niedziela, 14 czerwca 2009

Deszczowa noc, Jodi Picoult

Jodi Picoult. Taaak. Nie zliczę na ilu blogach widywałam to nazwisko, ile osób komentowało, recenzowało, wymieniało kolejne tytuły tej niezwykle płodnej i bardzo poczytnej Autorki, z którą do tej pory było mi nie po drodze: nie znałyśmy się wcale. Pamiętam, jak w lutym, na blogu Padmy , obiecywałam (bardziej sobie chyba), że zacznę od "Dziewiętnastu minut". Minęło dorych kilka miesięcy zanim nareszcie poczułam się gotowa na lekturę książki Picoult.
Po "Dziewiętnaście minut" wybrałam się do księgarni 1 czerwca. Ot, prezent dla dziecka we mnie na "Dzień Dziecka'. Książki, która czekała na mnie od lutego, którą czule obejmowałam wzrokiem przy każdej wizycie w tej księgarni - nie było. Nagle nie było! Przytuliłam zatem inny tytuł, ostatnio wydany: "Deszczową noc". I nie, żeby z radością: raczej z tak zwanego braku laku, raczej, żeby nie wyjść z księgarni z pustymi rękoma. Niespecjalnie cieszył mnie temat poruszony w książce: eutanazja, o którym uprzedzała notka na okładce. Ale zabrałam się do czytania. Ponad 530 stron. Uwierzycie, że płakałam z żalu, gdy przewróciłam ostatnią stronę??? 
Cameron MacDonald jest komendantem policji w Wheelock, małym amerykańskim miasteczku, które założyli jego przodkowie, wyemigrowawszy ze Szkocji. Komendant budzi powszechny szacunek nie tylko ze względu na obejmowane stanowisko, ale także szlachetny tytuł (przechodzący z dziada pradziada na ojca i syna) lairda - czyli sprawującego pieczę nad klanem MacDonaldów; ma własny, uroczy dom, oddaną, kochającą żonę Allie i to, czego pragnie wielu ludzi: swoją małą stabilizację. Jednak Cameron nie jest szczęśliwy. To niespokojny duch, którego mami wizja podróżowania po świecie, wolności, braku zobowiązań i ograniczeń. Męczy go tytuł lairda, męczy bezkrytyczna miłość Allie, montonia życia. Potrzebuje zmiany, ale nic nie może zmienić.
Allie, żona Camerona, właścicielka kwiaciarni, jest przeciwieństwem swojego męża. Nie opuszcza granic Wheelock, najlepiej czuje się w domu, w małżeńskiej sypialni, w kuchni i wśród kwiatów. Jest bezgranicznie oddana mężowi, kocha go bezkrytycznie, podziwia. Coraz częściej jednak zaczyna się zastanawiać nad kwestią proporcji w swoim związku. Cameron wydaje się taki niezaangażowany, odległy, a Allie taka niedoceniona...
Jamie i Mia - pojawiają się w Wheelock znikąd, jednego dnia, chociaż nie razem. Jamie to morderca, zabił własną żonę. Mia to tajemnicza kobieta, specjalistka w hodowli bonzai. Jamie zwraca się o pomoc do Camerona, komendanta policji, który jest jego kuzynem, Mia, florystka, prosi o pracę Allie, właścicielkę kwiaciarni. Ten jeden dzień i tych dwoje ludzi: Jamie i Mia, zmienią na zawsze i małżeństwo MacDonaldów, i senne dotąd Wheelock. Może też... czytelnika?
Powieść Picoult to galeria arcyprzekonujących postaci: to nie tylko ta najważniejsza, wyliczona przeze mnie czwórka głównych bohaterów, ale także postaci drugoplanowe: matka Camerona, stary Angus, Meggie - żona Jamiego, młody adwokat, społeczność Wheelock. Może nie wszystkich bohaterów polubiłam, ale każdego zaakceptowałam, zaakceptowałam każdą postawę, każdy wybór jakiego dokonali - lub nie. Picoult nakreśliła  (co za banały recenzenckie cisną mi się pod palce, fuj!) doskonałe, choć może trochę przedobrzone, bo skrajne, portrety ludzkie, w które uwierzyłam, z którymi z żalem się rozstawałam, co powtarzam po raz kolejny. To wielka umiejętność: związać czytelnika z bohaterami, sprawić, by czytający żył problemami książkowych postaci...
A problemów poruszonych w "Deszczowej nocy" sporo. Przede wszystkim: eutanazja. Dwa głosy: za i przeciw. Denerwowało mnie, że Autorka niemal co stronę podkreśla o czym traktuje książka, że o zabójstwie z miłosierdzia, jakby czytelnik mógł zapomnieć, lub zbagatelizować problem. Wydaje mi się, że głos Picoult w tej kwestii to głos ważny, i cieszę się, że go zabrała. Naczytałam się u innych moli książkowych o tym, że Picoult jest Autorką, która nie unika tematów trudnych, kontrowersyjnych. W każdej kolejnej książce podejmuje opowieść na jeden z trudnych tematów. Podziwiam, że ma odwagę. Doceniam, że ma co powiedzieć. To musi być bardzo fajna kobieta z tej rudowłosej matki trojga dzieci. Mądra i ciepła. Wszechstronna i zaangażowana. Pisze o mowie kwiatów, o łowieniu ryb na muchę, o życiu jako takim, o historii rodu MacDonaldów, o wojnie. O wszystkim. I sprawia wrażenie, że wszystko wie.
Kolejną kwestią w "Deszczowej nocy" jest kwestia miłości: jak bardzo można kochać, i czy można kochać jeszcze bardziej, kto kogo i za co, dlaczego tak i dlaczego nie. Myślę, że ten wątek, choć osobiście mnie nie dotyka (niestety), fascynował i zajmował mnie najbardziej.
Podobał mi się jeszcze sposób prowadzenia narracji, akcję śledzimy z perspektywy wielu osób, co daje możliwość zaanagażowania się w życie i postawy wielu skrajnie różnych bohaterów. A sama akcja płynie wartko, książkę pochłania się, po prostu: nie czyta.
Ostatnie 70 stron czytałam na wdechu, w kuchni gotowała się pomidorówka, dziecko usadowiłam niechlubnie przed telewizorem i czytałam z wypiekami. Po wszystkim wyszliśmy z Bubusiem na spacer, a gdy wróciłam, bardzo żałowałam, że nie wracam do Wheelock, do Cama, Jamiego, Allie i Mii. Zaprzyjaźniłam się z nimi, żyłam ich prolemami. To bardzo dużo, prawda? Książka ma sprawiać przyjemność, a to była prawdziwa frajda! Oczywiście, polecam, a jeśli Picoult pisze książki podobne (tak słyszałam, że bardzo do siebie podobne), to chcę je przeczytać!!
PS. Dwa dni po zakupie "Deszczowej nocy" sprawiłam sobie wreszcie "Dziewiętnaście minut" (empik!), a wcześniej udało mi się baaardzo okazyjnie wylicytować "Zagubioną przeszłość" i "Bez mojej zgody" (allegro!). Także zaopatrzona jestem :) I napiszę jeszcze, bo po tak długim milczeniu na bloxie strasznie się rozgadałam, że tuż po "Deszczowej nocy" chciałam się rzucić na "Dziewiętnaście minut", ale przywołałam się do porządku i zdecydowałam (dla oddechu) na Majgull Axellson, która też długo na mnie czekała. Już teraz zdradzam, że... nie żałuję. O.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz