niedziela, 23 maja 2010

Ból kamieni, Milena Agus




"Tyle w nas kamieni." [1]

Kolejna, po "Póki rekin śpi", prześwietna i warta polecenia książka Mileny Agus. Zachwycam się. I z całą stanowczością, i z pełnym przekonaniem stwierdzam: lubię Milenę Agus. Celuje ona w niedługich opowieściach ("Ból kamieni", dla przykładu, liczy 125 stron, druga powieść - niespełna 200) i krótkich, twardych zdaniach, które w zaprawdę godny pozazdroszczenia sposób (uch, jakże bym chciała tak pisać!) niosą ze sobą całe pokłady emocji i brzmią jak poezja w najczystszej postaci.

"Ból kamieni" to (podobnie jak "Póki rekin śpi") swoista saga rodzinna: bohaterka, o której wiemy w zasadzie niewiele, spisuje pokrętne losy swej włoskiej rodziny. Szczególną uwagę poświęca jednej ze swoich babć - babci od strony ojca, przez otoczenie uważaną za, delikatnie rzecz ujmując, osobę niespełna rozumu. Ale przecież "(...) w rodzinie zawsze musi być ktoś, komu przypadnie zaburzenie; życie na tym polega, że musi być równowaga między dwoma elementami, inaczej świat zesztywniałby i zastygł w bezruchu (...). W każdej rodzinie musi być ktoś, kto zapłaci daninę szaleństwa, żeby została zachowana równowaga między porządkiem a nieporządkiem, i żeby świat się nie zatrzymał" [2].
Babcia narratorki to postać bez imienia, postać absolutnie ciekawa: niedoszła samobójczyni, czarna owca w rodzinie, obwiniająca się za niezdolność wzbudzania w sobie ciepłych uczuć w stosunku do kochającego ją męża, spisująca najskrytsze myśli w pilnie strzeżonym zeszycie ("czarny zeszyt z obwódką bordo(...)" [3] ), zamknięta w sobie, wyizolowana i w gruncie rzeczy nieszczęśliwa. Jedyną radością jej życia jest tak naprawdę wspomnienie przelotnego romansu, który przeżyła podczas pobytu w uzdrowisku i o którym po latach opowie ukochanej wnuczce.
Jej przeciwieństwem jest druga babcia narratorki:
"Prawdziwa opoka, ta pani Lea. Skała z sardyńskiego granitu. I nigdy nie użalała się nad tym swoim życiem, obróconym w popiół (...)" [4].
Obie babcie zostały ciężko doświadczone przez los, lecz ich podejście do życia jest zgoła odmienne. Jedna twardo trzyma się życia, przyjmuje z godnością to, co zsyła jej los i walczy, stale walczy (kto powiedział, że życie jest ciągłą walką?), druga nosi głowę w chmurach i nie docenia tego, co zostało jej dane. Mając szczęście pod nosem, ucieka w marzenia i pielęgnuje jedno jedyne najmilsze wspomnienie: romans. Żyje przeszłością, odrzuca to, jest tu i teraz.
Ogólna wymowa powieści staje się dzięki subtelnemu skonfrontowaniu obu postaci bardzo oczywista: należy się zastanowić nad własnym podejściem do życia. Nie ma na co czekać, nie ma co rozważać minionego: szczęście mamy w zasięgu ręki. Wszystko zależy od nas: wszystko, czyli to, co zrobimy z tymi kamieniami, które walą się nam na głowy - każdemu, bez wyjątku.

Jednak Autorka nie poprzestaje na przekazaniu nam tej prostej prawdy. Jej opowieść, choć tak krótka, jest zadziwiająco wielowarstwowa, a ja, pisząc tę recenzję najzupełniej na gorąco, świeżo po lekturze, obawiam się, że nie wspomnę o wszystkim, o czym powinnam.

A zatem: bardzo dużo w tej książce rozważań nad zawiłą naturą miłości: jak bardzo potrafi być przekorna - nie przychodzi, gdy na nią czekamy, albo pojawia się w takiej postaci, której nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Narratorka, wnuczka swoich babć, jest właśnie na progu wkroczenia w następny etap życia: szykuje się do zamążpójścia. Fascynujące jest to, jak przed tak istotnym wydarzeniem odkrywa mroczne i mniej mroczne karty, rozdane w jej rodzinie. Kto kogo kochał, co się z kim stało: na naszych oczach bohaterka (podobnie jak jedna z babć - również bezimienna) ewoluuje, podpatruje cudzą miłość od kulis i dostrzega, jak potężne i obezwładniające jest to uczucie.

Poza tym: Sardynia. W całej swej niemożliwie kuszącej (!) okazałości. Jako tło, ale i równoprawna bohaterka. Genua, Caligari. Także Mediolan. Kurczę blade, aż chce się tam być. Agus, urodzona w Genui i zamieszkująca obecnie w Caligari pisze o dobrze znanych przez siebie miejscach z ogromną miłością, prawie namiętnie. I zaraźliwie! Cudowne śródziemnomorskie klimaty, opisy apetycznych potraw... W ogóle cała ta powieśc jest jak najbardziej włoska, szalenie klimatyczna. Ukłony dla tłumaczki, która zdecydowała się niektórych słów i zdań nie przekładać (zrobiła to w przypisach), dzięki czemu książka wydaje się jeszcze bardziej włoska, niż jest. I dużo historycznych informacji: ostatecznie każdy kraj i naród ma swoją własną historię i własne dramaty, w dodatku Agus oprócz parania się pisarstwem wykłada w liceum włoski i historię. Pouczająca lekcja, szansa spojrzenia na II wojnę światową z włoskiej perspektywy.

Uff, coś mi się wydaje, że mogłabym tak godzinami. 125 stron, o których mogłabym napisać drugie tyle. Więc może ograniczę się jeszcze do dwóch uwag.
Szalenie podoba mi się bezpruderyjność Autorki. To druga jej książka, w której seks jest bardzo ważny: zwłaszcza w tej najmroczniejszej odsłonie, o której nie zwykło się pisać. Seks dziki i wulgarny, rodem z najtańszych burdeli. Jest sprośnie i prawie obrzydliwie, a jednak nie czuję się zniesmaczona.

I ostatnie (?) moje słowo: do wczoraj żyłam w przekonaniu, że tytuł, czyli "Ból kamieni", jest jakąś subtelną, poetycką metaforą. Nie przyszło mi do głowy, że chodzi o... kamicę nerkową, tę uciążliwą chorobę, na którą cierpiała szalona babka narratorki, kamicę nerkową - przyczynę jej ciągłych poronień. W tym miejscu pozwolę sobie zacytować fragment, który mnie wzruszył, ale pozbawiony kontekstu ma prawo nie wzruszyć Was (chcę go jednak tu mieć, u siebie):
"A kiedy wszyscy poszli przekonywać ją, żeby wróciła, ona powtarzała tylko, że nie może uwierzyć, że wyszło z niej dziecko, a nie kamienie. I cały czas płakała rzewnie (...)" [5].

Krótko mówiąc: polecam.

[1] Milena Agus, Ból kamieni, przeł. Monika Woźniak, wyd. W.A.B., Warszawa 2008, s. 125
[2] Tamże, s. 109-110
[3] Tamże, s. 89
[4] Tamże, s. 113
[5] Tamże, s. 94

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz