poniedziałek, 14 grudnia 2009

500 dni miłości, reż. Marc Webb (2009)




Nie, nie! Nie przewracajcie oczyma, nie umykajcie wzrokiem, nie uciekajcie wreszcie!!! Szczerze zapewniam, że ja też wprost nie znoszę ckliwych komedyjek z romansem w tle! Horrory, o czym już wiecie, jak najbardziej - ale komedii romantycznych nie lubię od, hmm, zawsze? Może kiedyś Wam wyznam, dlaczego. Tymczasem - nie ma potrzeby. Bo '500 dni miłości', wbrew cukierkowemu tytułowi i temu, co przedstawia równie przesłodki plakat, NIE jest typową komedią romantyczną. I mimo oczywistych, lukrowanych scen, jak chociażby te (nota bene, świetną ma dziewczyna sukienkę - patrz zdjęcie 1):





'500 dni miłości' obejrzałam zachęcona pozytywnymi recenzjami, których autorzy zgodnie orzekali: film ten to zupełnie nowa jakość, wreszcie coś świeżego i nieschematycznego, a w przypadku tak skostniałego gatunku jakim są komedie romantyczne, to rzeczywiście nie lada wyczyn. Postanowiłam się przekonać, bo brzmiało to wszystko szalenie zachęcająco. Przekonałam się i potwierdzam. Absolutna rewelacja! Film mnie zachwycił.

Historia banalna, historia jakich wiele: chłopak poznaje dziewczynę. Wkrótce zostają parą. Problem w tym, że on jest niesłychanie zakochany, a ona - wcale. On traktuje ich związek zupełnie poważnie, snuje wspólne plany, ona wierzy tylko w luźne związki, nie chce czy nie potrafi się angażować. Czy coś dobrego wyniknie z takiego układu? Czy możliwa jest w związku dwojga ludzi miłość jednostronna? Film daje odpowiedzi (w moim przekonaniu: poprawne, a w Waszym?) na te i inne pytania (uwierzcie mi, mnóstwo pytań z załączonym odpowiedziami, możecie się zgadzać lub nie, lub stawiać inne - film ten naprawdę zmusza do myślenia), warto więc obejrzeć.

Warto nie tylko dla samej historii - zapewniam raz jeszcze: niegłupiej. Warto dla ścieżki dźwiękowej (balsam dla uszu, rewelacja i moje pokłony), wkomponowanej idealnie w obraz, warto dla cudownych zdjęć i niesamowitej reżyserskiej pomysłowości (chociażby wprowadzenie narratora i licznych animacji oraz szereg zadziwiających zabiegów technicznych, o których uczyłam się kiedyś na historii kina i teatru, a których nazw nie pomnę po tych kilku latach), warto wreszcie dla wspaniałych kreacji aktorskich (wszyscy się spisali, drugoplanowi aktorzy także) i przede wszystkim warto dla boskiego Josepha Gordona-Levitta, choć większość widzów zachwyca się jego ekranową partnerką (hmm, co kto woli, heh):







'500 dni miłości' to rzecz zdecydowanie warta obejrzenia - niezależnie od preferowanych gatunków filmowych. Zachęcam zatem po stokroć!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz