wtorek, 27 grudnia 2011

Poświątecznie i po prostu



Wigilia u teściów, pierwsze dwa dni świąt już u siebie, już sami. Synek w klockach lego , my przed telewizorem (W krzywym zwierciadle - Witaj Święty Mikołaju z 1989 roku bawi mnie nieodmiennie), albo w książkach (ja - "Zmierzch" Theorina, Mąż - "Bóg, kasa..." Hołowni i Prokopa). Spokojnie i cudnie. Kupne uszka w kupnym czerwonym barszczu, babcine pierogi z soczewicą i pyszny bigosik. Nasze pierwsze wspólne święta. Choinka. Obłędne kokosowe perfumy od Yves Rocher. Kominek.

 

Mam czytającego Męża, i to jest elektryzujące, gdy tak siedzimy obok siebie, każde pochłonięte swoją lekturą, a w kubkach gorąca czekolada, na talerzykach kopiec kreta i orzechowiec, za oknem mżawka.
Jestem szczęśliwa i sobie i wszystkim innym życzę tego szczęścia i spokoju, i czasu na książki. I miłości, najbardziej miłości.

Tymczasem już wtorek, ponure przedpołudnie, do pracy na drugą zmianę. I odliczanie do Sylwestra. I postanowienia noworoczne, o których wiem tylko, że będą. A już wkrótce pierwsze recenzje po ponad rocznej przerwie. Wróciła radość czytania.

czwartek, 3 listopada 2011

Rok później

Rok później spędzam samotne przedpołudnie w pokoju synka.



Piję herbatę z cytryną, sms-uję z mężem i przeglądam w sieci ulubione niegdyś strony. Próbuję czytać. Naprawdę. Czytam listopadowy numer Glamour (bo załączyli kalendarzyk z Audrey Hepburn na okładce) i Szwaję, po raz pierwszy w życiu.

Rok później zastanawiam się, co u Was. I czy ktoś tu jeszcze za mną tęskni, czy ktoś tu jeszcze zechce mnie poczytać.
Namnożyło się, jak widzę, blogów książkowo-filmowych, rozrosło się grono czytających internautów, i tak naprawdę ten mój, ten jeszcze jeden, niezbędny nie jest. No i co.
Brakuje mi czytania i pisania. Wszystko inne już mam. Dlatego wracam.

Po roku od porzucenia bloga zmieniłam stan cywilny, adres zameldowania i zamieszkania, dowód osobisty, pracę. Zmieniło się wszystko. Przeczytałam dwie (sic!) książki (i były to, a niech mnie, dwie pierwsze części sagi autorstwa Stephanie Meyer), obejrzałam parę filmów.

Chce mi się o tym mówić i pisać. Że jestem bezbrzeżnie szczęśliwa, o rok starsza i mądrzejsza, że najbardziej nieprawdopodobne marzenia faktycznie mogą się spełniać. Że przedpołudniami piorę, nastawiam radio we własnej (!) kuchni, przeglądam prasę i sieć, gotuję (!), wychodzę do pracy, wracam do ciepłych, pachnących słodyczami objęć synka, wieczory spędzam przy lampce wina z własnym, najukochańszym na świecie mężem, rozmawiając, oglądając filmy, a we wtorki to koniecznie amerykańską edycję x-factor na fox life.

Stęskniłam się za blogiem.