sobota, 20 lutego 2010

Dom zły, reż. Wojciech Smarzowski (2009)




Czary-mary diabeł stary, jak zwykł mawiać mój niespełna 4-letni syn, odkąd na balu karnawałowym w przedszkolu obejrzał występ magika (nota bene, cóż za szkaradne zaklęcie! Diabeł stary! W przedszkolu!!! Rzecz dyskusyjna i karygodna, ale chwilowo bez związku z tematem, więc zmilczę).
A zatem: czary-mary Wojciecha Smarzowskiego.
Czary-mary w polskim kinie.
Bo wiecie - to niby PRL, a jednak Ameryka.
Oglądając, nie mogłam uwierzyć, że to film na wskroś polski, z polskim reżyserem, aktorami, z polską scenografią i o polskim piekle (jakże śmiało i niebanalnie o polskim piekle!). To rzecz zrealizowana na tak niemożliwie wysokim poziomie, że śmiało może stawać w konkury z amerykańską papką. Takiego filmu dawno nie było (był w ogóle?) w polskim kinie.
Rzecz obowiązkowa. Jeżeli do tej pory nie widzieliście, to namawiam, ten błąd można i trzeba naprawić. To częstuję swoim ulubionym zwrotem: nie wyobrażam sobie, że nie zobaczycie.

Ponieważ ja "Dom zły" obejrzałam już jakiś czas temu (zdaje się, że w początkach grudnia), zdążyłam już ochłonąć po pierwszych, najintensywniejszych wrażeniach. O warstwie emocjonalnej będzie więc w skrócie.
Mocny. Przerażający. Z gatunku tych, po których obejrzeniu dochodzi się do siebie powoli. To film, o którym nie przestaje się myśleć jeszcze długo. Długo.



Oprócz autentycznie wciągającej fabuły (streszczać nie będę, obejrzyjcie!) i bardzo dobrych kreacji aktorskich (Arkadiusz Jakubik, Marian Dziędziel, Kinga Preis i - o niebiosa! cóż za niezwykłe odkrycie! cóż za cudownie objawiony talent! - Bartłomiej Topa) najważniejsza jest tutaj muzyka, tak przedoskonale współistniejąca z obrazem. Mroczna i ciężka; to właśnie muzyka i dźwięki tworzą cały klimat filmu. Jak dokładnie słychać śnieg, trzaskający pod ciężkimi butami mundurowych! Mróz aż bije z ekranu.
I jeszcze jedna rzecz: scenografia. Te szczegóły, te popielniczki (pamiętam, że mój ś.p. Dziadek używał takiej), te paczki mocnych czy innych popularnych, ta wóda na rozgrzewkę, to bimbru pędzenie... Wszystko tak drobiazgowo i dokładnie. I zdjęcia. Surowe, ostre, konkretne. Zarówno w warstwie fabularnej, jak i w technicznej nie mam nic do zarzucenia. Ba. Jestem zachwycona. Takich filmów oczekuję. Takiego gwałtu na emocjach i takiego roztrzęsienia wewnętrznego, jakie przeżyłam tuż po seansie. Nie wolno bać się takich filmów, takich tematów.



Konkludując: mocna rzecz.
Koniecznie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz