niedziela, 5 kwietnia 2009

Dziecię boże, Cormac McCarthy

Nadciągnęli w porannym słońcu z gór, przez rowy zarośnięte trawą po pas, karnawałową niemal karawaną.[1]
Tymi słowy rozpoczyna się "Dziecię boże" - książka, na którą czekałam już długo, a po lekturze "Drogi", moim pierwszym spotkaniu z McCarthy'm, czekałam niecierpliwie, namiętnie.
To pierwsze, powyżej zacytowane zdanie, przeczytałam wielokrotnie, zanim na dobre pogrążyłam się w lekturze. Nie wiem, nie pamiętam, gdzie się tego nauczyłam i skąd nabrałam przkonania, że pierwsze zdanie powieści jest absolutnie najważniejsze, nieomal kluczowe. W każdym razie - już tak mam, i decydując się na jakąś lekturę, zazwyczaj czytam właśnie pierwsze zdanie, a potem albo książkę odkładam, albo kontynuuję lekturę. Po "Dziecię boże" sięgnęłam w ciemno, nie zajrzałam do środka, stanęłam przy kasie, wyszłam z książką. A w domu długo, długo się wczytywałam w ten początek. I może to lepiej, że nie w księgarni, bo jeszcze bym nie kupiła? Hmm, w każdym razie ów cytat był dla mnie zapowiedzią książki intrygującej i trochę niezrozumiałej zarazem. Na pewno świetnej językowo. Wszystko się sprawdziło. Zakupu nie żałuję.
Odnoszę wrażenie, że styl McCarthy'ego rozpoznałabym zawsze i wszędzie - to pisarz o wielkiej mocy pióra, pisarz-bóg, niezwykle oszczędny w słowach, hojny w treści, w przekazie. Zadziwił mnie sugestywnością w "Drodze", w nowej książce takoż. Chciałabym tak pisać. Chciałabym zawsze czytywać książki tak napisane. Bez językowych eksperymentów, z wielką mocą, jaką daje prostota.
Narracja w "Dziecięciu bożym" nie jest już jednak tak prosta i oczywista. Przez pierwszych kilkanaście stron czułam się zagubiona. Kolejne fragmenty, pozornie tylko niespójne, skakały mi przed zadziwionymi oczyma, jak migające obrazy z telewizora. Perspektywa szeroka: o głównym bohaterze wypowiada się i wszechwiedzący narrator i postaci, które miały bezpośredni związek z Lesterem Ballardem. A sam Lester Ballard? Nie wiem, czy mielibyście ochotę go poznać...
"Opowiem wam, co stary Gresham zrobił, kiedy żona go odumarła i rozum mu odjęło. Pochowali ją tu, w Sixmile, pastor najpierw sam powiedział kilka słów, a potem spytał się Greshama, czy by nie zechciał dodać coś od siebie, zanim sypną jej garść ziemi, na co stary Gresham wstał, z kapeluszem w ręce, jak trzeba. Wstał i zaśpiewał bluesa dla tchórzy. Że trzeba wypiąć pierś i kroczyć jak kogut przez kurze gówno. Nie, nie znam słów, ale on znał i zanim usiadł, odśpiewał calutkiego bluesa. Zdrowo był szajbnięty, a jakże, ale nie umywał się do Lestera Ballarda"[2].
Głównym bohaterem powieści jest zatem "szajbnięty" Lester Ballard, człowiek z marginesu społecznego, osiadły na obrzeżach małej mieściny, pomieszkujący w opuszczonych chatach i jaskiniach. Wypędzony z własnego domu, niesłusznie oskarżony o gwałt, wyszydzany przez lokalną społeczność, Lester usiłuje przetrwać, urozmaicając swój żywot "drobnymi" zabójstwami. Oczywiście, McCarthy w sposób arcysugestywny serwuje nam szczegółowy opis niecnych uczynków Ballarda, ale jako że byłam akurat tuż po lekturze thrillera Natsuo Kirino, uodporniłam się na krew i ludzkie trzewia. Trochę szkoda, takich książek nie czyta się kolejno, bo wtedy opisy w "Dziecięciu bożym" wstrząsnęłyby mną silniej.
Jednak nie zbrodnia ma tu wstrząsać. W książce McCarthy'ego najważniejsza jest istota zła, przyczyny, pochodzenie. Bo skutki są zwykle jednakie. Wiadome.
"Uważa pan, że ludzie wtedy byli bardziej podli? - spytał zastępca.
Stary mężczyzna patrzył na zalane miasto.
Nie - odparł. - wcale tak nie myślę. Na mój rozum, ludzie są jednacy, odkąd Pan Bóg stworzył pierwszego".[3]
Oczywiście, że Ballard jest na wskroś zły. Ale czyż nie byłby zły ktoś, kto odsunięty jest od życia w społeczeństwie, komu odebrano możliwość normalnego funkcjonowania? Ktoś okrutnie samotny? Poczucie inności, odrzucenia, potrafi być nie do zniesienia. niektórzy odreagują taki stan rzeczy dokładnie w ten sposób, jak Ballard. A może predyspozycje genetyczne również są tu istotne? A może winne jest społeczeństwo, które zamyka się na kogoś, kto jest choć trochę inny. Albo zaściankowośc społeczna. Wyraźny brak długofalowego pomyślunku.
Uch. "Dziecię boże" to książka do przemyślenia. Wrócę doń, jeszcze w tym roku. Między wersami za dużo pytań. Dostaje się po oczach, och, pieką potem.
A jednak...to nie jest "Droga".
[1] Cormac McCarthy, "Dziecię boże", przeł. Anna Kołyszko, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 7.
[2] Tamże, s. 26.
[3] Tamże, s. 189.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz