sobota, 3 stycznia 2009

Dziennik ciężarowca, Tomasz Kwaśniewski

Zgodnie z planem, sylwestrowy wieczór spędziłam nad książką. O 23:27, kiedy za oknem zaczęło już naprawdę regularnie pohukiwać, a ja dobrnęłam do 77 strony - położyłam się spać. Po 20 minutach, wybudzona, przez parę chwil postałam w oknie i pooglądałam sobie fajerwerki. I nawet się wzruszyłam ludzką solidarnością i pijackimi zaśpiewkami na chodnikach. I znowu poszłam spać. A 1 stycznia czytałam dalej.
Właściwie to wcale nie miałam ochoty na lekturę "Dziennika ciężarowca". W bibliotece na półce z nowościami od razu rzuciła mi się w oczy ta okładka - czerwono-żółta, pstrokata, roześmiana. I tytuł, który znałam ze słyszenia. Autora nie kojarzyłam. Bubuś się niecierpliwił, więc, wybrawszy wcześniej Lessing i Marqeuza, sięgnęłam w locie po "Dziennik". I tym samym zapewniłam sobie bardzo przyjemny czytelniczy początek roku 2009.
Po pierwszych kilku stronach byłam rozczarowana. I wyrzucałam sobie, że mogłam odpuścić już wtedy, w bibliotece (bo teraz nie mogłam odpuścić - trzeba skończyć, co zaczęte - teraz taką wyznaję zasadę). Moje podejrzenia okazały się słuszne - nudna fabuła, słaby język, postaci z kosmosu, Wielka Miłość, w którą ja wierzyć nie mam podstaw, przesadnie troskliwy przyszły tatuś (jakże różny od ojca mojego dziecka, który zostawił nas, gdy tylko usłyszał o ciąży). Wszystko mdłe, przesłodzone i niewiarygodne, po prostu niestrawne. I tak się nakręcałam, czytając, aż wreszcie, dotarłszy do tej 77 strony (ostatniej w noc sylwestrową), ze zdziwieniem stwierdziłam, że oto racji nie mam: oto polubiłam Agę i Tomka - przyszłych rodziców, oto podoba mi się ten potoczny, swobodny język Autora, i bohaterom "Dziennika" wierzę, bo czułam/mówiłam/myślałam podobnie będąc niegdyś (prawie przed trzema laty!!) w stanie "błogosławionym".
O czym jest książka? Wiadomo: o następstwach i skutkach uprawianego seksu. Seksu z miłości szczerej, wzajemnej i pewnej i odpowiedzialnej - dodajmy, bo inaczej nie powstałby dziennik ciężarowca, tylko uciekiniera, tylko tchórza. Albo samotnej matki.
Aga i Tomek zachodzą w ciążę. Razem. Bo Tomek to nie tchórz i nie ma zamiaru uciekać. Zostaje przy Agnieszce, którą wkrótce poślubia (i bynajmniej nie tylko z powodu ciąży - data ślubu ustalona została wcześniej). Od nowa uczą się siebie. Aga wsłuchuje się w swoje ciało, uczy rezygnacji z tego, co było dlań ważne, Tomek dojrzewa: dotąd nieodpowiedzialny hazardzista, próbuje stawić czoło nowemu zadaniu, jakim jest wspieranie ciężarnej żony. Oboje uczą się też nowej roli - najważniejszej, priorytetowej jak się ma okazać - roli rodziców. Ich związek dojrzewa, przeżywają wzloty i upadki, które Aga odreagowuje na basenie, a Tomek - na blogu (bo to blog i felietony w "Wysokich Obcasach" pojawiły się najpierw. Dopiero potem zapiski przyszłego taty wydano w formie ponad 300-stronicowej książki). Oczywiście, jak w każdym przyzwoitym czytadle, wszystko kończy się happy-endem, w tym przypadku- blisko czterokilogramową Tosią.
W tej książce nie ma akcji jako takiej. Tutaj dzieje się tylko ciąża, tu rośnie brzuch, przychodzą i przechodzą mdłości, są wspólne spacery, wybieranie imion dla chłopca i dziewczynki, kłótnie, huśtawki nastrojów raz u przyszłej mamy, a raz u taty, a raz u obojga. Życie, życie. Wszystko to, przez co przechodzi każda kobieta w ciąży. Tylko, niestety, nie każda może przechodzić ciążę w towarzystwie takiego super faceta jak Tomek, niestety, bardzo szkoda. I chyba tego bałam się najbardziej rozpoczynając lekturę: że oto będę przyszłej matce zazdrościć faceta, z którym poczęła nowe życie, że będę czuła się jeszcze bardziej samotna niż jestem, zraniona, że wrócą dawne żale, poczucie niesprawiedliwości: ale nie. Nic z tych rzeczy. Nie ma w "Dzienniku" podziału na lepszych i gorszych. Nie ma słowa o samotnych matkach, ale nie ma też poczucia wyższości z powodu wspólnego donaszania ciąży. Książka jest - musi być, mam nadzieję, że jest - jak najbardziej autentyczna. Ja tu we wszystko wierzę, całość kupuję.
I jeszcze dużo się śmiałam. Bo i język, i bohaterowie "Dziennika": przesympatyczni, zabawni, fajni. Bardzo przyjemne czytadło. Na pięć. Na dobry początek roku. I na cały okres ciąży, żeńskiej i męskiej, dzień po dniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz