niedziela, 21 lutego 2010

Ex libris: Wyznania czytelnika, Anne Fadiman




Wkrótce (już?) premiera drugiego wydania "Ex libris", spieszę więc z recenzją, zwłaszcza, że była to ostatnia książka z przeczytanych przeze mnie w 2009 roku i jedyna zeszłoroczna, która dotąd nie doczekała się choćby krótkiej wzmianki w moim wirtualnym zeszycie. A tak być nie może, o nie.

Książka o książkach.
Recenzenci podkreślają, że jest to lektura obowiązkowa dla miłośników słowa pisanego. A ja? No cóż... "Ex libris" wzbudziło we mnie umiarkowanie ciepłe uczucia.
Owszem, to bardzo zgrabny zbiór esejów, czyta się toto przyjemnie, ale... szału nie ma. A może po prostu odczułam lekki przesyt? Eseje czyta się błyskawicznie (lektura na dwa popołudnia), lecz w trakcie czytania łapałam się na tym, że ... tęsknię za książkami. Bo ileż można czytać o czytaniu, o zaginaniu rogów i podkreślaniu istotnych fragmentów, o korektorskich błędach irytujących oczy książkowego mola, o pozbywaniu się podwójnych egzemplarzy jednej pozycji? Owszem, ja bardzo lubię książki o książkach, ale tyle dobra na raz to jednak za wiele (zwłaszcza, że zgadzałam się z Fadiman w każdej niemal kwestii i w jej słowach odnajdywałam nierzadko własne myśli). Tęskniłam zatem do zwykłej książki, do jakiejś opowieści, w której mogłabym się zapamiętać. Moja zatem słuszna rada: czytajcie powoli, dawkujcie sobie eseje Fadiman ostrożnie. Choć z drugiej strony nie wiem, czy rzecz jest wykonalna. Język Autorki jest zbyt żywy, plastyczny, treść zbyt wciągająca. Nie dałam rady odłożyć. Podobać się podobało, ale po lekturze esejów Fadiman z ulgą sięgnęłam po prozę Picoult - to tak najogólniej rzecz ujmując.

Więc jeszcze może słów kilka o eseju, który najsilniej zapadł mi w pamięć, a w którym Autorka podniosła kwestię jedzenia: w książkach i przy książkach. Chętnie zgodziłam się z jej spostrzeżeniem, że czytelnik staje się głodny nie tylko przy opisach najwystawniejszych uczt, ale zwłaszcza i przede wszystkim: przy okazji opisów stanu głodu u innych, wtedy, gdy bohater szuka pożywienia, kiedy chudnie, kiedy zadowala się ochłapami. Potwierdzam: w dzieciństwie uwielbiałam ten fragment "Małej księżniczki" Frances Hodgson Burnett, w którym Sara z trudem zdobywa pachnące, jeszcze ciepłe bułeczki, a które zaraz potem oddaje innej biednej dziewczynce, w przypływie nagłego odruchu współczucia. Następnie przypominam sobie "Idę sierpniową" Małgorzaty Musierowicz (jedna z mniej lubianych przeze mnie części Jeżycjady), bo wielokrotnie zaczytywałam się fragmentem o Idzie w pustym mieszkaniu, pożywiającej się zimnym makaronem zapijanym szklanką wrzątku (z braku herbaty). Naturalnie wracałam do tych fragmentów przy solidnym obiedzie. Bo ja nierzadko czytam przy jedzeniu. Więc... coś w tym jest.
I choćby dla tego właśnie eseju warto przeczytać "Ex libris". Nie powinniście czuć się rozczarowani. Przyjemna rzecz, choć powtarzam: szału, niestety, nie ma. 

sobota, 20 lutego 2010

Dom zły, reż. Wojciech Smarzowski (2009)




Czary-mary diabeł stary, jak zwykł mawiać mój niespełna 4-letni syn, odkąd na balu karnawałowym w przedszkolu obejrzał występ magika (nota bene, cóż za szkaradne zaklęcie! Diabeł stary! W przedszkolu!!! Rzecz dyskusyjna i karygodna, ale chwilowo bez związku z tematem, więc zmilczę).
A zatem: czary-mary Wojciecha Smarzowskiego.
Czary-mary w polskim kinie.
Bo wiecie - to niby PRL, a jednak Ameryka.
Oglądając, nie mogłam uwierzyć, że to film na wskroś polski, z polskim reżyserem, aktorami, z polską scenografią i o polskim piekle (jakże śmiało i niebanalnie o polskim piekle!). To rzecz zrealizowana na tak niemożliwie wysokim poziomie, że śmiało może stawać w konkury z amerykańską papką. Takiego filmu dawno nie było (był w ogóle?) w polskim kinie.
Rzecz obowiązkowa. Jeżeli do tej pory nie widzieliście, to namawiam, ten błąd można i trzeba naprawić. To częstuję swoim ulubionym zwrotem: nie wyobrażam sobie, że nie zobaczycie.

Ponieważ ja "Dom zły" obejrzałam już jakiś czas temu (zdaje się, że w początkach grudnia), zdążyłam już ochłonąć po pierwszych, najintensywniejszych wrażeniach. O warstwie emocjonalnej będzie więc w skrócie.
Mocny. Przerażający. Z gatunku tych, po których obejrzeniu dochodzi się do siebie powoli. To film, o którym nie przestaje się myśleć jeszcze długo. Długo.



Oprócz autentycznie wciągającej fabuły (streszczać nie będę, obejrzyjcie!) i bardzo dobrych kreacji aktorskich (Arkadiusz Jakubik, Marian Dziędziel, Kinga Preis i - o niebiosa! cóż za niezwykłe odkrycie! cóż za cudownie objawiony talent! - Bartłomiej Topa) najważniejsza jest tutaj muzyka, tak przedoskonale współistniejąca z obrazem. Mroczna i ciężka; to właśnie muzyka i dźwięki tworzą cały klimat filmu. Jak dokładnie słychać śnieg, trzaskający pod ciężkimi butami mundurowych! Mróz aż bije z ekranu.
I jeszcze jedna rzecz: scenografia. Te szczegóły, te popielniczki (pamiętam, że mój ś.p. Dziadek używał takiej), te paczki mocnych czy innych popularnych, ta wóda na rozgrzewkę, to bimbru pędzenie... Wszystko tak drobiazgowo i dokładnie. I zdjęcia. Surowe, ostre, konkretne. Zarówno w warstwie fabularnej, jak i w technicznej nie mam nic do zarzucenia. Ba. Jestem zachwycona. Takich filmów oczekuję. Takiego gwałtu na emocjach i takiego roztrzęsienia wewnętrznego, jakie przeżyłam tuż po seansie. Nie wolno bać się takich filmów, takich tematów.



Konkludując: mocna rzecz.
Koniecznie!

piątek, 19 lutego 2010

Cube, reż. Vincenzo Natali (1997)




Bądźmy ze sobą szczerzy: tytuł ten odnotowuję głównie z poczucia kronikarskiego obowiązku, gdyż z pewnością nie jest to żadne epokowe dzieło, żaden genialny, wwiercający się w umysł obraz. Ot, obejrzałam w jedną ze styczniowych sobót, z braku większego wyboru. Znośna rzecz. Nic epokowego, to fakt, ale ogląda się toto z rosnącym zaciekawieniem.



"Sześcioro nie znających się zwykłych ludzi budzi się pewnego dnia nie w swoich domach, lecz w surrealistycznym więzieniu - zdającym się nie mieć wyjścia labiryncie połączonych ze sobą sześciennych pomieszczeń wyposażonych w śmiertelnie groźne pułapki. Gliniarz. Zawodowy złodziej. Genialna studentka matematyki. Psycholog. Mężczyzna chory na autyzm. Dość przypadkowy, nawet przewrotny zbiór osób. Żadna z nich nie wie, jak i dlaczego została uwięziona, wkrótce jednak okaże się, że każdy z sześciorga uwięzionych posiada umiejętności, które mogą dopomóc im w ucieczce. Na każdym kroku mnożą się pytania bez odpowiedzi: kto stworzył ten diabelski labirynt i w jakim celu?" (za film.onet.pl)

Odwieczne zagadnienie: do czego posunie się człowiek, by ocalić własne życie. I jeszcze: jak zareaguje w sytuacjach ekstremalnych.
Pomysł z sześcianem niegłupi, przypomina nieco makabryczne reality show: zamknijmy w jednym miejscu grupę skrajnie różnych ludzi (och, niech dzieli ich tak wiele: wyznanie, kolor skóry, poziom wykształcenia, wykonywany zawód, płeć i ulubione płatki śniadaniowe) i popatrzmy, co z tego wyniknie. Czy zaczną współpracować, odnosząc z tego współdziałania wymierne korzyści, czy też jeden drugiemu wilkiem będzie. Kto zwariuje? Kto do końca będzie walczył o zachowanie ludzkiej godności?
To właśnie o tym jest ten film, choć niestety - trzeba się tego domyślać na własną rękę, gdyż konwencja thrillera została zachowana: a zatem: dużo krwi i psychopatów.


Można obejrzeć. Ku przestrodze (w domyśle), z braku laku (przede wszystkim).

wtorek, 2 lutego 2010

Stos książek, stos przyjemności, śnieżne zaspy i inne zmartwienia. W obrazkach.


Ostatnie dni stycznia nie sprzyjały mojej bloxowej aktywności. W ogóle: nie sprzyjały. Nerwowo, zimno i śnieżnie. Podobnież zaczął się luty. 
Ratują mnie długie wieczory. 
Bo wieczorami: 



Więc, skoro dzisiaj w obrazkach, to jeszcze stosik styczniowych zdobyczy:


Trzy pierwsze (od góry) to wygrana w konkursie (paczka dotarła dzisiaj, cieszę się jak dziecko), dwie ostatnie to moje własne styczniowe nabytki.

Czekam, bardzo czekam na wiosnę.