wtorek, 30 marca 2010

Agora, reż. Alejandro Amenábar (2009)


Wspaniały. Wspaniały. Nie przegapcie!
Ten film to nie tylko efektowne widowisko: to przede wszystkim cudownie podany kawał historii (mnie dotąd prawie nieznanej), która porusza, skłania do głębszej refleksji (a jest o czym myśleć, zapewniam: zwłaszcza, że główna bohaterka "Agory", Hypatia, para się filozofią) i nie daje o sobie zapomnieć. Po stokroć warto!
I, ach, tak: płakałam. Jak zwykle płakałam. Jestem poruszona.

Nie da się ukryć (z resztą: po co?): wciąż pozostaję pod ogromnym wrażeniem "Agory" - to jeden z takich obrazów, które zapamiętam najdłużej, do których będę wracać myślami, i które obejrzę jeszcze wielokrotnie.
Pisali już o tym filmie (między innymi oczywiście): milczący krytykmaryanhellisnoopy, i coś mi się wydaje, że nie potrafię dodać niczego nowego w sposób równie ciekawy. Mogę się tylko podpisać pod ich świetnymi recenzjami.

Bo tak, "Agora" jest filmem wszechogarniającym, który przeżywa się wszystkimi zmysłami.
Cudowne, wieloznaczne zdjęcia, od których nie można oderwać oczu (ten spokój kosmosu, ta leniwa i cicha kula ziemska kontrastująca z gwałtownymi przemianami w starożytnej Aleksandrii), muzyka, którą można by uznać za zbyt patetyczną, a która w sposób genialny została wkomponowana w obraz i porusza prawie tak, jak to, co widzialne.
Doskonała gra aktorska: przepiękna i, chciałoby się powiedzieć, przemądra Rachel Weisz jako filozof Hypatia, przkonujący w swych rolach Oscar Isaac jako Orestus i Max Minghella jako Davus, och, i uroczo uśmiechnięty Rupert Evans jako Synesius.
Wszyscy oni zagrali w taki sposób, że ludzie starożytni wydają się być ludźmi współczesnymi, a przez to zadziwiająco bliskimi widzom: przeżywają podobne rozterki (choć naturalnie innej wagi), podobnie reagują na nowe, nieprzewidziane sytuacje (czyli: w sposób, rzecz jasna, nieprzewidziany). Są tak bardzo ludzcy i naturalni w swych antycznych strojach, że widz zapomina nagle, że oto ogląda film historyczny. Mało tego - "Agorę" chyba właśnie tak należy odbierać: wszystko się powtarza na świecie, wciąż walka o władzę, o dominację w państwie i w Kościele, wciąż odwieczne religijne spory, wyjaśnianie tajemnicy Stworzenia, boje o rzędy dusz, dążenie do zbadania praw rządzących światem.  Tak było przed wiekami (a było..brutalnie; wiele drastycznych, wstrząsających scen!), tak jest do dziś (czy mniej brutalnie? nie jestem pewna...).

W "Agorze" nieustannie mówi się o okręgu (Hypatia dąży do odkrycia praw rządzących ruchem Ziemi), a w moim odczuciu cały ten obraz można odczytać jako okrąg: bo historia zatacza koło. Reżyser (m.in. "Innych" z Nicole Kidman) oddał tę rzecz niebanalnie i z wyczuciem. Naturalnie, sugeruje się nam, że motywy i racje Hypatii, nawet kwestie przez nią wypowiadane są tymi, z których należałoby brać przykład, ale odpowiedzi jednoznacznej już nie ma, morału (oprócz najważniejszego: historia zatacza koło, ludzie się biją, umierają za idee, na świat przychodzą następni, a Ziemia spokojnie trwa nadal). I nie zgadzam się z tym, że jest to film antychrześcijański. Myślę, że traktuje cały temat sprawiedliwie dla każdej ze stron, nie broni pogan, nie oskarża chrześcijan: ot, przedstawia kilka faktów i - co najważniejsze - rezultaty fanatyzmu, a wnioski należą już do widzów. 

Jestem przekonana, że film ten nie pozostawia obojętnym. I choćby człowiek nie wiem jak chciał nie myśleć potem o zagadnieniach związanych z wiarą i nauką: myśli.
Polecam. Po tak intensywnym seansie (wyczerpującym emocjonalnie i stale pobudzającym umysł do pracy) czuję się dużo bogatsza. I o wiele więcej wiem (dacie wiarę, że oto nagle zainteresował mnie Ptolemeusz?? Naprawdę, nauka wykładana przez Hypatię, a raczej sposób, w jaki przekazuje ona wiedzę swoim uczniom wydaje się o wiele bardziej zajmująca niż ta, którą pamiętam chociażby z zajęć z filozofii na studiach czy lekcji historii w ogólniaku).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz