sobota, 26 czerwca 2010

Odłamek, Sebastian Fitzek




" - Czy coś pan zgubił?
Tak, rozum."  *

Szaleństwo. "Odłamek" to zdecydowanie najbardziej zakręcony thriller mojego ulubionego Fitzka. Co nie oznacza, że najlepszy. Przeciwnie chyba.

Z okładki (bo boję się, że sama napisałabym za dużo):
Marc Lucas doświadcza strasznego cierpienia: w wypadku samochodowym, który sam spowodował, ginie jego żona, a wraz z nią nienarodzone dziecko. Odłamek, który przy zderzeniu wwiercił mu się w tył głowy, sprawia nieustający ból – ale znacznie bardziej bolesna jest rana na duszy. 
Pewnego dnia Marc odkrywa w gazecie anons. Prywatna klinika psychiatryczna poszukuje do udziału w nowatorskim eksperymencie osób, które przeżyły straszliwą traumę. Budzi się w nim nadzieja, że uda się mu uwolnić od dręczącego wspomnienia. Kiedy po pierwszych testach w klinice wraca do domu, zaczyna się prawdziwy horror. Klucz nie pasuje do mieszkania, przy dzwonku istnieje obce nazwisko. Otwierają się drzwi i Marc staje twarzą w twarz ze zjawą. 

Oj namieszał znów Fitzek, namieszał: tym razem nie tylko nie przewidziałam zakończenia (przysłowiowa skrzynka piwa dla tego, komu się uda), ale i przez pierwsze 150 stron męczyło mnie przygnębiające poczucie, że zwyczajnie za Autorem nie nadążam. Wątki gmatwają się niesamowicie, bohaterowie (w tym jeden, którego pamiętam z "Kliniki") wyskakują z kolejnych stron jak króliki z kapelusza, a całość przypomina dziwaczny, nieprawdopodobny sen szalonego naukowca. Nic dziwnego zatem, że początkowo lektura "Odłamka" szła mi bardzo bardzo opornie: bez żalu odkładałam książkę i wracałam do swoich codziennych zajęć, do przyrządzania obiadu, na ten przykład. Czułam się straszliwie zawiedziona, oszukana nawet, aż tu nagle... Tak. W połowie książki akcja dosłownie rusza z kopyta i nie mogłam się odeń oderwać przez pół wczorajszej nocy. Sprawne pióro ma Fitzek (och, uwielbiam to nazwisko!), trzeba przyznać. Szkoda tylko, że tym razem zakończenie ciut rozczarowuje, Autor zdążył mnie przyzwyczaić do innych, bardziej racjonalnych rozwiązań... Ale przyjemność czytania: bez zmian. Wciąga.

Cóż jeszcze mogłabym napisać o "Odłamku"? Chyba tylko tyle, że nie polecałabym tej książki na początek znajomości z Fitzkiem: zbyt schizofreniczna i zupełnie nieprzewidywalna. O wiele lepsze i zdecydowanie subtelniejsze są: "Terapia" i "Śmierć...". Myślę też, że warto czytać thrillery Fitzka chronologicznie, bo Autor nieustannie nawiązuje w nowych powieściach do poprzednich, a w "Odłamku" mimochodem zapowiada kolejną swoją powieść (wyłapałam aluzję dzięki nieocenionej Annie - koniecznie przeczytajcie jej recenzję "Odłamka"). Mam tylko nadzieję, że Fitzek (najpopularniejszy autor thrillerów w Niemczech) nie pójdzie w ilość, ale w jakość, bo ja nadal chcę myśleć o jego uroczym nazwisku jak o pewnej marce. I mimo że "Odłamek" podobał mi się najmniej (ale podobał i tak, oczywiście), nadal gorąco namawiam do lektury jego książek. Warto. Cóż za emocje... :D

* Sebastian Fitzek, Odłamek, przeł. Barbara Tarnas, wyd. G+J KSIĄŻKI, Warszawa 2010, s. 185

czwartek, 24 czerwca 2010

Toksymia, Małgorzata Rejmer




Obrzydliwa to książka. Obrzydliwa w sposób zachwycający, fantastyczny. Niech mówią, że wtórna i durna (bo mówią, czytałam, że mówią, że piszą), ale mnie akurat zachwyca. 

"Wolę brzydotę, jest bliżej krwioobiegu" [1]
Małgorzata Rejmer, Autorka, obecnie lat 25, napisała tę powieść w przeciągu 7 tygodni; w tak zwanym międzyczasie (lub jakąś chwilę wcześniej) broniła pracy magisterskiej i zdawała na studia doktoranckie. Już choćby z tego powodu zasłużyła na moje uznanie. Podziwiam takich ludzi: zdeterminowanych, po brzegi wypełnionych pasją, mądrych. A Rejmer musi być właśnie taka, w każdym razie: na pewno bystra i uważna, inaczej nie stworzyłaby bohaterów przerysowanych, prawie karykaturalnych, a jednak, w sposób cudownie niezrozumiały: wiarygodnych psychologicznie.

Postaci w "Toksymii" to ludzie odpychający, zdziwaczali, uwikłani w trujące (w jednym przypadku wręcz dosłownie) relacje. A mimo to: potrafię myśleć o nich z czułością. Na przykład pan Longin Wąsik, polonista z wykształcenia i powołania, który za namową żony zostaje tramwajarzem. Albo starzejąca się dewotka Lucyna, tak bardzo osamotniona, że próbuje zaprzyjaźnić się z Jezusem, skoro z nikim innym nie potrafi. A już najbardziej zajęły mnie losy Anny, studentki dziennikarstwa i 80-letniego powstańca, który szybko stanie się jej prześladowcą (rozdział IV - polecam najbardziej; gęsia skórka i mdłości gwarantowane). Losy tych, oraz kilku innych bohaterów połączy bardzo zimne lato i pewien nieszczęśliwy wypadek - na tym zasadza się fabuła powieści, skonstruowanej tak, że pierwsze rozdziały stanowią zupełnie odrębne historie, miniaturowe portrety psychologiczne bohaterów, które w drugiej części "Toksymii" zaczynają się scalać, zazębiać.

Charakterystyczny dla "Toksymii" jest jej duszny, gęsty klimat rodem z poezji turpistów. Cielesność z jej najwstydliwszymi aspektami, smród, brud, rozpad, słowo śmierć odmieniane przez wszystkie przypadki. To dość brutalna proza, momentami budziła we mnie obrzydzenie, odpychała - co wrażliwsi mogą przez książkę zwyczajnie nie przebrnąć. Nie przebrną też Ci, którym daleko od zachwytu nad Masłowską, Chutnik, Drotkiewicz nawet - to do ich twórczości porównuje się najczęściej debiut Rejmer, czyniąc z tego (niezrozumiały dla mnie) zarzut: wtórność i pewną językową przypadłość, charakterystyczną dla ostatnich polskich debiutów: eksperymenty słowne i stylistyczne. Jednak zapewniam, że pisarstwo Rejmer nie jest przypadkowym zbiorem językowych figli, nie ma w tej książce nic ponad to, co niezbędne: sposób mówienia bohaterów jest dla mnie absolutnie strawny i wiarygodny, budzący uśmiech, a nawet szczery śmiech, choć oczywiście lekko podrasowany, tak jak same postaci.

Zachęcam do lektury, jestem pewna, że się spodoba lub nie ;) I na zakończenie, i na zachętę powtórzę za jednym z bohaterów "Toksymii": "Wydaje mi się, że warto by było się razem zapoznać"[2].

[1] Z Grochowiaka ( z pamięci)
[2] Małgorzata Rejmer, Toksymia, wyd. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2010, s. 91

wtorek, 22 czerwca 2010

Kaprysik, Mariusz Szczygieł




I kto by pomyślał, że dla takiej malutkiej, słodziutkiej, rozkosznie różowej książeczki zarwę niedzielną noc! W księgarni nie zaszczyciłabym jej nawet spojrzeniem: wydawnicze dziwactwo, formatem zbliżone do niewielkich terminarzy, okładka sugeruje zbiór pokrzepiających aforyzmów, a autor wciąż kojarzy mi się ze słynnym polsatowskim talk-show "Na każdy temat" (a skojarzenie to raczej niechlubne).
Dlatego: dziękuję Marpil , dziękuję Inblanco. Ich recenzje (przeczytajcie koniecznie!) zaintrygowały mnie tak bardzo, że nad zakupem nie musiałam się zastanawiać. I słusznie.
"Kaprysik" to perełka. Szkoda by było przegapić. (a przegapić nietrudno, bo format, jak już wspomniałam, kieszonkowy) .

Cudowne, wręcz niesłychane historie, ale prawdziwe, udokumentowane fantastycznymi zdjęciami:
oto (Reality) Janina Turek, oto jej spuścizna: ponad 700, ba, blisko 800 zeszytów, a w zeszytach listy: lista odbytych rozmów telefonicznych, zjedzonych posiłków, spotkanych ludzi, otrzymanych i ofiarowanych prezentów, przeczytanych książek, obejrzanych programów w telewizji.
Oto (Kaprysik) Anna z miasta Z., która od lat odwiedza w Szczecinie znajomego fotografa: pozuje do zdjęć w samodzielnie zaprojektowanych strojach, wybiera scenerię, od podstaw wymyśla całą sesję (a pomysły miewa przedziwne). Na co dzień jest zwyczajną matką i żoną.
Oto (Kartka) kartka z nazwiskami i adresami 21 kobiet, którą przez przypadek znajduje w kawiarni Mariusz Szczygieł, i która intryguje go na tyle, by przeprowadzić małe dochodzenie: kto, kiedy i po co stworzył taką listę.
Oto (Dowód) prawdziwy dowód miłości: historia rzeźby zdobiącej hol pewnego uniwersytetu - pomnik żony, który postawił rektor uczelni w imię miłości.
Oto (Rozstanie jest ostre jak miecz) rozmowa z wokalistką Tercetu Egzotycznego: trochę historii zespołu, trochę o powolnym gojeniu się ran po stracie najbliższych.
Oto (Serial na dwa długopisy) Teńcia i Heńcia, dwie przyjaciółki, które od 50 lat prowadzą żywą, regularną korespondencję.

Kobiety i ich małe kaprysy? Możliwe. Jednak wczytując się uważniej w historie opowiadane przez Mariusza Szczygła dostrzeżemy znacznie więcej, mnóstwo uczuć i emocji: poczucie wyobcowania, samotności, chęć podkreślenia własnej indywidualności, potrzeba przyjaźni i akceptacji w oczach innych, ale przede wszystkim: własnych. Te historie, jak sądzę, dotyczą każdej z nas: każda kobieta (ba: człowiek wreszcie) ma własną. Każdy ma w sobie coś, co wyróżnia go na tle innych, każdy skrywa w sobie jakiś sekret, każdy ma jakiś kaprysik. I każda ze skrywanych w nas opowieści jest z pewnością godna opisania. To miłe, że Mariusz Szczygieł zdecydował się przybliżyć niektóre z nich. Miłe i ważne.

Książeczka zdecydowanie do połknięcia w jedno popołudnie / noc. Jednak przemyślenia i emocje pozostają na dłużej. Dlatego warto.

czwartek, 17 czerwca 2010

Stosik




1. Kaprysik, Mariusz Szczygieł - bo Marpil, bo Inblanco... Musiałam.
2. Klinika, Sebastian Fitzek - przeczytana (pochłonięta raczej) izrecenzowana. Ale nie pokazywałam ;)
3. Odłamek, Sebastian Fitzek - mrr... Się doczekać nie mogę.
4. Gosposia prawie do wszystkiego, Monika Szwaja - z antykwariatu, za grosze. Nie znam tej autorki, ale na wakacje będzie, jak sądzę, w sam raz.
5. Książki i ludzie. Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej - biały kruk, rzecz ceniona i chwalona, zdobyty na Allegro w ciepłą czerwcową noc za całe 15 zł ! Radość i duma - bezcenne.

środa, 16 czerwca 2010

Zdążyć przed zmrokiem, Tana French




Fantastyczna! Soczysta, barwna, świetnie napisana! Czyta się toto jak gotowy scenariusz filmowy (hmm, chyba nie bez znaczenia jest fakt, że autorka, Tana French, jest najprawdziwszą aktorką). Czyta się, oj, czyta. Rzecz pochłonęła mnie bez reszty już od pierwszych ślicznych-fantastycznych zdań:

"Wyobraźcie sobie lato prosto z planu filmowego o dojrzewających nastolatkach w małym miasteczku z lat pięćdziesiątych (...), to lato pełną gębą, ekstrawaganckie w gorącym, czystym, jedwabistym błękicie. Eksploduje na języku i smakuje przeżutymi źdźbłami trawy, potem, herbatnikami z masłem, które przecieka przez dziurki, i czerwoną oranżadą ze wstrząśniętej butelki, konsumowanymi w domku na drzewie. Smaga twarz wiatrem podczas jazdy rowerem, jest biedronką maszerującą po ramieniu, z każdym oddechem pakuje do ust zapach skoszonej trawy, wydyma bieliznę wiszącą na sznurach, dzwoni i tryska nawoływaniem ptaków, bzyczeniem pszczół, szelestem liści, dźwiękami uderzeń piłki i monotonnym recytowaniem podczas skakania przez skakankę: Raz! Dwa! Trzy! To lato nigdy się nie skończy. Każdego dnia zaczyna się od melodyjki samochodu z lodami i pukania najlepszego przyjaciela do drzwi, kończy się długo i powoli zapadającym zmierzchem i sylwetką matki, wołającej do domu, gdy nietoperze przenikliwie piszczą wśród czarnych koron drzew. To lato wystrojone i w pełnej krasie". *

Cudne, prawdaż? A uwierzcie mi: dalej jest tylko lepiej. "Zdążyć przed zmrokiem" do pewnego stopnia przypomina mi klimat "Eve Green" Susan Fletcher, która tak bardzo oczarowała mnie w zeszłym roku (zobacz). Pierwszoosobowa narracja, wątek kryminalny, częste retrospekcje, wspomnienia z dzieciństwa głównych bohaterów, czuły język i fantastyczny warsztat pisarski. Och, musicie sprawdzić to sami. Świetna lektura!

Narratorem w "Zdążyć przed zmrokiem" jest detektyw wydziału zabójstw, Rob Ryan. Wraz ze swoją partnerką, Cassie Maddox, prowadzi dochodzenie w sprawie tajemniczego zabójstwa dwunastoletniej Katy Devlin. To trudna i niezwykle ważna sprawa, zwłaszcza dla detektywa Ryana, któremu miejsce i okoliczności morderstwa przypominają o innym wydarzeniu, wydarzeniu sprzed lat dwudziestu, którego był uczestnikiem i jedynym świadkiem. Jako dwunastolatek Adam Ryan (tak, najpierw Adam - po latach zmienił imię na Rob) wraz z dwójką przyjaciół zaginął w lesie przylegającym do miasteczka Knocknaree. Tylko jego udało się odnaleźć (po przyjaciołach słuch zaginął; żadnych śladów, tropów, zwłok - nic, sprawa nigdy nie została rozwiązana) - był wówczas w stanie ekstremalnego szoku, a na nogach miał zaplamione cudzą krwią tenisówki. Tragiczne doświadczenie zresetowało mu pamięć. Teraz, podczas badania sprawy Katy Devlin, detektyw próbuje wrócić do zapomnianych wydarzeń i, być może, rozwiązać starą sprawę. Zwłaszcza, że stara dziwnie przypomina aktualną....

Powieść jest niczym innym jak rekonstrukcją przebiegu śledztwa (to z kolei nasuwa mi myśl o Mankellu): żmudne przepytywanie świadków, trudność związana z wytypowaniem podejrzanego, jeżdżenie z miejsca na miejsce, sekcja zwłok, wielogodzinne badanie dowodów i sporządzanie raportów... A w międzyczasie: rozterki duchowe detektywa Ryana, jego powolne zapadanie się w sobie, pogrążanie w pracy i alkoholu, gdy przeszłość, ta, od której uciekał, znów upomina się o jego uwagę.

Po raz pierwszy przeczytałam o tej książce u dededan. Jej recenzja tak mocno mną zawładnęła (ach, wodząca na pokuszenie moc blogów książkowych!), że tydzień później kupiłam swój egzemplarz (31 lipca 2009 - wiem, bo w książce znalazłam stary paragon, który służył mi teraz jako zakładka). Długo czekała na swoją kolej Tana French, za długo. Cieszę się, że nareszcie przeczytałam. Bawiłam się przednio. Emocjonujący kryminał z podbudową psychologiczną. Sięgnijcie. I niech Was nie zraża drobny maczek na 492 śnieżnobiałych stronach - ta niedogodność przestaje przeszkadzać po pierwszym zdaniu.

A kolejna powieść Tany French "Lustrzane odbicie" to ponoć jeszcze w tym roku, a główną bohaterką będzie partnerka detektywa Ryana - detektyw Cassie. Nie mogę się doczekać.

* Tana French, Zdążyć przed zmrokiem, przeł. Joanna Warchoł, wyd. Albatros, Warszawa 2009, s. 11

wtorek, 15 czerwca 2010

Ondine, reż. Neil Jordan (2009)




Okej, okej. Nie patrzcie tak.
Przyznaję: obejrzałam z czystej ciekawości.
Historia rybaka, który pewnego dnia wyławia z morza przecudnej urody dziewczynę i z miejsca się w niej zadurza, zdecydowanie nie należy do moich ulubionych filmowych motywów.
Takiego filmu nie obejrzałabym za nic w świecie, ale okoliczności łagodzące (w rolę "złotej rybki" tudzież "syrenki" wcieliła się polska aktorka) i zwykła babska ciekawość (o romansie Alicji z Colinem huczało w mediach wszelakich, i choćbym nie wiem jak chciała nic nie wiedzieć - wiedziałam) zwyciężyły nad początkową niechęcią. Obejrzałam. I co? I, szczerze mówiąc, nic. Niczego się po tym filmie nie spodziewałam, więc nie zdołał mnie rozczarować ani tym bardziej zachwycić. Podobał się raczej średnio (5/10), ale nie żałuję poświęconego nań czasu.


Sama opowieść jest nieszczególnie zajmująca, podobnież jak główni bohaterowie. Kreacje aktorskie, na moje oko, pozostawiają wiele do życzenia. Zadaniem Alicji jest pięknie wyglądać i odpowiadać pytaniem na pytanie, jak przystało wiecznie zdziwionym istotom z innego świata. Colin Farrell gra introwertycznego rybaka z problemem alkoholowym (typowe) i chorą córeczką, dlatego głównie milczy. Największa rola przypadła małej Alison Barry (Annie, kilkuletnia córka rybaka), która dodała "Ondine" pewnej lekkości. Film sam w sobie jest bowiem dość nudny i niezmiernie statyczny.

Pozytywnie zaskoczyło mnie zakończenie. "Ondine" zdawało się schematyczne i do bólu przewidywalne, ale takiego rozwiązania fabuły zupełnie się nie spodziewałam. Dużym, jeśli nie największym atutem filmu są zdecydowanie: a) zdjęcia, jak to powyższe (mnóstwo mokrej wody, irlandzkie zamglone krajobrazy, b) muzyka (pięknie wkomponowana w piękne zdjęcia). I to wszystko w zasadzie.
Film zdecydowanie nie powala na kolana, obejrzeć można, zachwycić się jednak nie da. Można pominąć.

niedziela, 13 czerwca 2010

Mikołajek, reż. Laurent Tirard (2009)




"Mikołajka" obejrzałam wieki temu (zdaje się, że późną jesienią lub wczesną zimą zeszłego roku), ale wciąż wspominam z uśmiechem i nadal pamiętam kilka wyjątkowo zabawnych scen (Ananiasz u lekarza :D ).
 Sympatyczne, ciepłe kino familijne, czyli: udało się niemożliwe.
 Co prawda z literackim pierwowzorem "Mikołajka" miałam styczność jedynie w pierwszych latach szkoły podstawowej (nowych przygód nie znam), ale i tak nie potrafiłam sobie wyobrazić ekranizacji (chłopaki z książeczek made by Sempe & Goscinny zdawali się dotąd tacy, hmm, "nieprzekładalni"?) . Tymczasem: ekranizacja okazała się zdumiewająco przyzwoita, a młodzi aktorzy z zaangażowaniem wcielili się w charakterystyczne role (moim ulubieńcem stał się Kleofas, czyli Victor Carles - absolutnie uroczy jako nieuk i rozrabiaka, fantastyczna postać i świetnie rokujący młody aktor; Mikołajek (Maxime Godart) okazał się chyba najbardziej mdły i zbyt, jak dla mnie, ugrzeczniony)


(Kleofas to ten w środku, z teczką pod pachą)

Poza godnymi pochwały kreacjami aktorskimi (na marginesie: dubbing też wypadł przekonująco) wielkim atutem filmu jest scenografia i fantastyczne oddanie realiów lat 50-tych, sympatyczne retro klimaty (kolory, mnóstwo kolorowych zdjęć, szkolne teczki i wyprasowane mundurki). Widz przenosi się w czasie, co ważne: również ten najmłodszy widz (a takich w kinie nie brakowało, oczywiście). Okazuje się bowiem, że szkoła może być fajna, czas spędzany z przyjaciółmi: inspirujący i budujący, a brak komputera to nie koniec świata.



Motorem napędzającym akcję w "Mikołajku" jest irracjonalny, lecz właściwy dzieciom strach tytułowego bohatera : chłopiec jest przeświadczony, że jego mama niedługo urodzi mu braciszka, a samego Mikołajka przestanie kochać i wreszcie: porzuci w lesie. Chłopiec podejmuje desperackie próby przypodobania się rodzicom, a z kolegami z klasy obmyśla plany na pozbycie się młodszego rodzeństwa, co implikuje mnóstwo zabawnych sytuacji i prześmiesznych scen. Sala kinowa drżała: śmiały się dzieci, a jeszcze głośniej ich rodzice. Zwłaszcza, że dorosłym bliskie były sceny z życia rodziców Mikołajka: ciągłe kłótnie i frustracje, marzenie o awansie zawodowym i chęć przypodobania się szefowi (ojciec Mikołajka: raz, że świetny aktor, dwa: prawdziwy desperat).

To dobra ekranizacja, więc jestem przekonana, że zachęci do lektury tych, którzy dotąd nie znali książkowej wersji 'Mikołajka". Naturalnie: nie jest lepsza od książki, ale rozbudza ciekawość: po seansie chce się więcej i więcej Mikołajkowych przygód. A więcej jest przecież w książkach.
Polecam: przyjemna rozrywka i mile spędzony czas.

wtorek, 1 czerwca 2010

Bękart ze Stambułu, Elif Safak




Ups. Się rozczarowałam. W skali szkolnej: 4,5 / 6.
Nie zwykłam oceniać książek w swych recenzjach, ale w przypadku mojego subiektywnego odbioru "Bękarta" odniesienia szkolne są wybitnie kluczowe. Dlaczego? Otóż...

Jako uczennica klasy maturalnej (czyli dawno, dawno temu) otrzymałam szóstkę za jedno ze swoich wypracowań. Polonistka, raczej surowa i nieskora do stawiania wysokich ocen, nie mogła się nazachwycać. Skserowała i rozdała moją pracę całemu rocznikowi jako przykład wypracowania niesłychanie przemyślanego, sprawnie i z polotem napisanego, i oczywiście związanego ściśle z tematem. A temat wiązał się (o ile dobrze pamiętam, bo dzisiaj nie mam siły odkurzać pudła z pozostałościami z czasów szkolnych, m.in. ze sprawdzianami z matematyki, ocenianymi najwyżej na dopuszczający...) z poczuciem człowieczeństwa i literaturą obozową, łagrową. Ponieważ praca ta była zadaniem domowym, miałam czas, by na spokojnie ją zaplanować. Wymyśliłam więc, że zamiast wstępu jako takiego przytoczę encyklopedyczną definicję człowieka (no, wiecie, zaczynało się to mniej więcej tak: Kim, czym jest człowiek? I potem notka z encyklopedii: człowiek: istota rozumna, etc.), a w rozwinięciu kolejne akapity rozpoczynały się od krótkich haseł (głowa, oczy, usta, uszy, ręce, nogi itp.), które po primo stanowiły o fizycznym aspekcie człowieczeństwa, po secundo: służyły za punkt wyjścia do rozważań o kolejnych pozycjach literatury obozowej. Czyli pisałam np. (improwizuję teraz): oczy. I dalej: oczy, które widziały mord (i odniesienia do odpowiednich lektur), ręce, które zabijały (i kolejny kontekst literacki). Generalnie: to była zasłużona szóstka, bez dwóch zdań, ale nie cierpię tego wypracowania: obrzydło mi, gdy zostało wyniesione pod szkolne niebiosa. Poza tym, po pewnym czasie, czułam, że mogłam lepiej. A konstrukcja wypracowania, którą można by było uznać za oryginalną, dzisiaj wydaje mi się dość banalna i oczywista.
Ale, ale. Do czego zmierzam?
Otóż: "Bękart ze Stambułu" prawie od razu skojarzył mi się z tamtym pamiętnym wypracowaniem. To powieść tak samo (choć bezsprzecznie lepiej napisana i nie mam się co porównywać, nawet nie próbuję) spójna i drobiazgowo dopracowana, w każdym szczególe. Aż, mówiąc szczerze, do przesady. Tytuły rozdziałów stanowią składniki potrawy bardzo istotnej w finale powieści. I jak można się spodziewać: jeśli tytuł rozdziału to pszenica, to oczywiście w samym tekście, w środku rozdziału znajdziemy odniesienie do tytułowej pszenicy (np. bohaterka ma ziarna pszenicy w kieszeni płaszcza - ponoć przynoszą szczęście). W każdym razie: konstrukcja "Bękarta" jest, w moim odczuciu, dopieszczona do granic możliwości. To może kogoś zachwycić, i ja to rozumiem (patrz: moja polonistka, moje wypracowanie). Ja natomiast czułam się znużona i prawie zażenowana, bo ta przesadna dbałość o szczegóły w którymś momencie wydała mi się zbyt infantylna. Sposób pisania Safak również ma w sobie coś szczenięcego: proste, łatwe w odbiorze zdania, nic, po czym w przyszłości mogłabym tę Autorkę rozpoznać, a jednocześnie nic, do czego mogłabym się przyczepić. Safak pisze dobrze, po prostu dobrze.

No i nie przeczę też, że "Bękarta ze Stambułu" czytało się miło, książka momentami prawdziwie zabawna, prawdziwie intrygująca, prawdziwie też smutna, kilka fajnych, wpadających w oko zdań czy uwag, ale, szczerze: czy ja coś pamiętam z lektury? Głównego wątku fabularnego: nie, bo zwyczajnie mnie wynudził: och, jakaś tam saga rodzinna, kilka zwariowanych ciotek, dwa dżinny (uwielbiam realizm magiczny i wszelkie cuda na kiju w powieściach, zaznaczam jednak: dwa dżinny to jeszcze nie Marquez, a w tym konkretnym przypadku to tylko następna klamra spinająca dwa główne wątki powieści, kolejny chwyt konstrukcyjny) - nic, co zostałoby w głowie na dłużej i nad czym można by się rozpłynąć. Zakończenie przewidywalne i w połowie powieści już wiedziałam co, jak, i do czego to zmierza.

Natomiast jest jedna rzecz w tej powieści, która faktycznie jakoś mnie poruszyła, i z której Safak musiała rozliczać się w sądzie. Lekcja historii. Ponury, mroczny okres w relacjach turecko-ormiańskich. Masakra Ormian dokonana przez Turków, której ci pierwsi nie mogą przeboleć, a drudzy nie chcą się przyznać, że w ogóle miała miejsce. Nieodparcie przychodził mi na myśl nasz Katyń i nasze relacje polsko-rosyjskie (nota bene, czytałam tę książką w czasie żałoby narodowej). Rozdziały jedenasty i dwunasty (z naciskiem na dwunasty) uważam za absolutnie genialne. Dlatego nie żałuję, że "Bękarta" przeczytałam.

Co do bohaterów - nie zżyłam się z żadnym, żadnego nie żałowałam. Wszystkich przyćmił bohater drugoplanowy: Stambuł. Pięknie pisze Elif Safak o Stambule, pięknie, z miłością. Aż zapragnęłam pojechać, zobaczyć, poczuć, posmakować.

Hmm, tak teraz myślę, że jednak więcej w "Bękarcie" plusów niż minusów i bez wątpienia książkę polecam. Rozczarowanie tłumaczę wysokimi oczekiwaniami - naczytałam się tylu dobrych recenzji "Pchlego pałacu" (mam na półce, czeka na swoją kolej i moje zmiłowanie), że pomyślałam, iż "Bękart" też musi zachwycać. I zachwyca widzę, bo zbiera równie dobre recenzje. Ja jednak czuję niedosyt: nie tego się spodziewałam. Zbyt banalnie, zbyt przeciętnie jak dla mnie, niestety.