środa, 31 marca 2010

Wyspa tajemnic, reż. Martin Scorcese (2010)




"Wyspę tajemnic" obejrzałam wczoraj i do teraz noszę ten obraz pod powiekami: jestem pod absolutnie ogromnym wrażeniem! Porażający film. Ba, nawet nie film - toż to szaleństwo w czystej postaci, obłęd emanujący z ekranu, ze wstrząsających scen, obłęd, który udziela się widzowi, obłęd, który przeraża i fascynuje. Nie mogę przestać myśleć o "Wyspie tajemnic", cały dzień dziś myślałam, a w pracy, pełna entuzjazmu, naopowiadać się nie mogłam, że wspaniały, i niebanalny, i że warto. Warto, warto, drodzy moi. Przeraził mnie ten film.


Chcecie historii? Oto historia.
Pewnego dnia pewna kobieta potopiła w jeziorze trójkę swoich dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Kiedy zaalarmowana policja dotarła na miejsce - kobieta siedziała przy stole w towarzystwie małych topielców i spokojnie spożywała obiad, przygotowany dla całej rodziny. Zachowywała się zupełnie normalnie: jakby nic się nie stało. Uznano ją za osobę szaloną i szczególnie niebezpieczną i odesłano do zakładu dla obłąkanych przestępców, usytuowanego na pięknej wyspie Zatoki Bostońskiej, do której dotrzeć można jedynie promem. Będąc już pacjentką tego szczególnego szpitala psychiatrycznego, kobieta nagle znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Okno zakratowane, drzwi zamknięte i zabezpieczone, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, a kobiety nie ma. W celu zbadania sprawy na wyspę przybywa dwóch federalnych szeryfów: Teddy (Leo DiCaprio, ciut przygrubawy jak dla mnie, ale nadal słodki, a w swej roli, co najważniejsze, przekonujący) i Chuck (Mark Ruffalo). Naturalnie rzecz ma się tak, że gdy panowie przypływają na wyspę, zrywa się huragan i sztorm, co oczywiście uniemożliwia drogę powrotną. I oto panowie zostają uwięzieni na wyspie pełnej wariatów i stromych klifów, z podejrzanie nieufnym personelem szpitala i zagadką zniknięcia niebezpiecznej pacjentki do rozwiązania.
Więcej nie zdradzę. Choć chciałabym, oj, jak bym chciała!!!


"Wyspa tajemnic" jest niezwykle mroczną opowieścią, której atmosfery narastającej grozy przydają z pewnością dość przygnębiająca muzyka klasyczna i czas akcji - lata 50-te XX wieku. Tym, co przeraziło mnie najbardziej, jest trudny do udźwignięcia realizm i spore prawdopodobieństwo, że tak mogło być. Albo że: może być. Mnie naprawdę trudno przestraszyć, naoglądałam się w życiu dziesiątek thrillerów i filmów grozy, ale to, co zrobił ze mną Scorcese jest niemożliwe do opisania: bałam się tego filmu, bałam się tego, co mogę odkryć na "Wyspie tajemnic". Ten obraz wwierca się w mózg, to doskonałe studium szaleństwa i pogłębiającej się paranoi, świetnie zrealizowane, świetnie zagrane (och, chociaż w filmie dominują aktorzy płci męskiej, to największe wrażenie zrobiły na mnie panie: Michelle Williams (i kto by pomyślał; to ta niepozorna blondyneczka z "Jeziora marzeń") oraz Emily Mortimer ).

Największym, myślę, atutem "Wyspy tajemnic" jest chyba zakończenie: otwarte i niepewne, obecnie szeroko dyskutowane na filmowych forach. Ja sama nie wiem, co myśleć, a myśleć nie przestaję. Niektóre sceny i zdania zapadły się we mnie, głęboko. Bardzo, bardzo dobry film. Kino rozrywkowe co prawda, ale jakże niegłupie, z gatunku tych, jakie kocham najbardziej.Koniecznie!!!

Ach, zapomniałabym dodać, że scenariusz oparty został na książce Dennisa Lehane'a pod tym samym tytułem. Nie powiem, że nie czuję się zachęcona. Powiem: czuję się. Bardzo chętnie sięgnę i po książkę.

wtorek, 30 marca 2010

Agora, reż. Alejandro Amenábar (2009)


Wspaniały. Wspaniały. Nie przegapcie!
Ten film to nie tylko efektowne widowisko: to przede wszystkim cudownie podany kawał historii (mnie dotąd prawie nieznanej), która porusza, skłania do głębszej refleksji (a jest o czym myśleć, zapewniam: zwłaszcza, że główna bohaterka "Agory", Hypatia, para się filozofią) i nie daje o sobie zapomnieć. Po stokroć warto!
I, ach, tak: płakałam. Jak zwykle płakałam. Jestem poruszona.

Nie da się ukryć (z resztą: po co?): wciąż pozostaję pod ogromnym wrażeniem "Agory" - to jeden z takich obrazów, które zapamiętam najdłużej, do których będę wracać myślami, i które obejrzę jeszcze wielokrotnie.
Pisali już o tym filmie (między innymi oczywiście): milczący krytykmaryanhellisnoopy, i coś mi się wydaje, że nie potrafię dodać niczego nowego w sposób równie ciekawy. Mogę się tylko podpisać pod ich świetnymi recenzjami.

Bo tak, "Agora" jest filmem wszechogarniającym, który przeżywa się wszystkimi zmysłami.
Cudowne, wieloznaczne zdjęcia, od których nie można oderwać oczu (ten spokój kosmosu, ta leniwa i cicha kula ziemska kontrastująca z gwałtownymi przemianami w starożytnej Aleksandrii), muzyka, którą można by uznać za zbyt patetyczną, a która w sposób genialny została wkomponowana w obraz i porusza prawie tak, jak to, co widzialne.
Doskonała gra aktorska: przepiękna i, chciałoby się powiedzieć, przemądra Rachel Weisz jako filozof Hypatia, przkonujący w swych rolach Oscar Isaac jako Orestus i Max Minghella jako Davus, och, i uroczo uśmiechnięty Rupert Evans jako Synesius.
Wszyscy oni zagrali w taki sposób, że ludzie starożytni wydają się być ludźmi współczesnymi, a przez to zadziwiająco bliskimi widzom: przeżywają podobne rozterki (choć naturalnie innej wagi), podobnie reagują na nowe, nieprzewidziane sytuacje (czyli: w sposób, rzecz jasna, nieprzewidziany). Są tak bardzo ludzcy i naturalni w swych antycznych strojach, że widz zapomina nagle, że oto ogląda film historyczny. Mało tego - "Agorę" chyba właśnie tak należy odbierać: wszystko się powtarza na świecie, wciąż walka o władzę, o dominację w państwie i w Kościele, wciąż odwieczne religijne spory, wyjaśnianie tajemnicy Stworzenia, boje o rzędy dusz, dążenie do zbadania praw rządzących światem.  Tak było przed wiekami (a było..brutalnie; wiele drastycznych, wstrząsających scen!), tak jest do dziś (czy mniej brutalnie? nie jestem pewna...).

W "Agorze" nieustannie mówi się o okręgu (Hypatia dąży do odkrycia praw rządzących ruchem Ziemi), a w moim odczuciu cały ten obraz można odczytać jako okrąg: bo historia zatacza koło. Reżyser (m.in. "Innych" z Nicole Kidman) oddał tę rzecz niebanalnie i z wyczuciem. Naturalnie, sugeruje się nam, że motywy i racje Hypatii, nawet kwestie przez nią wypowiadane są tymi, z których należałoby brać przykład, ale odpowiedzi jednoznacznej już nie ma, morału (oprócz najważniejszego: historia zatacza koło, ludzie się biją, umierają za idee, na świat przychodzą następni, a Ziemia spokojnie trwa nadal). I nie zgadzam się z tym, że jest to film antychrześcijański. Myślę, że traktuje cały temat sprawiedliwie dla każdej ze stron, nie broni pogan, nie oskarża chrześcijan: ot, przedstawia kilka faktów i - co najważniejsze - rezultaty fanatyzmu, a wnioski należą już do widzów. 

Jestem przekonana, że film ten nie pozostawia obojętnym. I choćby człowiek nie wiem jak chciał nie myśleć potem o zagadnieniach związanych z wiarą i nauką: myśli.
Polecam. Po tak intensywnym seansie (wyczerpującym emocjonalnie i stale pobudzającym umysł do pracy) czuję się dużo bogatsza. I o wiele więcej wiem (dacie wiarę, że oto nagle zainteresował mnie Ptolemeusz?? Naprawdę, nauka wykładana przez Hypatię, a raczej sposób, w jaki przekazuje ona wiedzę swoim uczniom wydaje się o wiele bardziej zajmująca niż ta, którą pamiętam chociażby z zajęć z filozofii na studiach czy lekcji historii w ogólniaku).

piątek, 19 marca 2010

Póki rekin śpi, Milena Agus




" - Trzeba zacisnąć zęby (...) - Przyzwyczaić się do przełykania gówna, bo, tak jak w obozach koncentracyjnych, tylko ci najtwardsi mają szansę przeżyć ". [1]

Uwielbiam takie książki!
Uwielbiam takie książki, co dla niektórych może zakrawać na swego rodzaju perwersję, zwłaszcza dla tych, którzy odżegnują się od książek dusznych, bolesnych i przygnębiających, tłumacząc, że świat sam w sobie jest wystarczająco brudny i podły, a oni w literaturze szukają raczej wytchnienia, i wcale nie potrzebują czytać o cudzych nieszczęściach, zwłaszcza, że mają pod dostatkiem własnych, a jeśli nie własnych, to tych z pierwszych stron gazet lub z wieczornych wydań telewizyjnych wiadomości.
A ja tymczasem lubuję się w książkach ponurych i gęstych: w książkach niepozornych, gdzie maksimum treści przekazują lakoniczne zdania, wystrzelone mimowolnie w czytelnika, takie zdania-pociski, które paraliżują nagle myśli i każą zgłębić temat i wyciągać własne wnioski z cudzych błędów. Dużo się uczę na książkach smutnych i mrocznych, otwierają mi oczy. Niosą mi też szczególną pociechę: tę słodko-gorzką świadomość, że oto inni mają gorzej, że znosić muszą dużo więcej złego, i że powinnam się cieszyć tym, co mam i doceniać to, co mam.
Dlatego jestem zdania, że właśnie takich książek trzeba przeczytać jak najwięcej, trzeba "przełykać to gówno", a nie przed nim uciekać. Woń najpiękniejszych perfum i tak nie zabije źródła smrodu, trzeba najpierw ubrudzić sobie ręce aż po same łokcie, a potem porządnie je umyć. Książki łagodne i szczęśliwe zakończenia, choć też jak najbardziej, uważam, potrzebne, i tak nie zmienią tego, co jest: ot, na chwilę uwolnią nas od okrucieństw realnego świata. Na chwilę.

"Przychodzi mi do głowy, że może w życiu istnieją inne możliwości, niż topić się w gównie, albo topić w nim innych, albo umrzeć (...). I chcę pobiec do ciotki i do brata, i powiedzieć im, że istnieje ten inny sposób". [2]

"Póki rekin śpi" uważam za książkę genialną, za swoje cudowne odkrycie (choć rzecz przybliżyła mi, co trzeba w tym miejscu zaznaczyć, świetna recenzja Nety), zbliżone do zeszłorocznego spotkania z Eliną Hirvonen. Obie książki są brudne i gorzkie, krótkie i treściwe, w obu podkreśliłam dziesiątki błyskotliwych uwag i ślicznie ulepionych zdań. Zazdraszczam Autorkom takiej umiejętności: zgrabnego łączenia słów, której efektem są kryształowe zdania, zdania - perełki, zdania - gotowe aforyzmy, które najchętniej wypisałbym sobie na ścianie, a jeśli już nie - to w sekretnym kajeciku i tutaj, na bloxie. Ech, co tu dużo mówić: tak napisane książki połykam jak rekin. Zachwycają mnie.

" - Jakie życie jest podłe! - On odrzekł, że nie jest ani wstrętne, ani piękne. Po prostu jest czymś, co musimy robić. - Więc róbmy!" [3]

W książce Mileny Agus narratorką jest 18-latka, która snuje opowieść o swej dość dziwacznej rodzinie (ale która rodzina nie jest dziwaczna?):
"W naszym domu każdy ma obsesję na jakimś punkcie: dla mamy to uroda, dla taty Ameryka Południowa, dla mojego brata doskonałość, a dla ciotki narzeczony.
Ja wymyślam opowieści, bo kiedy tutejszy świat mi się nie podoba, przenoszę się do mojego i bardzo mi tam dobrze". [4]
Ten fragment, takie ujęcie rodziny Sevilla Mendoza, brzmi dość nieszkodliwie, prawda? Wkrótce jednak dowiadujemy się więcej: matka jest zahukana i wszystkiego się boi ( "wydawała się wieszakiem na własne ubranie, tak bardzo nie chciała w tej chwili istnieć jako osoba " [5]), ojciec miewa kochanki, zaniedbuje rodzinę; brat nie potrafi walczyć z silniejszymi kolegami, więc obsesyjnie ćwiczy grę na fortepianie i stara się, jak matka, zajmować sobą jak najmniej miejsca na świecie, ciotka nie potrafi związać się z kimś na stałe, więc zmienia kochanków jak rękawiczki, a główna bohaterka trwa biernie w toksycznym związku z żonatym mężczyzną, gustującym w perwersyjnym seksie (bardzo perwersyjnym!!). Wszyscy są nieszczęśliwi, każdego coś tutaj uwiera i boli, żaden bohater nie może wyrwać się z tej tytułowej paszczy rekina, jaką jest smutne, przynoszące nieustanne rozczarowanie, życie.

Och, to rzeczywiście przygnębiająca książka, kilka razy odwracałam odeń wzrok, nie mogąc wytrzymać naporu wszechogarniającego, sugestywnie opisanego bólu, dwa razy oczy zaszły mi łzami, ale, cholera, warto! Koniecznie przeczytajcie!

Tymczasem ja zastanawiam się, co jest największą siłą tej niedługiej powieści. I chyba już wiem. Najbardziej boli czytelnika sposób opowiadania o wszelkich okropnościach trapiących rodzinę Sevilla Mendoza. Narratorka ma 18 lat, i wciąż można ją uznać za niedojrzałą i naiwną. Pisze lekko, prawie: lekkomyślnie, a ponura historia jej rodziny wydaje się jej zupełnie naturalna: godzi się na swój smutny los. I to jest najbardziej przygnębiające.

" - Nie chciałabyś przeżyć pięknej miłości?
- Pewnie. Ale to niemożliwe. Nikomu w mojej rodzinie się to nie udało.
- Mogłabyś jej poszukać. A nawet więcej, żądać jej. Dość już okruchów i tortur. Żądaj pięknej miłości ". [6]

Dużo tu rozważań o naturze miłości, o Bogu. Czy jest, czy istnieje, jak się objawia: miłość i Bóg. Mowa też o tym, czy nasze losy determinuje pochodzenie i bieg historii, i geny. I czy można się wyrwać z paszczy rekina, w której mieszczą się wszystkie powyższe elementy.
Rzecz przygnębiająca, ale tak piękna, że mnie osobiście i paradoksalnie dodała otuchy.

"Na pewno do wiosny zmienię się nie do poznania, ziarenko wypuści liście i zakwitnie". [7]

Ważna książka, choć niezaprzeczalnie dotkliwa i bolesna. Nie przegapcie. Szkoda by było.

[1] Milena Agus, Póki rekin śpi, przeł. Monika Woźniak, wyd. W.A.B., Warszawa 2009, s. 85
[2] Tamże, s. 97-98
[3] Tamże, s. 95
[4] Tamże, s. 10
[5] Tamże, s. 18
[6] Tamże, s. 97
[7] Tamże, s. 76

środa, 17 marca 2010

Dziewczyna o szklanych stopach, Ali Shaw




"Wrony krążyły po niebie jak tłusta szmata" *

No proszę Was!
Książka, w której już na samym początku pojawia się tak nieszczęśliwe porównanie, po prostu nie może mi się spodobać. I nie spodobała się, oczywiście.
Lektura tego niespełna 300-stronicowego tekstu zajęła mi ponad dwa tygodnie! Jakże żałuję w takich chwilach, że jestem z tych, którzy zawsze kończą czytać to, co raz zaczęli.
Od początku wiedziałam, że nie jest to powieść dla mnie - od początku, czyli od kiedy dali tę książkę na zapowiedzi. Tak jak wielu: urzekła mnie okładka (naprawdę piękna!), ale nota wydawcy - już nie. Szczęście w nieszczęściu, że nie pokusiłam się o zakup: sięgnęłam po "Dziewczynę..." przyuważywszy ją na bibliotecznej półce z nowościami ( o tak, moje noworocznepostanowienie o tymczasowym rozstaniu z instytucją biblioteki już w marcu stało się mocno nieaktualne). Szkoda tylko, że nie zaufałam swej intuicji: czas spędzony nad "Dziewczyną o szklanych stopach" uważam za doskonale zmarnowany. Jest tyle ciekawszych książek...

Ad rem.
"Dziewczyna o szklanych stopach" traktuje o różnych obliczach miłości: własnej, rodzicielskiej, niedoskonałej, niespełnionej wreszcie, a także o tym, jak bardzo potrzebujemy drugiej osoby, by móc się określić i dowartościować.
Bez wątpienia jest to historia z potencjałem: ciekawy temat, akcja powieści rozpięta na odległym i mroźnym archipelagu, wątki baśniowe, miłosne perypetie dziewczyny, która stopniowo zamienia się w szkło i introwertycznego fotografa o znaczącym imieniu: Midas. Jednak... styl pisania zbyt, jak dla mnie, toporny, dialogi sztuczne, tekst pełen niechlujnych zdań, niefortunnych porównań, nieładnych metafor. Zbyt wiele wątków, zbyt wiele nieszczęśliwie ulokowanych uczuć jak na jedną krótką opowieść.Majgull Axelsson zrobiłaby z tego powieść doskonałą, tymczasem  Ali Shaw napisał rzecz przeciętną, by nie napisać: zupełnie słabą. Pomysł był, ale wykonanie, jak dla mnie, pozostawia wiele do życzenia.

Doczytałam tę historię głównie dlatego, by poznać jej zakończenie. I dobrze, że poznałam: nie rozczarowało mnie. To duży plus. Pozytywnie oceniam także 50 ostatnich stron: okazały się bardziej interesujące, niż 250 wcześniejszych. Kilka dobrych scen, które - uczciwie przyznaję - zaistniały w tej książce to jednak wciąż za mało. Jednak - by być już zupełnie sprawiedliwą - przyznać muszę, że Autor bardzo zgrabnie poprzeplatał losy nie tylko pary głównych bohaterów, ale też kilku innych, a potem ślicznie wszystkie wątki pozamykał. Podsumowując: przyzwoity debiut, do przeczytania, ale też, a nawet przede wszystkim: żadna rewelacja.
Spokojnie można pominąć. Jest tyle ciekawszych książek...

* Ali Shaw, Dziewczyna o szklanych stopach, tłum. Radosław Januszewski, wyd. Amber, Warszawa 2009, s. 6

wtorek, 16 marca 2010

Pochwała księgarni


Księgarnio szumna
I ty z książkami sklepiku cichy...
- Jednakim jesteś pokrzepieniem
Dla moich myśli i fantazji
Czułą osłoną przed jazgotem świata
- Twój szyld jak uśmiech jest ulicy

(...)

Salonie świetny, czy sklepiku marny
Oazą równie jesteś mi realną
Na trasie mej powszedniej, szarej
- Dla duszy i dla moich marzeń
Księgarnio... cudowna stacjo paliw

(Leszek Długosz, Pochwała księgarni)




Mam, nareszcie mam. Nowe książki, upragnione.

piątek, 5 marca 2010

Woodward, Jacek Tomasz Roczniak




* Uwaga: będzie entuzjastycznie. Bardzo entuzjastycznie. 

"- Chodź. Opatrzę Ci serce (...)" [1]

Fantastyczna książka. Ponad 700 stron w twardej oprawie: rzecz pokaźnych, nieporęcznych rozmiarów, której objętość najpierw niepokoiła (uuu, czytania na rok!), a potem trapiła (już koniec??? nie zgadzam się!).

Nie bardzo wiem, od czego zacząć. Żadne słowa nie oddadzą tych emocji, jakie towarzyszyły mi podczas lektury. I długo, długo po niej. Myślałam o "Woodward" w pracy, w drodze do i z przedszkola, podczas przygotowywania obiadu: tęskniłam do momentu, gdy znów usiądę z książką na kolanach i znowu zacznę czytać. Fantastyczna sprawa.

O, już wiem od czego zacznę. Zacznę od tego, o czym pisać nie chcę, o czym nawet nie chce mi się (lub też: boję się) myśleć. Od faktów. A fakty są takie, że wydarzenia opisane w książce, jakkolwiek fantastyczne i nieprawdopodobne - miały miejsce w realnym świecie, o czym można przekonać się zerkając tu i tu. Prawda czy nie, wierzyć czy nie: nie w tym rzecz. Pewne jest, że postarał się Jacek Tomasz Roczniak: najpierw cierpliwie zbierał materiały, a potem napisał (z jakim rozmachem!) bardzo dobrą powieść. Mało tego. Pracuje właśnie nad kolejną! Ponieważ sprawa Banarego (patrz: odnośniki powyżej) wciąż jest na świeczniku w angielskich sądach, zatem i nasz, polskimi rękoma spisany "Woodward", będzie miał swoją kontynuację. Czy muszę dodawać, że na pewno przeczytam?

"Woodward" to powieść zadziwiająco wielowarstwowa i przebogata: zarówno pod względem sfery językowej, fabularnej, jak i znaczeniowej. Odczytywać ją można dowolnie i z pewnością każdy znajdzie weń coś ważnego dla siebie.

Dla mnie to przede wszystkim ważny głos w sprawie istoty rodzicielstwa; rzecz o niedobrych rodzicach i niedobrych dzieciach, o macierzyństwie, o tym, czy można i kiedy, i kto powinien odciąć wreszcie pępowinę (matka czy dziecko?), o kłopotach wychowawczych, o okresie dojrzewania, o błędach młodości, o opacznym rozumieniu powinności rodzicielskich, wreszcie o jakże częstej na pewnym etapie niemożności porozumienia na linii rodzic - dziecko:

" - Jak w szkole, synku - zapytała dziwnie zimnym głosem - jadłeś coś?
No i właśnie. Rodziców nie obchodzi nic poza bytem. Nieważne jest jak się czuję , czy mogę mówić, czy mogę chodzić, może miałem atak, może jestem na granicy rozpadu osobowości, może mam objawy autyzmu. Nie, nie. Nic takiego nie obchodzi matki, tylko ile napisałem sprawdzianów, ile spożyłem kanapek, czy popijałem wodę z kranu, a jeśli tak, to ile jej łyknąłem. Kiedy to nie wyczerpie tematu, przesłuchanie idzie drugim, równoległym torem: czy na pewno byłem skupiony na klasówce, czy na pewno byłem uśmiechnięty przy odpowiedzi z biologii. Czy "na pewno" napisałem osobno, a "także" przez "k" i "żet" z kropką. I tak do obrzydzenia.
- Tak mamo, byłem skupiony na dwie krople potu na czole i dwie miarki pod pachami.
- A idź ty świntuchu - odskoczyła ode mnie. - Będziesz się teraz uczył czy idziesz na trening?
- Tak, tak, mamo, już wychodząc ze szkoły odrabiałem matmę, a kiedy pod domem przypomniałem sobie, że nie doczytałem w zeszłym miesiącu rozdziału z historii, zatrzymałem się na środku skrzyżowania i tamując na dwadzieścia minut ruch, doczytałem. Streścić ci?
- Idź błaźnie. Żebyś ty był na lekcjach taki wygadany. - I wyszła." [2]

Krótko o fabule: nastoletni Max Woodward próbuje popełnić samobójstwo (kiepskie relacje z rodzicami, okres dojrzewania, wciąż nieukształtowana osobowość), ale w następstwie wcale nie umiera, a zapada w kilkuletnią śpiączkę. W swoim długoterminowym śnie trafia do Krainy Pomylonego Dzieciństwa, gdzie wraz z innymi niegdyś nieszczęśliwymi dziećmi, niedoszłymi samobójcami, próbuje wrócić do świata żywych. Ale wybudzenie się ze śpiączki nie jest takie proste - zwłaszcza, gdy na los śpiących dzieci wpływa ktoś z zewnątrz: dziwaczny starzec, Bober Banary. Brzmi intrygująco, prawda? Bo jest intrygujące, a czyta się wprost bajecznie, z zapartym tchem! A jeśli się pomyśli, że to wszystko fakty, że przygody śpiących dzieci rzeczywiście miały miejsce, to aż ciarki na plecach...

Językowo to książka bardzo różnorodna. Rozdziały dotyczące losów zdziwaczałego starca manipulującego dziećmi pogrążonymi w śpiączce napisane zostały irytująco pedantycznie, jak dla mnie chyba zbyt drobiazgowo (czyli: włożył czarne rękawiczki z wyszytym złotą nicią rozwścieczonym smokiem, najpierw jedną, potem drugą, potem zawiązał szal, potem wciągnął na siwą głowę stary beret, potem otworzył drzwi, miast: ubrał się i wyszedł... - przykład mojego autorstwa).
Część obyczajowa: czyli ziemskie, zwyczajne życie nastoletniego Maxa Woodwarda, podobała mi się najbardziej. Bardzo przekonujące, sprawne pióro Roczniaka i fantastycznie odmalowane chłopięce emocje i przygody, jak choćby tutaj (typowe u dzieciaków wypady na cudze działki i drzewa, w celu podkradania owoców):
"Był środek nocy. (...) Podniecenie nie pozwoliło nam ściszyć głosu. Porozumiewaliśmy się niby szeptem, ale takim teatralnym, że chyba w rynku było słychać. Siedzieliśmy całą czwórką na czereśni. Jedliśmy. Garściami. Gadaliśmy coraz głośniej, bo naprawdę ciężko się wysłowić z pełną gębą miąższu i pestek oraz soku czereśni wyciekającego z ust" [3].
Roczniak celuje w krótkich, prostych zdaniach, które nie tylko  fantastycznie brzmią, ale też idealnie trafiają do wyobraźni (jak wiele słów kryje w sobie ten fragment: "Jedliśmy. Garściami. " ! Znaczy: czereśnie przepyszne, soczyste, przesłodkie, dojrzałe, a my tacy głodni, a my skrajnie podnieceni, i w strachu, że ktoś przyłapie nas na kradzieży itd., itp.). W recenzjach, które miałam okazję przeczytać, pojawiały się zarzuty o zbytnią ckliwość i banały w opisach uczuć. Zgadzam się, ale dodam przy tym, że dla mnie nie jest to zarzut: dużo, dużo uroku mają te słodkie nastoletnie dyrdymały.

Zupełnie inna sprawa to Kraina Pomylonego Dzieciństwa, nad którą sprawują pieczę Drwale Losu, wyposażeni w Monie (ropuchopodobne konie) i niebywałe talenta, oraz gdzie pomieszkuje wiele innych, przedziwnych, fantastycznych postaci. To był dla mnie skok na głęboką wodę. Nie przypuszczałam, że powieść, która zapowiadała się na fajną obyczajówkę z intrygującym wątkiem paranormalno-kryminalnym, zawiera w sobie tyle pokładów fantasy. A ja nie miałam dotąd za wiele do czynienia z tym gatunkiem. Jeśli w ogóle. Na szczęście Autor zastosował znane mi z filmów typowe elementy, takie jak  gadające głowy wrośnięte w ścianę, przemiana człowieka w drzewo. Narracja Roczniaka zmienia się, gdy opisuje życie w Krainie: stosuje przerzutnie, celowo popełnia błędy składniowe, stylizując tym samym język na staroświecką gwarę. Przyznam, że gdy zrobił to po raz pierwszy - przeżyłam szok. Pierwszych 278 stron przeczytałam w dwa czy trzy popołudnia, a kilkunastostronicowy rozdział 11 męczyłam przez tydzień! Nie mogłam się przemóc, ale w końcu otworzyłam się na świat wykreowany przez Autora i dalsza lektura była już czystą przyjemnością, a (o ironio!) o Krainie i Drwalach chciałam czytać najbardziej. I jakże żałowałam, że to już koniec.

Choć książka ta (jestem pewna!) nie zachwyci każdego, to jednak serdecznie, serdecznie polecam, bo mimo wszystko: będzie się podobać. To fascynująca przygoda: czytanie "Woodward". Książka wielowarstwowa, wielotematyczna, różnorodna językowo, ale wciąga, przeraża i zmusza do przemyśleń.

Dlatego zachęcam: przeczytajcie i dołączam cytat, którego długo nie zapomnę, a który z upodobaniem powtarzał Siwiec, Drwal Mądrości: "Czyń, com pomyślał" [4].
Och, i jeszcze jeden, fantastyczny:
"- Dźwigaj to, gnido! To twoje zasrane sumienie" [5].

[1] Jacek Tomasz Roczniak, Woodward, wyd. Nowy Świat, Warszawa 2010, s. 521
[2] Tamże, s. 22
[3] Tamże, s. 39
[4] Tamże, s. 306
[5] Tamże, s. 659