę o sobie. Historia jest prosta: autobiograficzny zapis szczurzych wynurzeń, począwszy od Firminowych narodzin w pościeli ze strzępków książki, poprzez dzieciństwo w piwnicy antykwariatu i dalsze koleje szczurzego losu. Łazęgowanie conocne w poszukiwaniu pożywienia (zarówno dla ciała, jak i dla ducha - Firmin to niebywały kinoman, fan sztuki pornograficznej zwłaszcza), skradanie się, przeżuwanie, przegryzanie, czyszczenie futerka, czyli wszystko to, co zwykle właściwe jest szczurom. Nasz bohater jest jednak również namiętnym czytelnikiem, wielkim smakoszem literatury, w sensie dosłownym i metaforycznym: "dobre do jedzenia - dobre do czytania"[3] - oto Firminowe motto. Rzeczywiście, mnóstwo w tej książce o innych książkach (raj dla moli!), ale także, a przede wszystkim, jest to powieść o życiu, wielowymiarowa i uniwersalna: o jednoscte w tłumie, o poczuciu wyobcowania, nieprzynależności, o kompleksach, o próbach i sposobach godzenia się z tym, co zostało nam dane. Cała filozofia życia na zaledwie 200 stronach.
"Firmin" to książka niesłychana. Jest w niej dużo boleści i smutku, podanego w formie lekkiej i niezwykle dowcipnej: nie sposób nie uśmiechać się przy czytaniu, nie roześmiać. Zupełnie jak w życiu.
To książka ilustrowana (przecudne prace autorstwa Fernando Krahna), niebywale piękna. Zachęcam.
[1] Sam Savage, "Firmin", przeł. Radosław Nowakowski, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 153.
[2] Tamże, s. 93.
[3] Tamże, s. 53.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz