poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Białe zeszyty, Sonia Raduńska

"Święta to dla mnie uwierający czas. Dziś trudno. Jest nas w domu troje, tak zwana najbliższa rodzina, i nawet nie usiłujemy się spotkać i poprzyjaźnić. Każde z nas siedzi w swoim (często zamkniętym) pokoju, zabijając pustkę i nudę tego dnia jedzeniem, snem, telewizją, prasą. W takich momentach mam poczucie porażki jako - założyciel rodziny? kapłanka domowego ogniska? Czuję się odpowiedzialna za tę potrójną samotność, która tu mieszka. Kocham Noemi i Jacka, czuję więź emocjonalną z moim bratem - i tylko tyle tej wspólnoty. W codziennym, nieświątecznym czasie udaje mi się o tym nie myśleć i nie czuć tego. Święta obnażają pustkę, dystans, jałowość, brak komunikacji..." *
To jedyny (!) fragment "Białych zeszytów", który zapadł mi w pamięć, i który wydał mi się ważny i prawdziwy (choć oczywiście mało odkrywczy) na tyle, bym tuż przed oddaniem książki do biblioteki poświęciła czas na jego odnalezienie i przepisanie do kalendarzyka "Twojego Stylu" na rok 2006, bo tylko ten był akurat pod ręką. W każdym razie przepisałam z zamiarem zacytowania w swojej recenzji, a że dzisiaj Święta, to mimowolnie przypomniałam sobie o Raduńskiej i jej spojrzeniu na okres świąteczny. O zaniedbanym ostatnio bloxie - również.
W czasach, kiedy byłam stałą czytelniczką "Zwierciadła" (aktualnie nie czytuję prasy kolorowej, może tylko książkowe recenzje w "Bluszczu"), moją ulubioną rubrykę, od której zaczynałam comiesięczną lekturę, stanowiły felietony Sonii Raduńskiej właśnie, pełne ciepłej psychologii i lekkie w odbiorze. Spodziewałam się, że "Białe zeszyty" będą podobne. Zawiodłam się. I co tu dużo mówić: zmęczyła mnie ta książka niemożebnie.
W "Białych zeszytach", które stanowią zbiór wycinków z licznych dzienników ponad 40-letniej kobiety o imieniu Sonia (uwaga! nie zadałam sobie trudu, by sprawdzić, czy są to autentyczne zapiski Autorki - trochę z lenistwa, głównie dlatego, że wolę nie wiedzieć - chcę pielęgnować w sobie idealistyczny obraz Raduńskiej znanej mi z felietonów), niektóre słowa powtarzają się jak refren: delikatnie, czule, ważne, ciepłe, mądre, istotne. Bohaterka w tym swoim pisaniu niezmiernie mnie irytowała. Ciepła, czuła, uważna, czytująca Stachurę, zachwycająca się filozofią Dalajlamy i Whartonem oraz pleśniowym serem. A przy tym szaleńczo zakochana w żonatym przyjacielu. Przez całą książkę miałam nadzieję, że - napiszę to niegrzecznie, wybaczcie- narratorka stuli swój literacki pysk i napisze wreszcie o czymś innym niż o Pawle, swej Wielkiej Późnej Miłości. Niestety - nie doczekałam się. To książka o kochaniu i pewnie byłabym nią zachwycona, czytając ją kilka lat temu. Teraz po prostu mnie zdrzaźniła, zwłaszcza, że bohaterka opisuje uczucia w sposób, który był mi bliski, kiedy miałam 17 lat. A bohaterka ma ponad 40, przypominam.
Uch, no nie wiem, mnie ta książka w ogóle nie przypadła do gustu, choć muszę przyznać, że nie jest tak miażdżąco zła: na pewno wielu czytelników (czytelniczek!) "odnajdzie w niej obraz swoich uczuć". Ja absolutnie nie. Toteż nie polecam, jednak przytoczony fragment "Białych zeszytów" oddaję Wam (i sobie!) pod rozwagę, jeszcze jeden dzień Świąt przed nami, może warto coś zmienić?
* Sonia Raduńska, Białe zeszyty, wyd. W.A.B., Warszawa 2005, s. 151.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz