wtorek, 1 czerwca 2010

Bękart ze Stambułu, Elif Safak




Ups. Się rozczarowałam. W skali szkolnej: 4,5 / 6.
Nie zwykłam oceniać książek w swych recenzjach, ale w przypadku mojego subiektywnego odbioru "Bękarta" odniesienia szkolne są wybitnie kluczowe. Dlaczego? Otóż...

Jako uczennica klasy maturalnej (czyli dawno, dawno temu) otrzymałam szóstkę za jedno ze swoich wypracowań. Polonistka, raczej surowa i nieskora do stawiania wysokich ocen, nie mogła się nazachwycać. Skserowała i rozdała moją pracę całemu rocznikowi jako przykład wypracowania niesłychanie przemyślanego, sprawnie i z polotem napisanego, i oczywiście związanego ściśle z tematem. A temat wiązał się (o ile dobrze pamiętam, bo dzisiaj nie mam siły odkurzać pudła z pozostałościami z czasów szkolnych, m.in. ze sprawdzianami z matematyki, ocenianymi najwyżej na dopuszczający...) z poczuciem człowieczeństwa i literaturą obozową, łagrową. Ponieważ praca ta była zadaniem domowym, miałam czas, by na spokojnie ją zaplanować. Wymyśliłam więc, że zamiast wstępu jako takiego przytoczę encyklopedyczną definicję człowieka (no, wiecie, zaczynało się to mniej więcej tak: Kim, czym jest człowiek? I potem notka z encyklopedii: człowiek: istota rozumna, etc.), a w rozwinięciu kolejne akapity rozpoczynały się od krótkich haseł (głowa, oczy, usta, uszy, ręce, nogi itp.), które po primo stanowiły o fizycznym aspekcie człowieczeństwa, po secundo: służyły za punkt wyjścia do rozważań o kolejnych pozycjach literatury obozowej. Czyli pisałam np. (improwizuję teraz): oczy. I dalej: oczy, które widziały mord (i odniesienia do odpowiednich lektur), ręce, które zabijały (i kolejny kontekst literacki). Generalnie: to była zasłużona szóstka, bez dwóch zdań, ale nie cierpię tego wypracowania: obrzydło mi, gdy zostało wyniesione pod szkolne niebiosa. Poza tym, po pewnym czasie, czułam, że mogłam lepiej. A konstrukcja wypracowania, którą można by było uznać za oryginalną, dzisiaj wydaje mi się dość banalna i oczywista.
Ale, ale. Do czego zmierzam?
Otóż: "Bękart ze Stambułu" prawie od razu skojarzył mi się z tamtym pamiętnym wypracowaniem. To powieść tak samo (choć bezsprzecznie lepiej napisana i nie mam się co porównywać, nawet nie próbuję) spójna i drobiazgowo dopracowana, w każdym szczególe. Aż, mówiąc szczerze, do przesady. Tytuły rozdziałów stanowią składniki potrawy bardzo istotnej w finale powieści. I jak można się spodziewać: jeśli tytuł rozdziału to pszenica, to oczywiście w samym tekście, w środku rozdziału znajdziemy odniesienie do tytułowej pszenicy (np. bohaterka ma ziarna pszenicy w kieszeni płaszcza - ponoć przynoszą szczęście). W każdym razie: konstrukcja "Bękarta" jest, w moim odczuciu, dopieszczona do granic możliwości. To może kogoś zachwycić, i ja to rozumiem (patrz: moja polonistka, moje wypracowanie). Ja natomiast czułam się znużona i prawie zażenowana, bo ta przesadna dbałość o szczegóły w którymś momencie wydała mi się zbyt infantylna. Sposób pisania Safak również ma w sobie coś szczenięcego: proste, łatwe w odbiorze zdania, nic, po czym w przyszłości mogłabym tę Autorkę rozpoznać, a jednocześnie nic, do czego mogłabym się przyczepić. Safak pisze dobrze, po prostu dobrze.

No i nie przeczę też, że "Bękarta ze Stambułu" czytało się miło, książka momentami prawdziwie zabawna, prawdziwie intrygująca, prawdziwie też smutna, kilka fajnych, wpadających w oko zdań czy uwag, ale, szczerze: czy ja coś pamiętam z lektury? Głównego wątku fabularnego: nie, bo zwyczajnie mnie wynudził: och, jakaś tam saga rodzinna, kilka zwariowanych ciotek, dwa dżinny (uwielbiam realizm magiczny i wszelkie cuda na kiju w powieściach, zaznaczam jednak: dwa dżinny to jeszcze nie Marquez, a w tym konkretnym przypadku to tylko następna klamra spinająca dwa główne wątki powieści, kolejny chwyt konstrukcyjny) - nic, co zostałoby w głowie na dłużej i nad czym można by się rozpłynąć. Zakończenie przewidywalne i w połowie powieści już wiedziałam co, jak, i do czego to zmierza.

Natomiast jest jedna rzecz w tej powieści, która faktycznie jakoś mnie poruszyła, i z której Safak musiała rozliczać się w sądzie. Lekcja historii. Ponury, mroczny okres w relacjach turecko-ormiańskich. Masakra Ormian dokonana przez Turków, której ci pierwsi nie mogą przeboleć, a drudzy nie chcą się przyznać, że w ogóle miała miejsce. Nieodparcie przychodził mi na myśl nasz Katyń i nasze relacje polsko-rosyjskie (nota bene, czytałam tę książką w czasie żałoby narodowej). Rozdziały jedenasty i dwunasty (z naciskiem na dwunasty) uważam za absolutnie genialne. Dlatego nie żałuję, że "Bękarta" przeczytałam.

Co do bohaterów - nie zżyłam się z żadnym, żadnego nie żałowałam. Wszystkich przyćmił bohater drugoplanowy: Stambuł. Pięknie pisze Elif Safak o Stambule, pięknie, z miłością. Aż zapragnęłam pojechać, zobaczyć, poczuć, posmakować.

Hmm, tak teraz myślę, że jednak więcej w "Bękarcie" plusów niż minusów i bez wątpienia książkę polecam. Rozczarowanie tłumaczę wysokimi oczekiwaniami - naczytałam się tylu dobrych recenzji "Pchlego pałacu" (mam na półce, czeka na swoją kolej i moje zmiłowanie), że pomyślałam, iż "Bękart" też musi zachwycać. I zachwyca widzę, bo zbiera równie dobre recenzje. Ja jednak czuję niedosyt: nie tego się spodziewałam. Zbyt banalnie, zbyt przeciętnie jak dla mnie, niestety.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz