niedziela, 11 października 2009

Domofon, Zygmunt Miłoszewski




"Lepiej uważaj. Anuszka już rozlała olej" [1].

UWAGA: pieję z zachwytu!*

Absolutnie rewelacyjny! Dobry, bo polski? Nie! Dobry i polski!
Nie sądziłam nigdy, że tego doczekam. W latach szczenięcych rozczytywałam się namiętnie w amerykańskich powieściach grozy i rzeczą niemożliwą wydawała mi się wówczas lektura horroru mocno osadzona w polskich realiach, z polskimi, pospolitymi nazwami i nazwiskami. Przecież musiałyby brzmieć groteskowo - myślałam. Bo co innego taki mroczny i daleki stan Maine z powieści Stephena Kinga... co innego taki Janek Kowalski, zamiast melodyjnie brzmiącego Ralpha Cartera. Tymczasem...tymczasem... myliłam się! Zygmunt Miłoszewski napisał rzecz bezwzględnie cudowną i niezaprzeczalnie, na wskroś polską. Czytało się toto rewelacyjnie!!! I wszystkim bardzo polecam! Warto, naprawdę warto się przekonać, że Polak potrafi. I że straszy nie tylko na amerykańskich pustkowiach i w tamtejszych nawiedzonych posiadłościach. Straszy też u nas. A zatem...

Miejsce akcji: Warszawa, Bródno, zwykły 10-piętrowy blok (ja takowe nazywam wieżowcami). Czas akcji: rzecz zdecydowanie współczesna, rok 2002. Bohaterowie: mieszkańcy rzeczonego bloku. Bloku pozornie zwykłego, szarego, z dwiema mocno podniszczonymi windami, zadymioną klatką schodową i popisanymi przez wandali ścianami. Blok jak blok, lecz wkrótce się okaże, że nawiedzony. Że to blok-pułapka, i że życie dotąd niczego nieświadomych mieszkańców zamieni się w koszmar...

W fabułę wnikać nie będę, żeby, prawda, nie wypaplać niechcący tego czy owego, w każdym razie: ja się bałam. Czytałam nocami, przy małej lampce i zwyczajnie się bałam. To jedna z takich książek, od których nie sposób się oderwać, których ciąg dalszy chcesz znać teraz, natychmiast, i kartki przewracasz łakomie, z pośpiechem, martwiąc się na zapas, że niedługo koniec. 381 stron radości i strachu. Poezja! I ileż ja sobie cytatów poznaczyłam pomarańczowymi karteluszkami! I jakaż to szkoda, że książka nie moja, lecz biblioteczna!

Ci, którzy za horrorami nie przepadają, niechże czytają bez obaw. Ta książka to zdecydowanie coś więcej niż tylko próba nastraszenia spragnionych mocnych wrażeń czytelników.

"Zabawne, (...), jak podniosły i szlachetny jest strach opisywany w powieściach. (...) Papierowi bohaterowie potrafią zaniemówić z przerażenia, przeszywa ich lodowaty chłód, małe włoski na karku stają dęba, a w ich żołądkach pojawia się kamień ciężki jak czarna dziura (ostatnie porównanie nie było nawet takie złe). We wszystkich tych opisach śmiertelnego przerażenia, kiedy staje się oko w oko z Odwiecznym Złem, brakuje podstawowego elementu. Tego, że człowiekowi potwornie chce się kupę" [2].

Cudownie czarny humor. I mnóstwo psychologii. Fenomenalny przekrój polskiego społeczeństwa i możliwość podglądania tego, co za sąsiedzkimi drzwiami. Galeria barwnych, wspaniałych i wiarygodnie nakreślonych postaci: nowożeńców, którzy uczą się żyć ze sobą pod jednym dachem i którzy odkrywają nagle, że "miłość - to nie pluszowy miś" [3], nastolatka, który nie potrafi porozumieć się z rodzicami, fałszywej dewotki, samotnej matki, pisarza - alkoholika, który podejmuje próbę odbicia się od dna, dociekliwych policjantów i wielu wielu innych. Warto ich wszystkich poznać. Warto ich spotkać na literackiej wersji ulicy (realnie, nota bene, istniejącej) Kondratowicza 41.

Poza tym: fantastyczna konstrukcja powieści, każdy rozdział zapoczątkowuje cytat "z życia wzięty" (spisany przez Autora a to z cmentarnej bramy, a to wypatrzony na przystanku tramwajowym), a kolejne wątki przeplatają się - zaglądamy do coraz to innych mieszkańców (a nad każdą z postaci, choćby drugoplanową, Autor pochyla się czule), po czym wracamy do już poznanych. Zupełnie jak w bloku. Wchodzenie po schodach i zjeżdżanie windą. No dla mnie bomba!

Coś na zachętę?
"Młoda damo, proszę posłuchać rady starszej kobiety. Niech pani przestanie mówić cały czas "my" o sobie i o mężu. Z tego zawsze są kłopoty. Niech pani nie schodzi do piwnicy i niech pani na siebie uważa"[4].

Proszę posłuchać rady aerien, skromnej autorki tej recenzji: czytajcie Miłoszewskiego!!! Ja już się czaję na jego "Uwikłanie", wydane ostatnio w serii Polityki Lato z kryminałem, bo czytałam, że równie dobre, choć w nieco innym klimacie, a już niebawem ma się ukazać kontynuacja "Uwikłania". Przeszczęśliwam.

I na zakończenie, bo skończyć niestety muszę, mój ulubiony fragment. Nie wiem, jak zabrzmi wyrwany z kontekstu, ale ja przy lekturze uśmiałam się jak bóbr. Gwoli leciuchnego wprowadzenia w temat (bez spojlerów, bez obaw - o tym dowiecie się też z noty na okładce): policja prowadzi przesłuchanie jednej z lokatorek, gdyż trwa śledztwo w sprawie mężczyzny, któremu winda obcięła głowę - od tego wydarzenia zaczyna się "Domofon"

"- I jeszcze jedno: czy pani w ogóle nie używa windy?
- Oczywiście, że używam, jak niosę ciężkie zakupy lub jestem zmęczona.
- Czy coś panią tam spotkało, jakieś dziwne wydarzenie, albo może spotkała pani kogoś...kogoś, kogo nie powinno tu być?
- Nie, przykro mi. Jedyne moje wrażenia związane z windami to te, że wciskam guzik i jadę" [5].

No, mnie się podobało!

* zwrot zapożyczony od germini ;)
[1] Zygmunt Miłoszewski, Domofon, wyd. W.A.B., Warszawa 2005, s. 9.
[2] Tamże, s. 356.
[3] fragment tekstu Miłość grupy Happysad
[4] Zygmunt Miłoszewski, Domofon, wyd. W.A.B., Warszawa 2005, s. 57.
[5] Tamże, s. 62.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz