poniedziałek, 18 czerwca 2012

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, Stieg Larsson


Przede wszystkim kawa, całe hektolitry. Z papierowych kubeczków i w dzbanku, w kawiarni i w drewnianej chatce na odludziu, wypijana samotnie lub sączona w miłym towarzystwie. Kawa, jako bohater niemal pierwszoplanowy, i kawa, jako prawdopodobnie i niestety jedyna rzecz, którą zapamiętam z lektury. 
Bo poza tym jestem zwyczajnie rozczarowana. 
Więc tylko o to cały ten medialny szum? Nie żałuję zatem, że tak długo zwlekałam z lekturą, i nie, nie będę teraz gonić za drugą częścią trylogii "Millenium" - szczerze mówiąc, wątpię,  że w ogóle poń sięgnę.

Podoba mi się wydanie tej książki, jest pierwszorzędne, z dostatecznie dużym drukiem i mimo, że tomisko dość opasłe - to i tak poręczne. Podoba mi się postać Lisbeth Salander, choć nieco fantastyczna i odrealniona, i mocne, szokujące, dotkliwie brutalne opisy morderstw i dzikiego seksu. Jest też zagadka, mroczne tajemnice rodzinne i mozolne dochodzenie, zbieranie dowodów i badanie śladów. I to tyle plusów, choć może jeszcze jeden, ten największy: książka w pewnym momencie rzeczywiście zaczyna czytać się sama...

Poza tym: nic szczególnego, najzupełniej przeciętna lektura. Początek dłuży się niemiłosiernie, akcja nabiera tempa dopiero po dwusetnej stronie, a dopiero po trzysetnej następuje spotkanie pary głównych bohaterów: Mikaela Blomkvista, dziennikarza, i Lisbeth Salander, genialnej researcherki i hakerki : razem spróbują rozwiązać zagadkę zniknięcia 16-letniej Harriet Vanger, zniknięcia, które miało miejsce niemal 40 lat wcześniej.

Bardzo szybko, o wiele szybciej niż główni bohaterowie, wpadłam na właściwy trop i rozwiązałam połowę zagadki - może dlatego lektura 'Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet", nie dostarczyła mi aż takiej przyjemności, jakiej się spodziewałam, że dostarczy.

Podsumowując: bardzo średnia książka. Czytywałam o wiele lepsze kryminały i nie pojmuję, skąd tyle zachwytów nad "Mężczyznami..." . Przeczytać, rzecz jasna, można, ale absolutnie nie jest to typowe "must read".
A ja dodam, że z rozpędu i z czystej ciekawości, tuż po lekturze, usiadłam do "Dziewczyny z tatuażem" - filmu na podstawie "Mężczyzn...". Wrażenia bardzo podobne, i o nich następnym razem.


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Tak po prostu, samo z siebie, słońce toczy się po niebie *

Wszystko takie świeże, nowe i pierwsze, prawie jak w tej piosence o dmuchawcach. Aż strach pisać, by tej czystości nie pokalać. Nigdy nie wiedziałam i nie wiem do dziś, jak powinien wyglądać taki prawdziwy pierwszy post; wszelakie początki i wstępy zdecydowanie nie są moją mocną stroną.
Miejmy to za sobą.

Przenosiny z bloxa odbyły się tak jak zaplanowałam: bez rozgłosu, i z całym piśmiennym dobytkiem: na nowym i nieznanym są ze mną wszystkie dotychczas napisane posty i recenzje, wszystkie dotąd opublikowane zdjęcia, wszystko to, czego nie chciałam stracić.

Uprzedzam lojalnie, że substytut zeszytu od dzisiaj zmienia swój profil: z bloga stricte książkowego, na blog lajfstajlowy, z naciskiem na literaturę, rzecz jasna, na kino, rzecz jasna, i prasę, ale też wszystko inne, bo u mnie już wszystko inaczej. Dużo dużo zmian. 

 Nowe dziecko w drodze


  Nowa figura


Nowy regał


 Nowa lektura do poduszki 


I nowy, rzecz jasna, blog.
Niniejszym oficjalnie otwieram.
Przewiduję jeszcze kilka drobnych zmian graficzno-technicznych, jeszcze kilka starych-nowych linków, a poza tym, to już prawie, jak u siebie :)
Witam :)

* w tytule fragment piosenki Indios Bravos Wu-Wei , bardzo zacny i godny polecenia kawałek.

wtorek, 3 stycznia 2012

Gosposia prawie do wszystkiego, Monika Szwaja



Zdjęcie takie, a nie inne, bo niech mi się już zawsze kojarzy "Gosposia" z przyjemnością, z tym leniwym przedpołudniem na l4, gdy wyciągnięta rozkosznie na kanapie, na nowo odkryłam w sobie radość z czytania.

Pierwszych 90 stron męczyłam cały miesiąc, przeklinając się w duchu za nieszczęśliwy wybór lektury. Na regale tyle prawdopodobnie pysznych książek ("Dziwne losy Jane Eyre" ! - mój wieloletni wyrzut sumienia, który postaram się w tym roku, już na pewno), a ja wybrałam akurat tę, takie typowo babskie czytadło napisane miernym językiem z mało zajmującą fabułą.
Myślałam tak do pewnego grudniowego dnia, kiedy to chora z nudów na lekarskim zwolnieniu, przymusiłam się do przeczytania kolejnej strony. I popłynęłam, i już nic ni nikt nie mógł mnie od "Gosposi" odciągnąć, pókim nie skończyła.

Odszczekuję, że mierny język i że kiepska ogólnie - właśnie bardzo fajna, coś na miarę "Klubu Matek Swatek", które tak mi się niegdyś spodobały. Lekka i smaczna jak to ciacho ze zdjęcia (dzieło mojego zdolnego męża - ciacho, bo zdjęcie moje), którym zajadałam się podczas lektury.

Z treści tak naprawdę niewiele pamiętam, bo fabuła mało wiarygodna. Bohaterowie takoż. Więc na szybko, z głowy:

Maria, literaturoznawczyni znudzona życiem kury domowej i przerażona brutalnością męża, pakuje walizki, zabiera ze wspólnego małżeńskiego konta kilkadziesiąt tysięcy złotych (sic!) i wyjeżdża w nieznane (czytaj: do Szczecina). Zamiast powrócić na uniwersyteckie łono, podejmuje się nowego wyzwania: zostaje profesjonalną gosposią prawie do wszystkiego (bo usługi seksualne w grę nie wchodzą) za 1200 zł tygodniowo (sic!). Oczywiście poznaje wielu nowych ludzi, z którymi od razu się zaprzyjaźnia, nowe miasto przyjmuje ją z otwartymi szczecińskimi ramionami, gosposiowy biznes kręci się w najlepsze, a sama Maria zakochuje się i szczęśliwieje.

Niewiarygodne banały, ale podane lekko i suto okraszone rozkosznymi dla moli książkowych fragmentami, jak na przykład taki:


Książka o wydźwięku niezwykle optymistycznym, o zmianach, których nie należy się bać (to tak a'propos Nowego Roku), bo mogą to być zmiany na tzw. "lepsze", sprawnie i lekko napisana, w intelektualnym duchu (podobały mi się fragmenty z tłumaczonymi przez Marię tekstami rosyjskich ballad), niosąca z sobą radość, głównie z tej niewinnej czynności, jaką jest czytanie. Przyjemnie spędziłam czas z "Gosposią", czego i Wam życzę, jeśli już książka trafi w Wasze ręce.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Nowy Rok jest obietnicą

Nowy Rok jest zawsze jakąś słodką obietnicą, a jednak nadal nie potrafię przestać myśleć o minionym - najlepszym, najintensywniejszym, najbardziej ekscytującym w moim życiu. Niech ten Nowy będzie równie dobry.
Tym razem bez literackich podsumowań - w roku 2011 przeczytałam dwie książki wagi lekkiej (jedną w styczniu, drugą w grudniu), obejrzałam też kilkanaście filmów, przejrzałam parę kiepskich gazet. Nie ma czym się chwalić.
W 2011 roku głównie żyłam, jak jeszcze nigdy.
A jednak lubię początki. 
Nowy Rok jest zawsze jakąś słodką obietnicą, nadzieją, niewiadomą, białą kartą. 
W Nowym Roku będę więcej czytać i pisać i oglądać, i będę szczęśliwa i spokojna spokojem osoby spełnionej. Czego i Wam życzę. 
Więc niech się zacznie.