środa, 4 marca 2009

Czekolada, Joanne Harris

Czekolady w "Czekoladzie" jest tyle, co kot napłakał.
Dlaczego nikt mnie nie uprzedził?
Naczytałam się ciepłych recenzji, zapewnień, że to przyjemna, słodka i wonna lektura; przygotowałam kakao i śmietankowe wafelki, opatuliłam kocem.
Na nic to wszystko, na nic. Gorzkie mam palce i język. "Czekolada" J. Harris to nie jest ciepła, kojąca opowieść do poduszki czy pączka. To trucizna. To historia toksycznych relacji, bardzo przeciętnie opisana. Albo to ja, starym swym zwyczajem, doszukuję się czegoś, co wcale nie ma miejsca.
Lansquenet to maleńka francuska mieścina, po krańce wąskich uliczek wypełniona księdzem i jego prostolinijną trzódką. Cisza, spokój, kościelne dzwony, browar w lokalnym barze. I nagle, święci pańscy: sklep z czekoladą!! Kuszący zapachami i urodą właścicielki: nowoprzybyłą do Lansquent piękną i tajemniczą Vienne. A Vienne ma córeczkę, Anouk. Vienne jest samotną matką, jest przedsiębiorcza, budzi sympatię, nie chadza na msze - jednym słowem, zagraża sielskiej wizji księdza. Trzeba się jej pozbyć. Ot - i cała fabuła powieści.
A czekolada? A czekolada jest w "Czekoladzie" najzupełniej papierowa. Marcepanki, zajączki z białej i mlecznej czekolady, celafony, wstążeczki, bibułki, łakocie. Słowa, słowa, słowa, słowa, słowa. Jeśli mój zmysł smaku drgnął, jak królicze uszy, to tylko wtedy, gdy pojawił się opis wygłodniałego księdza, który z dziką, bezbożną zachłannością pochłania czekoladową wystawę w sklepie Vienne. Tylko wtedy. To był chyba najbardziej autentyczny fragment. Cała reszta to słowa; nie czułam zapachów, smaków, nie przełykałam śliny. Bo nie słodycze są w tej powieści najistotniejsze. Może dlatego.
Przede wszystkim: ksiądz. O wątpliwych zaletach moralnych, niepokojący. Zastanawiam się, czemu nikt jeszcze nie potępił książki J. Harris, czemu żaden z dzisiejszych księży, tak skłonnych do obrażania się, unoszenia dumą i krytykanctwa, nie odczuł siły policzka weń wymierzonego. Nie moja to jednak rzecz.
Matki i córki. Matka i dziecko. Bardzo wiele i bardzo złych relacji można się w "Czekoladzie" doszukać, poczynając od Vienne i jej matki, od Vienne i jej córki, poprzez rlecje lokalnych matek-synów-córek do relacji: ksiądz i jego matka. Bardzo gorzko, z każdej strony. I chociaż Vienne w mlecznych wąsach i brudnym policzku Anouk odnajduje miłość, radość i szczęście, mówi o swoim dziecku: "mała obca". Matki i dzieci w tej książce są sobie obcy, każdy stanowi nad wyraz indywidualną osobowość, nie ma zgody, nie ma zrozumienia.
Z każdej strony tej książki wycieka gorycz, ukryta pod pełnymi słodyczy wyrazami.  To jest smutna opowieść. Dlaczego nikt mnie nie uprzedził?
Do "Zupy z granatów" ma się nijak. Ot co.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz