czwartek, 1 stycznia 2009

Czy panowie muszą tak n., od bladego świtu?!*

Ponoć Sylwester, wiem i słyszę, staram się być wyrozumiała, piję kawę z mlekiem, mam na sobie bluzę i ufajdany czekoladą polar; na biurku leży nowy terminarz, na terminarzu długopis, oto postanawiam pamiętać o Bardzo Ważnych Datach, adresach i numerze konta; w formacie a5 i w sztywnej okładce bez problemu zmieści się w mojej czarnej niemodnej torbie kupionej lata temu w tesco, będzie mi doskonale siniaczył uda na fioletowo, niebiesko i żółto, przypominając o przeczytanym Marquezie i pogodnej starości.
Koło południa, starannie omijając zwłoki petard, poszliśmy z Bubusiem do biblioteki, przykładnie świecącej pustkami. Sylwester. Rano nie mogłam znieść myśli, że oto mam do czytania  wyłącznie "Dziennik ciężarowca" i żadnej możliwości wyboru. A lubię mieć jakiś wybór, perspektywę jakąś. Lessing, Marqueza oddałam, przedłużyłam "Dziennik" (już napoczęty, już nadgryziony zębem czytelniczym moim), i dokonałam nowego wyboru:
Oczywiście wciąż czytam "Dziennik...", bo nie potrafię przerywać lektury lub sięgać po kilka książek jednocześnie. Ale naprawdę, naprawdę musiałam gdzieś wyjść. Choćby do biblioteki, jeśli już nie na bal.
I na tym, uznajmy to, pogódźmy się z tym, zakończył się mój dzisiejszy Sylwester, wypiłam kawę, poszwędam się jeszcze po allegro, postoję trochę w oknie między dwunastą a pierwszą, rozboli mnie głowa, zasnę. I wstanę dopiero w Przyszłym Roku. No co, fajnie jest, nie?
*tytuł zaczerpnięty z filmu "Dzień Świra"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz